Baraniec

Baraniec

piątek, 13 sierpnia 2010

wakacje - dzień trzeci


Poranek przywitał nas mokro, bardzo mokro. Zjedliśmy śniadanie i podjęliśmy decyzję o rezygnacji ze spokojnego zwiedzania Hohnstein na rzecz wcześniejszego wyjazdu do Czech w celu zobaczenia Pravcickiej Bramy. Mijając kolejne miejscowości i niezwykle malownicze, nawet w tak niewyjściową pogodę rejony stwierdziliśmy, że Szwajcaria Saksońska wraz z czeską jej częścią musi się stać oddzielnym celem naszej eskapady i to przynajmniej na kilka dni.
Deszcz ciągle siąpił, co jednak nie zniechęciło nas do realizacji przynajmniej części naszych planów. Dojechaliśmy do Hrenska, skąd wyruszyliśmy szlakiem do rezerwatu z absolutnym hitem czyli Bramą Pravcicką i Sokolim Gniazdem. Od parkingu do bramy przejście zajmuje trochę ponad godzinę. Szlak należy raczej do spacerowych, zwłaszcza w pierwszej jego części. Po drodze mijamy interesujące formy skalne, zbudowane z piaskowców zaliczając przy okazji krótkie acz wyczerpujące wykłady Krzycha na temat pochodzenia tych skał i ich przekształcania. Na szczęście z nieba tylko siąpi.
Skalna brama i letni pałacyk trochę przypominający japońską pagodę, wbudowaną dosłownie w formacje skalne zapiera dech w piersiach. Brama Pravcicka to wyjątkowy zabytek przyrody, będący największą naturalną bramą skalną na naszym kontynencie. Jest uważana za najpiękniejszą formację skalną w Szwajcarii Czeskiej i stała się symbolem całego regionu.

Brama Pravcicka i Sokole Gniazdo
W cenie wejściówki do tej części rezerwatu jest możliwość wejścia na różne platformy, skąd rozciągają się fantastyczne widoki. To cud chyba, mieliśmy wyjątkowe szczęście bo zaraz po podjęciu decyzji o odwrocie, niskie chmury całkowicie zasłoniły skały a deszcz rozpadał się na dobre. Nie było więc sensu w taką pogodę planować dalszych wycieczek do słynnego Bastei czy Kónigstein. Przejechaliśmy tylko z niemałym żalem wzdłuż Łaby, podziwiając te wspaniałe skalne cuda natury, obiecując sobie, że kiedyś tu na pewno wrócimy.





Hrensko - na deser domek jak z bajki, autentycznie wciśnięty w skałę  

 

wakacje - dzień drugi



6.00 pobudka, szybkie śniadanie, szybkie spakowanie i wyjazd na dwudniową wycieczkę. W planie - dzień pierwszy zwiedzanie Drezna,  dzień drugi objazd po Szwajcarii Saksońskiej. Prawie godzinę zajmuje nam dojazd do autostrady, którą pomykamy już do samej stolicy Saksonii. W drodze ogarnia nas lekki niepokój, bo oto z nieba leją się prawdziwe fontanny deszczu. Przed samym Dreznem niebo się jednak cudownie rozpogadza, co wprawia nas w zdecydowanie lepszy nastrój.
Pobyt a Dreźnie też stanowi dla mnie pewien element wspomnień, byłam tam jakieś 15 lat temu, kiedy właśnie startował program odnowy miasta włącznie z rekonstrukcjami niektórych zniszczonych niemalże doszczętnie budynków. Należy dodać, że przed wojną Drezno należało do jednych z najpiękniejszych miast niemieckich. W noc z 13 na 14 lutego alianci dokonali serii nalotów dywanowych, rujnując całkowicie to miasto. Będąc w Dreźnie w 1995 roku nie mogłam pojąć jak można było zrobić coś takiego. W tamtych latach jako żywy dowód tej swoistej "zbrodni" stały kikuty budowli, które jeszcze do czasów wojny stanowiły wizytówkę miasta. W rozkwit miasta całą swoją duszę włożył August II Mocny a po nim jego syn August III, okres panowania Augustów jest nawet określany jako złoty wiek.
Fontanna za Pawilonem Francuskim - pólnocna część pałacu Zwinger
Długi na 102m Orszak Książęcy - oszak przedstawicieli rodziny Wettynów wraz z osobami ze świata kultury, nauki i sztuki   
Obecnie większość zniszczonych doszczętnie budowli została odbudowana lub odrestaurowana. Najbardziej spektakularnym osiągnięciem w tym temacie jest niewątpliwie Frauenkirche czyli ewangelicki kościół p.w. Najświętszej Marii Panny. W pamiętną noc z 13 na 14 lutego i ten obiekt został poważnie zniszczony a na skutek wypalenia od wewnątrz rozpadł się niemalże całkowicie. Od 1993 roku rozpoczęto mozolną rekonstrukcję i z pomocą programów komputerowych stworzono trójwymiarowy obraz kościoła, co pozwoliło wiernie wkomponować ocalałe części na swoim pierwotnym miejscu. Dzisiaj fasada budynku to melanż ocalałych oryginalnych elementów (ciemny kolor) oraz jasne spore nowe fragmenty.
Frauenkirche czyli ewangelicki kościół p.w. Najświętszej Marii Panny
Widok z Neustadt na Frauenkirche oraz Akademię Sztuk Pięknych
Mając do dyspozycji zaledwie kilka godzin na pobieżne zwiedzenie Drezna obejrzeliśmy co ważniejsze zabytki Starego Miasta, kierując się następnie do dzielnicy Neustadt, zamieszkiwanej głównie przez młodych ludzi. Jest to niebywała gratka, dla zwiedzających. Przede wszystkim można się trochę wyciszyć, spacerując uliczkami, w których mieszają się style. Obok pięknych tonących w zieleni willi można podziwiać bogactwo nowoczesnej architektury. My kierowaliśmy się między innymi do polecanej w przewodnikach mleczarni Pfunda. To niezwykłe miejsce. W 1876r. kiedy miasto borykało się z problemami dostarczania świeżych produktów do miasta Paul Gustav Leander Pfund założył w samym centrum Neustadt mleczarnię. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że przez okna owej atrakcji można było podziwiać proces dojenia krów i przerabiania mleka. Do dziś mleczarnia oferuje swoje wyroby, które cieszą się olbrzymią renomą. Niezwykłe wrażenie robią pomieszczenia udekorowane mozaiką kafelek, prezentujących sielankowe sceny z życia. Niestety zdjęć stamtąd nie przywiozłam - wewnątrz obowiązuje zakaz fotografowania, krów też nie widziałam;-))). Nie mogliśmy jednak oprzeć się pokusie zakupu kilku rodzajów serów pleśniowych - w tym ulubionego przez Krzycha Saint Nectaire z okolic Masywu Centralnego we Francji.  
Pod mleczarnią Pfunda
A w pobliżu wspomnianej mleczarni można przechadzając się uliczkami dzielnicy ze zdziwienia otworzyć szeroko oczy i usta, podziwiając interesujące malunki na fasadach kamienic. Miejscami przypomina to klimaty jak z dzielnicy hipisowskiej. W pasażu Kunsthof jest jedyna w swoim rodzaju galeria z eksponatami na ścianach budynków. Całe ściany są eksponatami... Myślę, że jest to obowiązkowy element podczas zwiedzania Drezna. 


Kunsthof - jedyna w swoim rodzaju galeria w podwórzu
Fontanny na deptaku przy Hauptstr.
 
Drezno pamięta powódź z 2002r.
Przyjemne wałęsanie się po mieście wieńczymy mega obiadem w restauracji toskańskiej i jedziemy w kierunku Szwajcarii Saksońskiej. 
Od tego momentu pojawia się inny obraz Niemiec. Miejscami krajobrazy przypominają te toskańskie z „Ukrytych pragnień”. Trochę czasu zajmuje nam przyzwyczajenie się do żółtych tabliczek, opisujących miejscowości. Nocleg znajdujemy w leżącym parę kilometrów od Hohnstein Ehrenbergu.
Wieczorem wymykamy się jeszcze na pobieżne zwiedzenie Hohnstein, które stanowi swoistą perełkę z pięknie usytuowanym na wysokiej skarpie zamkiem oraz malowniczymi domkami, ciasno przylegającymi do siebie. Jak się później okazało była to nasza jedyna szansa na zwiedzenie miasteczka suchą nogą. W nocy rozpadał się deszcz i tak już zostało do końca dnia następnego. Niestety...
Hohnstein - uliczki nieopodal zamku








 



wakacje - dzień pierwszy

Zaczęły się nasze wakacje, wreszcie… W tym roku mocno rozochoceni ubiegłorocznymi wrażeniami wywiezionymi z okolic Kotliny Kłodzkiej, celujemy w rejon Kotliny Jeleniogórskiej. Naszą letnią kanikułę rozpoczynamy pierwszego sierpnia, ruszając w trasę około 10 rano – cóż… przejazd autostradą jest niczym teleportacja. Tuż przed Legnicą skręcamy w drogę, która prowadzi nas przez Bolków do Jeleniej Góry.
Planowane zwiedzanie tego małego miasteczka zostało mocno ograniczone przez odbywający się w tych dniach Castle Party Dark Independent Festival. Jedyne znane mi gwiazdy tej imprezy to Behemoth i Clan of Xymox ;-)). Z tej to okazji zamek został zamknięty dla zwiedzających a w zamian za to można było podziwiać inne dzieła sztuki - wspaniale przyodzianych w czerń młodych ludzi – wykolczykowanych, wytatuowanych, wyfryzowanych. Niektórzy budzili niemały podziw swoją kreatywnością w tym temacie. Snujemy się więc trochę po centrum Bolkowa, co rusz podglądając inne ciekawsze wcielenia. 
Do Jeleniej Góry dojeżdżamy trochę po 16.00. Po jako takim rozpakowaniu bagaży decydujemy się na przejazd do centrum miasta w celu zrobienia małego rekonesansu. Dodam, że stacjonujemy w Podgórzynie - małej miejscowości leżącej tuż pod masywem Śnieżki, około 3 km od Cieplic - uzdrowiskowej części Jeleniej Góry. Tu muszę nadmienić, że miasto to do tej pory kojarzyłam bardzo słabo, cóż - nie ukrywam że byłam tu ostatnio jakieś 30 lat temu. Jedyne co gdzieś utkwiło mi w pamięci to podcienia w okolicy rynku. Z tym większą ciekawością kieruję się więc na Stare Miasto.  
A tu zmiany, zmiany ogromne. Główna arteria, stanowiąca deptak dla spacerowiczów jest zadbana niemalże w każdym calu. Wzdłuż odnowione kolorowe fasady kamienic, gdzieniegdzie jeszcze z zaułków wyziera interesująca brzydota. Klimat podkreślają urocze placyki, pełne zieleni i kwiatów. Na uwagę zasługują często spotykane w okolicy Dolnego Śląska krzyże pokutne.
Krzyż pokutny wmurowany z fasadę kościoła pw. św. Piotra i Pawła 
Brama Wojanowska przy kaplicy św. Anny

Rynek to już istne cacko, z pięknymi podcieniami stanowi niemałą ucztę dla oka. Wałęsamy się tak jeszcze do dość późnego popołudnia, korzystając z pięknego światła jakie wnosi chylące się już ku zachodowi słońce. Na koniec jeszcze coś na ząb - nie ma to jak kuchnia włoska i festiwal past, na który akurat trafiliśmy. Absolutna rewelacja. W tak błogich nastrojach wracamy do kwatery aby odpocząć po trudach podróży, bo dnia następnego ... wyjazd do Niemiec.
Podcienia w Rynku

Fontanna przy Placu Ratuszowym


Kamieniczki w Rynku z urokliwymi podcieniami


  

sobota, 31 lipca 2010

muszę ruszyć z miejsca...


Czas spełnienia

Spoglądam wstecz i widzę tyle pustych godzin
Ogarnia mnie strach bo wiem
Bo wiem ile minęło
Lecz nie wiem ile zostało
A ja nie chciałbym tak po prostu przeminąć
Wiele upłynęło dni
Dni bez mojego udziału
Więc czas juz skończyć z oczekiwaniem na coś
Co może nigdy nie przyjść
A ja nie chciałbym tak poprostu przeminąć
Muszę ruszyć z miejsca
Pójść na spotkanie własnego spełnienia
Więc spleć palce z moimi palcami
I chodź, prowadź i daj się prowadzić
Tam gdzie czeka nas czas
Dobry czas
Czas spełnienia

autor: Piotr Banach
kompozytor: GRASS

poniedziałek, 26 lipca 2010

Odszedł Tomek...

Dziś dowiedziałam się o tragicznej śmierci Tomka - jednego z najbliższych kolegów mojego męża z okresu studiów. Jakie inne uczucia niż niedowierzanie, smutek, rozbicie może wywołać taka wiadomość ... Miał 37 lat...
Tomek był zawsze uosobieniem witalności, był człowiekiem, który kochał życie i czerpał z niego jak mógł - garściami. Był pełen pasji i zaraźliwej pozytywnej energii. I choć nie znałam go zbyt dobrze, gdybym miała jednym tchem wymienić kilka osób, które kojarzą mi się z motto carpe diem - Tomek byłby wśród nich. 

Żegnaj Tomku, rozświetlaj teraz Tam na górze tych, którzy nie nacieszyli się życiem tak jak TY...

piątek, 23 lipca 2010

kulinarne echo spod Tatr

Trochę zainspirowana obiadami, jakie jedliśmy ostatnio podczas naszych wyjazdów w Tatry zrobiłam naleśniki tatrzańskie z bryndzą.
Przepis prosty jak drut, a obiad smaczny, pożywny, no i zawsze to jakaś naleśnikowa odmiana.
Ciasto bez żadnych udziwnień takie jak zawsze: mąka, mleko, jajko, sól, pieprz. Wszystko na oko. Do naleśników na słodko obowiązkowo dodaję oprócz sporej szczypty soli /dla mnie ciasto takie musi być lekko złamane/ cukier waniliowy, nadając mu deserowy smak. Ponadto z reguły oddzielam białko i ubijam pianę, żółtko dodaję do ciasta, całość delikatnie mieszam, nadając ciastu puszystość. Wiem, że inni dodają wodę mineralną gazowaną - nie próbowałam.
Farsz:
Podstawą jest bryndza - ja kupiłam w miękkim opakowaniu /nomen omen bryndzę podkarpacką ;-))))/ - sztuk dwie po 125g każda, do tego dodałam odrobinę masła, pół szklanki śmietany, posiekany koperek, pieprz /obowiązkowo/, odrobinę soli do smaku. Całość wymieszałam. Masą wypełniłam naleśniki, ułożyłam je w żaroodpornym naczyniu, wysmarowanym masłem i polałam śmietaną wymieszaną z żółtkiem. Naleśniki zapiekłam w piekarniku /około 15 minut/. Podałam na gorąco.

Z uwag jakie mam po pierwszym wykonaniu. Naleśniki są bardzo dobre i przede wszystkim sycące. Dla mnie jeden był absolutnym maksimum. Muszę jednak dodać, że następne wersje będę napewno urozmaicać, dodając im więcej pikanterii i tzw. kuchennego zadziora. Skoro to naleśniki rodem z Tater to może dobrym pomysłem byłby dodatek w postaci skwareczków albo polanie ich przed podaniem sosem zrobionym z bryndzy zmiksowanej z jogurtem ... Nie wiem ale poeksperymentuję, szukając bardziej wyrazistego smaku.
Z uwag dnia następnego...
Naleśniki /parę zostało z wczoraj/ zdecydowanie się "przegryzły" i smakowały bardziej  wyraziście ;-))). 

poniedziałek, 19 lipca 2010

Główna grań Tatr Zachodnich w komplecie ;-)


Kolejna sobota w porannym reżimie czasowym, spowodowanym wyjazdem z góry. Tym razem w planie zamknięcie głównej grani Tatr Zachodnich, czyli w naszym przypadku przejście odcinka ze Smutnej Przełęczy na Banówkę. I nowa jakość ;-))) wyjazd odbywa się wspólnie z naszymi Przyjaciółmi. Tak więc znów pobudka o 4.00 rano po to aby o 5.00 wyjechać na trasę. Przed nami dłuższy przejazd, bo wyjście planujemy z Doliny Żarskiej, trzeba zatem od zachodu objechać Tatry i mijając Liptowski Mikulasz dojechać do Żaru. Zajmuje nam to ponad trzy godziny i na szlak ruszamy dopiero około 8.30. 
Pierwszy fragment to przejście do schroniska w Dolinie Żarskiej. Jego większa cześć prowadzi trawersem wzdłuż szosy, piętrząc się spokojnie ku górze. Mijamy wspaniałe drzewostany, których piękno potęguje magia padających przez korony drzew snopów światła. Nieco dalej - w miejscu, w którym odsłaniają się pierwsze widoki na masyw Barańca, widzimy jakie szkody w tutejszych lasach spowodowała lawina. Przykry widok.
W dolnej części Doliny Żarskiej
Do schroniska docieramy po niecałej godzinie marszu. Krótki odpoczynek i dalej na szlak. W powietrzu jest duszno, słońce trochę dokucza, na niebie pojawiają się coraz gęstsze chmury - wyraźnie czuć zmianę pogody. W tej sytuacji modyfikujemy plan wycieczki aby wcześniej pokonać trudności na grani w razie gdyby pogoda miała się załamać. Szlak wiodący na Przełęcz Smutną jest niezbyt trudny. Odkrywamy zupełnie inne niż przed tygodniem czy dwoma oblicze dolin. Po tej stronie Tatr jest zielono i witalnie. 
Na szlaku w Dolinie Żarskiej, w tle Trzy Kopy i Hruba Kopa
Baraniec z górnej części Doliny Żarskiej
Widzimy ogrom masywu Barańca z sąsiadującym z nim szczytem Smreka. Wyłaniają się też Trzy Kopy, Hruba Kopa, w dalszej części szerokie zbocze Banówki. 
Cała dalsza trasa jak na dłoni. Dość szybko zdobywamy przełęcz, na której robimy krótki postój. Nie widać spodziewanych tłumów turystów. Do tej pory spotkaliśmy ich zaledwie kilku. 
Z Przełęczą Smutną w tle
Przed nami odcinek graniowy, opisywany jako najciekawszy ale też  i dość wymagający technicznie. Pierwszą z Trzech Kop - Przednią Kopę /2150m n.p.m./ osiągamy w niecałe pół godziny. Mamy przedsmak czekających nas atrakcji wspinaczkowych ;-) Ze szczytu roztacza się przed nami cud panorama z przykuwającymi uwagę Rohaczami. Dalej, nie powiem dość forsowna ale niezwykle emocjonująca część trasy. Większość ekspozycji jest ubezpieczona łańcuchami, długość niektórych z nich przekracza 10m. Jest intrygująco i przepaścisto - bardzo bardzo interesująco... 
Martwi nas tylko pogoda. Nad Tatrami Wysokimi wiszą ciężkie grafitowe chmury, niebo w tamtych okolicach pomrukuje już ostrzegając nas przed burzą. Nie poświęcamy więc na odpoczynki zbyt wiele czasu. 
Na podejściu pod Przednią Kopę 2150m n.p.m.e
Zejście z Szerokiej Kopy
Na szlaku przy przejściu między Trzema Kopami
Zdobywamy dalsze dwie Kopy - Drobną i Szeroką. Przejście między szczerbinami, kominami i zacięciami dostarcza nie lada wysokogórskich emocji. Dla odmiany wejście na Hrubą Kopę /2163m n.p.m./ jest niezwykle łagodne. Z tego trawiastego wierzchołka widok również należy do wspaniałych. Z dołu od północnej strony zerkają Rohackie Stawy. Banówka wydaje się taka nieodległa. Zanim ją jednak zdobędziemy musimy przejść jeszcze jakieś 45 minut w dość trudnym terenie. Czekają nas tu wyjątkowe trudności, mija się charakterystyczną - wyposażoną w łańcuch - skalną czubę. Wejście na szczyt poprzedza ekscytująca wspinaczka skalna przez liczne zęby, uskoki i gładkie płyty. Na tym odcinku ekspozycje są chyba najbardziej spektakularne. Ostatni fragment to około 3m długości przejście ubezpieczone łańcuchem, które niespodzianie kończy atak szczytowy.
Widok z Hrubej Kopy 2163m n.p.m., szlak na Banówkę
Jeden z ostatnich trawersów przed zdobyciem Banówki
Jesteśmy znów na Banówce. Niestety widoki w porównaniu z zeszłotygodniowymi są nieporównywalnie słabsze. Prawie całe niebo przykrywa gęsta warstwa chmur. Przed nami jeszcze około 2.5 -3 godzin marszu.
Na Banówce 2178m n.p.m.
Schodzimy na Przysłop. Szlak na tym odcinku jest dość uciążliwy ze względu na sporą piarżystość terenu. Pół godziny zajmuje nam dotarcie na ostatni już dzisiaj wierzchołek. Ze szczytu Przysłopu /2145m n.p.m./ widok jest jeszcze bardziej okazały, obejmując całą naszą marszrutę a także tę część grani, którą zdobywaliśmy z Krzychem tydzień temu. Sylwetki wysokotatrzańskich szczytów ledwo majaczą w tle. 
Gdyby nie fakt, że musieliśmy się trochę spieszyć ze względu na ryzyko załamania pogody, zapewne delektowalibyśmy się smaczkami tej trasy. Zejście jest piękne, wzdłuż trawiastego, puszystego wręcz zbocza w kierunku niezwykle malowniczej Jałowieckiej Przełęczy. Następnie szlak wiedzie trawersem wzdłuż kosówek, by nieco dalej stromo schodzić żlebem w dół. Po prawej stronie towarzyszy nam szumiący potok, który miejscami kaskadami opada w kierunku dna Doliny Żarskiej.
Około pół godziny przed dojściem do schroniska czujemy pierwsze spadające krople deszczu. Zaczyna grzmieć. Parę minut później zaczyna się regularna ulewa z towarzyszącą burzą. Z żalem mijamy przepiękny Szarafiowy Wodospad, by jak najszybciej dotrzeć do dna doliny. W schronisku pełna sala zmokniętych turystów, my również do suchych nie należymy. Sposobem na przeczekanie burzy jest obiad i szklanka zimnego piwa. Na szczęście przestaje padać, decydujemy się więc na wyjście, tym razem wybierając szlak wzdłuż szosy, dając namiastkę ulgi naszym nogom. 
Ostatnie chwile na szlaku
I tak w godzinę później kończymy naszą eskapadę. Jest późno, dochodzi 19. Żegnamy Tatry i wyjeżdżamy z Piotrem Bukartykiem na ustach.
Szlak ten należy bez wątpienia do najbardziej atrakcyjnych przejść w Tatrach Zachodnich. Jest w nim wszystko co tylko można sobie wymarzyć; sielankowa dolina, przepiękne tętniące życiem zbocza, przepaściste fragmenty grani i smakowite widoki.
Do absolutnego polecenia.