Baraniec

Baraniec

poniedziałek, 13 lipca 2015

Po 23 latach znów na Furkocie

Jednym się rodzą dzieci, innym spełniają pielęgnowane od lat marzenia – małe, malutkie, jak choćby to – ponowne wejście po 23 latach na Furkot. W przewodniku węgierskim, wydanym jeszcze w XIX w. Dolinę Furkotną opisano jako jedną z bardziej romantycznych w Tatrach i coś w tym chyba jest. Każde z jej pięter ma swój niepowtarzalny klimat, a to poniżej Wielkiego Stawu Furkotnego Niżniego jest szczególnie piękne. Smaczku dodaje fakt, że na Furkot wchodzimy po raz drugi, pamiętając o niezapomnianych widokach zarówno w dolinach jak i ze szczytu. I wchodzimy tam znów razem - ja i mój mąż. Dodam, że parę lat temu próbowaliśmy szczyt zdobyć, jednakże pogoda w górnych piętrach dolin była bezlitosna i dobrze, że widzieliśmy choć czubki swoich butów ;-)
Tym razem na przełęcz Bystry Przechód, czy jak kto woli Bystrą Ławkę wchodzimy odwrotnie tj. zaczynamy szlak znad Szczyrbskiego Jeziora i kierując się Doliną Furkotną schodzimy Doliną Młynicką. Taki wybór to przede wszystkim chęć dokonania jakiejś drobnej modyfikacji, z drugiej jednak strony liczymy, że taka kolejność pozwoli nam przez dłuższy czas cieszyć się spokojem na szlaku. Dolina Furkotna jest zdecydowanie mniej uczęszczana i rzeczywiście przez niemalże cały czas podejścia na przełęcz mamy ten wielki luksus posiadania części Tatr na wyłączność. Otacza nas więc tylko świst wiatru, śpiew ptaków i zapach gór.
Szczyrbskie Jezioro w lustrze wody odbija się Dolina Młynicka, którą od lewej zamyka grań Soliska od prawej grań Baszt z Szatanem. W środku Szczyrbski Szczyt
A szlak zaczynamy tak jak wspomniałam w miejscowości Szczyrbskie Jezioro, gdzie na centralnym parkingu tradycyjnie już zostawiamy samochód i kierujemy się w stronę samego jeziora. Aby wejść na szlak trzeba je obejść niemalże dookoła. Po drodze mijamy zupełnie nową infrastrukturę, luksusowe hotele i piękne pensjonaty. Wymarzone miejsce dla spragnionych joggingu. O tej porze dnia jest jeszcze cicho i bardzo spokojnie. Zajmujący około 35 minut odcinek znad jeziora do rozwidlenia szlaków na Smrekowicy prowadzi bardzo wygodną ścieżką, wijącą się lekko w górę w otwartym terenie. 

dolne piętro Doliny Furkotnej
Dalej podążając żółtym szlakiem, wspinamy się ku górze przez gęsty las, w którym im wyżej, tym więcej dorodnych limb. Po około 45 minutach docieramy do tzw. Szkutnastej Polany, skąd roztacza się nieziemski wprost widok na próg Doliny Furkotnej, zamkniętej po prawej stronie Grzebieniem Soliska, po lewej zaś Ostrej Wieży i Ostrej. Ta część doliny do złudzenia przypomina mi rozkoszny fragment Doliny Bystrej z pachnącymi kwieciem łąkami, zachęcającymi do kliku chwil wytchnienia. Dajemy się więc uwieść i spędzamy tu krótki czas, po czym znów ruszamy, stromo pnąc się na wysoki próg, powyżej którego leży Wielki Staw Furkotny Niżni. Szlak w tej części jest nieco mozolny, zmienia się też otoczenie doliny. Wchodzimy w strefę rozległych granitowych blokowisk, pokrytych soczystą zielenią porostów. Idzie się jednak wspaniale a im wyżej tym śmielej towarzyszą nam mocne porywy wiatru, przynoszącego ulgę na podejściu. Takie właśnie warunki na szlaku idealnie zaczynają przypominać nasze wejście na Furkot w 1992 r. - mocne słońce przy prawie bezchmurnym niebie i lodowaty wiatr. Staw mijamy prawą stroną, przed nami widoczny już cel naszej wycieczki. 

obłędna Szkutnasta Polana, a tle Ostra Wieża i Ostra

Wielki Staw Furkotny Niżni

Wielki Staw Furkotny Niżni
W zaledwie 20 minut później jesteśmy już w kolejnym piętrze doliny. Od lewej otacza nas Ostra, opadająca w stronę Furkotskiej Przełęczy, na wprost szczyt Furkotu z niezwykle wąską szczeliną przełęczy Bystrej Ławki i po prawej masyw Wielkiego Soliska. Największe wrażenie wywiera jednak Wielki Staw Furkotny Wyżni – najwyżej położone tak duże jezioro tatrzańskie. Ma szmaragdowozieloną barwę, która cudownie kontrastuje z białymi płatami, zalegającego jeszcze śniegu. Z dalszej części szlaku jego kształt do złudzenia przypomina serce. Ten kształt pojawia się kilka razy na naszej drodze ;-)
Wielki Staw Furkotny Wyżni i dojście pod Bystry Przechód
Od wejścia na przełęcz dzieli nas około 30 minut. To mozolna wspinaczka po blokach skalnych do celu, który wydaje się być na wyciągnięcie dłoni. To dopiero w tej części szlaku spotykamy pierwszych turystów. Sporo zasiaduje pod przełęczą, wielu wśród nich to Polacy. 

Bystry Przechód
u góry Krywań wystający zza Furkotnej Przełęczy, nad Stawem Ostra,
w środkowym rzędzie widok na Tatry Wysokie w tle Wysoka i Gerlach, na pierwszym planie Capi Staw i Szatan z granią Baszt
w dole Szczyrbski Szczyt za nim Rysy i Wysoka, w tle Łomnica a obok maleńki Kolisty Staw
Tak jak wspominałam sam Bystry Przechód to ubezpieczone łańcuchem, niezwykle wąskie wcięcie w skale, w sam raz na jednego człowieka. Nie planujemy nawet dłuższego postoju, tylko ruszamy dalej na szczyt. Według przewodnika Nyki na Furkot wchodzi się bez oznakowania około 7 minut. Myślę jednak, że jest to czas dość mocno przesadzony. Biorąc pod uwagę, że tylko dolna część podejścia jest oznaczona dyskretną ścieżką, górne daje już dużą swobodę i na sam szczyt można wejść na co najmniej kilka sposobów. Pod samym wierzchołkiem spotykamy grupkę Polaków, wśród której Krzysiek rozpoznaje turystkę, poznaną przypadkowo tydzień wcześniej w górach. Rozmawiamy chwilę… i tak sobie myślę, że chciałabym mieć w tym wieku (na oko powyżej pięćdziesiątki) tyle zapału i energii co ta kobieta. Właśnie zeszli z Hrubego a na jej twarzy ani śladu zmęczenia. Po około 15 minutach od przełęczy docieramy w końcu na dwuwierzchołkowy szczyt Furkotu. Widok … no pyszny … emocje tak silne, że po prostu nie kryję się i uwalniam kilka łez szczęścia. Ponieważ na szczycie mamy małą misję do spełnienia, udajemy się na drugi wierzchołek. Na zawietrznej, z panoramą na najwyższe szczyty Tatr Wysokich zasiadamy w wykwintnej loży honorowej, z najlepszymi miejscami, w najpiękniejszym amfiteatrze na świecie. Nikt i nic nie zmieni mojego zdania w tym temacie – cały wysiłek jaki wkłada się w mozolną wspinaczkę, wart jest bez najmniejszych wątpliwości tych chwil na szczycie, z widokami które zostają w głowie i sercu do końca – na zawsze. Zjadając więc kanapki podziwiamy sylwetki rozpoznawalnych tak dobrze szczytów jak Wysoka, Rysy, Gerlach, w oddali Łomnica, po naszej lewej stronie tak nieodległy Hruby Wierch, a za placami najbardziej chyba charakterystyczna góra w Słowacji – Krywań. Tuż za nią w tle kilka kolejnych „grzęd” Tatr Zachodnich, poprzecinanych głębokimi dolinami. Bez trudu rozpoznajemy kolejne nasze przejścia z 2010 i 2011 roku – Rohacze, Baraniec, Otargańce z Raczkową Czubą, Bystra. Patrzę z podziwem na ogromną nieodległą Dolinę Koprową i tak sobie myślę, że ten szlak jeszcze na mnie poczeka. 

na szczycie - Furkot 2404 m n.p.m.
u góry Krywań i układające się równolegle pasma Tatr Zachodnich
w dole od lewej drugi wierzchołek Furkotu i Wielkie Solisko, na dużym planie Tatry Wysokie, Szczyrbski Szczyt Szatan z granią Baszt, w tle Rysy, Wysoka i Gerlach, na pierwszym planie Capi Staw i  za nim Rysy i Wysoka, daleko w tle Łomnica

na szczycie - Furkot 2404 m n.p.m., u góry panorama na wschód - szczyty jak powyżej, u dołu po lewej Dolina Młynicka, po prawej Krywań
Wracam jednak do tematu, który dyskretnie przywołałam – misji na Furkocie. Otóż wybierając się na tę wycieczkę przypomniałam sobie, że mam kilka zdjęć z wspomnianej już wyprawy w 1992 r. Postanowiliśmy więc zabawić się w próbę powtórzenia tych kadrów. Przyznam, że nie było to takie proste jak się nam wydawało. Udało się jednak przynajmniej podjąć próbę takiego odwzorowania i tak oto powstały nowe wersje starych ujęć. I choć tu i ówdzie ciałka przybyło, to jednak duch, emocje i miłość do Tatr ta sama – bez wątpienia. I cieszę się, że po tych 23 latach mimo, że z nieco słabszą kondycją i nieco innymi parametrami fizycznymi, troszkę obciążona różnymi kontuzjami, wracam na te same szczyty, pokonuję te same odległości i robię to z czasami wcale niewiele dłuższymi od tych sprzed lat. No i przede wszystkim wciąż razem. 

... tacy byliśmy jeszcze wczoraj...
Kończymy jednak udział w tym uroczym spektaklu i po zrobieniu jeszcze kliku zdjęć rozpoczynamy zejście - tym razem w stronę Doliny Młynickiej. Nie wiedzieć czemu trafiamy na nieco inny wariant, bynajmniej nie łatwiejszy. W kilku miejscach - przynajmniej dla mnie - schodzenie jest nieco karkołomne i wymaga niemałej gibkości ;-) Szybko jednak wchodzimy na szlak, którym podąża coraz więcej turystów. Wspominałam, że mieliśmy okazję zdobywać Bystry Przechód parę lat temu, nie widzieliśmy jednak nic poza mlecznobiałą, gęstą mgłą i swoimi butami. Stąd też odkrywam to miejsce niemalże na nowo. I tak sobie myślę wracając jeszcze na podejście pod przełęcz, że nie wiem jak syn nasz pokonał dość eksponowaną część ubezpieczoną łańcuchami, chyba tylko dlatego, że nie widział nic właśnie poza ową mgłą ;-)
A my schodzimy stromym kamienistym zboczem, ścieżką wijącą się w blokowym zwalisku. Nie jest miła ta część – trzeba pokonywać wysokie stopnie, co mój nadwyrężony staw skokowy niezbyt dobrze znosi. Za to widok na Capi Staw i leżący nieco wyżej, częściowo jeszcze zamarznięty Kolisty Stawek - bezcenny. 

zejście ze szczytu
Nad Capim Stawem robimy jeszcze jedno ze zdjęć do powtórzenia po latach – oj trudno znaleźć dokładnie to miejsce ale można powiedzieć, że misja wykonana. Schodzimy teraz w kolejne piętro doliny Młynicy, mając nieco już z tyłu masywny Szczyrbski Szczyt, po lewej Grań Baszt i Szatana, po prawej zaś kolejne wierzchołki grani Soliska.  
sesja retrospektywna nad Capim Stawem
Po drodze mijamy miejsce, gdzie w 1979 roku doszło do katastrofy śmigłowca, który rozbił się podczas niesienia pomocy rannej turystce z Niemiec. Zginęło wtedy aż siedem osób. Wśród skalnych bloków można jeszcze wypatrzyć szczątki helikoptera, samą tragedię zaś upamiętnia skała z niewielkim krzyżem i tablicą pamiątkową.
miejsce katastrofy śmigłowca ratunkowego
Zbliżając się do Stawu nad Skokiem zwracamy jeszcze uwagę na małe Kozie Stawy oraz Wołowe Stawki. Na szlaku już coraz mniej ludzi, choć niemałe przerażenie wywołuje pytanie jakiejś zagranicznej rodzinki z czwórką chyba małych dzieci, ile jeszcze na przełęcz (była godzina "grubo" po 14, z północy nadciągały niezbyt przyjazne chmury, a przed nimi jeszcze przynajmniej dwie godziny podejścia, nie mówiąc o co najmniej trzech zejścia). Takie obrazki zawsze budzą moje najdelikatniej mówiąc niezrozumienie.


Nad samym Stawem nad Skokiem jest jeszcze trochę osób, natomiast zupełnie inny klimat ojawia nam się w dole u ujścia wodospadu. Masa ludzi, całe rodziny z dziećmi - no piknik jednym słowem. Schodzimy więc wzdłuż ciągu kaskad szybko jak się da, robimy jakieś nieliczne ujęcia i uciekamy nieco aby poszukać chwili ciszy na krótki odpoczynek. Przed nami jeszcze godzina zejścia, na szczęście nie ma już uciążliwych bloków skalnych. Obok po prawej stronie widzimy przesuwający się ciąg krzesełek kolejki z Soliska.

pod wodospadem Skok w Dolinie Młynickiej
A w Szczyrbskim Jeziorze ruch i gwar. Kramy z pamiątkami, bary szybkiej obsługi, wracający z różnych stron gór turyści. Jeszcze coś na ząb, zimne piwo i do samochodu. Wreszcie sandały – ulga dla stóp i spokojny powrót do domu.
Niestety przejazd do Krakowa nieco się przedłuża… tuż przy wjeździe na "Zakopiankę" z Nowego Targu ustawiamy się w ciągnącym się korku. Szybka decyzja i robimy przy najbliższym skręcie w prawo mały unik, decydując się na powrót przez Krościenko i Mszanę. Jedzie się... choć i tu jest kilka tłocznych miejsc. Z ulgą więc dojeżdżamy do domu po prawie trzech godzinach powrotu. 

I tak sobie myślę, choć snułam już plany wrześniowe na rodzinną wycieczkę na Koprowy, że chyba to był mój ostatni wyjazd w Tatry w tym roku. Stopę jednak trzeba oddać we władanie chirurgowi, bo choćbym nie wiem jak chciała wierzyć, że jest z nią znośnie, niestety wszystko w obliczu obciążenia jej dłuższym spacerem czy wycieczką mówi coś zupełnie innego. 

foto: BKSobieccy

niedziela, 5 lipca 2015

Kraków - Tyniec rowerowo

Pomimo kolejnego dnia makabrycznych upałów, jedziemy na poranną rowerową wycieczkę do Tyńca.
Po raz pierwszy mam też okazję oglądać moje miasto z nieco innej perspektywy.

A ostatecznie 44 km w nogach i 3 godziny absolutngo relaksu. Wokół zapach lata i soczysta zieleń.





tor kajakowy przy stopniu wodnym "Kościuszko"

jest i cel wycieczki - Tyniec

 A po przejażdżce są jeszcze siły na chwilę plażowania w domowym zaciszu ;-)