Baraniec

Baraniec

niedziela, 14 lutego 2010

recepta na zimową depresję

Receptą na długą, działającą już lekko depresyjnie zimę są spotkania z Przyjaciółmi – najlepsza z możliwych terapii, kiedy za oknem pada i pada i pada śnieg. Na szybki koniec zimowej aury nie ma co liczyć, wszak 2 lutego świstak Phil z Punxsutawney zobaczył cień i tym samym przepowiedział kolejne 6 tygodni zimy.
Nasz sobotni maraton 13 lutego rozpoczęliśmy od obejrzenia w Teatrze Ludowym sztuki w reżyserii Jerzego Fedorowicza „Prywatna klinika”. Już dawno nie śmiałam się tak szczerze jak podczas tego spektaklu. Śmiem nawet twierdzić, że dwie godziny podczas przedstawienia były doskonałą okazją na skuteczne spalenie kalorii, nabytych wraz z trzema pączkami zjedzonymi w „tłusty czwartek”.
Urzekła mnie postać Harriet, zagrana brawurowo przez Beatę Schimscheiner, jak również rola jej kochanka Alka, w którego wcielił się Tadeusz Łomnicki. Podejrzewam, że soczyste „cholera jasna” w odpowiedniej tonacji przejdzie na stałe do naszego słownika, jako synonim bezradności i pewnej niemocy wobec sytuacji, przekraczających nasze wyobrażenia. Natomiast absolutnie do łez doprowadziła mnie scena ratowania lisa przez weterynarza Ryszarda, tutaj zagrana przez Jacka Wojciechowskiego. Za tę rolę, grający zamiennie tę postać Tomasz Schimscheiner został laureatem nagrody w kategorii rola komediowa. Żal tylko, że nie udało się zobaczyć na scenie Marty Bizoń, którą zastępowała w roli /siostry/ Anny Patrycja Durska. 
Generalnie przedstawienie było wspaniałym remedium na zimową deprechę i sądząc po rechotach dobiegających z sąsiednich rzędów, nie tylko dla nas okazało się solidną dawką dobrego humoru.
W tak doskonałych nastrojach kontynuowaliśmy wieczór, nie omieszkując wypróbować nowych smaków. Tym razem w roli gorącego dania wystąpił gyros, podany z naprędce improwizowaną sałatką na bazie pomidorów, sałaty lodowej, sera pleśniowego Lazur  w czosnkowym dipie. Przepyszota.
Niekwestionowaną, dodatkową atrakcją wieczoru był wygrzebany przez Dagę filmik z youtube „Ken Lee” (z bułgarskiej wersji  IDOLA). Tulibu, dibu dołchoo…;-)))))
No i powrót do korzeni z dzieciństwa. Tu polecam Kokomo by the Muppets, nawiązujący do sposobów na ponury nastrój, spowodowany ciągłym brakiem słońca …
A potem gra w remibrydża do piątej rano…, cztery godziny snu i wspólne śniadanie z megajajecznicą na rydzach, przygotowaną jak zwykle przez Marcina. 
A za oknem? Wciąż pada… Może uda się jutro wyjechać z osiedla do pracy ;-))

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz