Baraniec

Baraniec

niedziela, 8 maja 2016

o sole mio! - bajeczne Capri i Sorrento

Kolejny dzień, który w całości znów spędzamy poza Neapolem. Tym razem celem wycieczki mają być włoskie perełki Capri i Sorrento.
W lekkim pośpiechu docieramy do neapolitańskiego portu, skąd na Capri odpływają nieduże promy.  Ponieważ w Neapolu jest kilku przewoźników oferujących takie rejsy, warto upewnić się, z której części portu odpływa dany statek. Miejsca te są oddalone od siebie nawet o kilkaset metrów, często uliczkę która do nich prowadzi wybiera się intuicyjnie. Ceny rejsów też są zróżnicowane, co często pociąga za sobą czas przepłynięcia.

My kupujemy bilety za drugim podejściem w przystani Napoli Beverello (koszt za jedną osobę to około 19 Euro).
jeszcze w neapolitańskim porcie - ahoj przygodo!
z górnego pokładu naszego statku oglądamy coraz bardziej oddalający się ląd 
Na statku można zająć miejsca na dwóch poziomach – dolnym może nieco bardziej komforowym (blisko kawy!) i górnym, na którym z kolei można poczuć morską bryzę i zew przygody. Wybieramy więc drugą opcję, co nie przeszkadza nam aby zejść na dół i nieco się „dokofeinować„.
Rejs nie trwa długo, bo około 45 minut (inne tańsze promy oferują niestety nieco dłuższy czas przepłynięcia). Mamy ogromne szczęście bo pogoda jest wyśmienita, bezchmurne, niemalże niebo i ciepło na tyle, że wreszcie zdejmujemy swetry odsłaniając ramiona.

co by nie powiedzieć REJS ;-) 
Wyspa Capri już z poziomu przypływającego statku robi ogromne wrażenie – wysokie przepaściste wzgórza, udrapowane białą zabudową – krajobraz iście cukierkowy.
zbliżamy się do Capri
Tuż po zacumowaniu w porcie Marina Grande przyciąga nas plaża i lazurowa wręcz toń Morza Tyrreńskiego. Spędzamy tu chwilę, wyżywając się - a jakże fotograficznie!
Zanim rozpoczniemy zwiedzanie okupujemy pobliski portowy ogródek  i zamawiamy kawę z ciastkiem, do tego obowiązkowo Aperol Spritz - jak się później okazało chyba najdroższy jaki udało nam się kiedykolwiek zamówić :-). 
Port w Capri - nie wiemy gdzie oczy podziać ;-)
na dobry początek trochę turkusu morza 
a na jeszcze lepszy początek kawa i łyk Aperolu 
Do głównej części miasta najwygodniej dostać się kolejką naziemną, której dolna stacja znajduje się tuż przy porcie. 
kolejką naziemną na szczyt wzgórza
Widok ze szczytu na morze i gęsto utkane na wzgórzu domki jest wręcz obłędny. Wąskimi uliczkami zagłębiamy się w ekskluzywnym świcie drogich hoteli, butików, willi. Mijamy po drodze witryny sklepów tak znanych marek jak Dolce Gabbana, Luis Vuitton, Hermes... Od czasu do czasu ciasnymi alejkami przemyka meleks – podstawowy środek transportu.
i wspaniałe widoki z góry
rozpoczynamy nasze wałęsanie po ciasnych, z początku baaaardzo ekskluzywnych uliczkach Capri 

ulubiony motyw Kingi - witryny sklepowe ;-)

Jednym z celów naszego wałęsania się jest znalezienie miejsca na planowany piknik oraz wyszukanie Villa San Michele i motylego motywu dla Przemka ;-))) … tak… "błogosławimy" go za każdym razem jak zbłądzimy, nierzadko pokonując spore różnice wysokości – właściwie dziś patrząc na mapę wyspy odnoszę wrażenie, że szukałyśmy tej willi nie tam gdzie trzeba. Miałyśmy jednak przy tym i mnóstwo zabawy i zachwytu, bo dzięki temu trafiałyśmy w niezwykle urocze zakamarki miasta.
a im dalej tym więcej "smaczków"
upał i poszukiwania ....nieco wykańczają ;-)
towarzyszy nam również motyw cytrynowy
przez jakiś czas mamy nawet rudego towarzysza ;-)
kolorowe bramy, drzwi... można by zrobić oddzielną galeryjkę ;-)
i wszędzie ozdobne kafle... jak w Hiszpanii ;-)
nawet toalety mają swój niepowtarzalny klimat ;-) 
Niestety dogodnego miejsca na piknik wciąż nie udaje się znaleźć, a głód doskwiera - o siatach z prowiantem nie wspomnimy.
W końcu jednak obierając przeciwny kierunek spaceru trafiamy do Ogrodów Augusta, skąd rozciąga się wspaniała panorama z widokiem na skały sterczące z turkusowej toni morza.
Wokół pachnie obłędnie od barwnych kwiatów. Robi się też nieco chłodniej, nie mówiąc o porywistym wietrze, który pojawia się nie wiedzieć kiedy. Jest to jednak wymarzone miejsce na lunch w plenerze, rozkładamy się więc z naszym prowiantem na wygodnych, szerokich ławach. Ależ przy tym zabawy i śmiechu.
Zajadamy się włoskimi smakołykami, popijając nieco konspiracyjnie „czerwony barszczyk” a na deser wielkie truskawki.
Może nie tak wyobrażałyśmy sobie nasz piknik ale z pewnością zapamiętamy go jako najbardziej zwariowany i wesoły.
docieramy do pachnącej i tonącej w fioletach bocznej części wzgórza
gdzie z miejscowej perfumerii pachnie także cytryną i pomarańczą 
natomiast po wejściu do ogrodów (za jedyne 1 Euro) mamy taki oto widok
idealne miejsce na zaplanowany piknik ;-))
to nic, że wiatr urywał głowy ;-)
wino i zakąski smakowały wyśmienicie ;-)
najlepsze były jednak truskawki!
Z ogrodów wracamy tę samą trasą mijając po drodze perfumerię Carthusia, której historia sięga 1948 roku - wzmianki o kompozycjach zapachowych pochodzą jednak ze znacznie wcześniejszego okresu. Można tam zakupić różnego rodzaju kosmetyki, których bazowym zapachem jest nuta cytryny czy pomarańczy.
ale trzeba schodzić ...
Nie opieramy się również przydrożnej lodziarni, tym bardziej że lodów podczas tego pobytu jeszcze nie jadłyśmy ;-). 
i obowiązkowo LODY!
Będąc z powrotem w porcie raz jeszcze zaglądamy na plażę. Słońce się z nami już całkiem pożegnało, niebo przykryła gęsta warstwa chmur. 
Co bardziej odważne z nas moczą nóżki w morzu. Woda jest rzeczywiście lodowata, do tego kamieniste podłoże nie sprzyja bosym stopom.
a przed wypłynięciem do Sorento jeszcze kilka chwil nad morzem
Z Capri do Sorrento przemieszczamy się znów promem (cena za rejs to około 17 Euro). Znów śmiechu co niemiara.
niektóre z nas były solidnie umęczone ... inne dla odmiany mocno rozbawione ;-))))
A Sorrento to kolejna turystyczna mekka Kampanii, miasteczko podobnie jak Capri usytuowane na wzgórzu. Już sam widok z portu zapiera dech. Do centrum podjeżdżamy autobusem miejskim,  nie mogąc się nadziwić jak pojazdy takich gabarytów radzą sobie ze „składaniem się” na serpentynach. A w mieście oddajemy się z przyjemnością leniwemu spacerkowi wzdłuż głównej ulicy handlowej – uliczki właściwie, bo wąsko tu niemiłosiernie. Tu też robimy większość pamiątkowych zakupów. A co w Sorrento kupić warto? Na pewno cytrynowe landrynki, czy draże wypełnione cytrynowym likierem (dziś mogę powiedzieć PYCHA), limoncello a jakże! Piękna tu też porcelana - zarówno ozdobne figurki różnej wielkości, jak i ta bardziej użytkowa; urocze talerze, półmiski, kubki. I warto się skusić na zakup wyrobów skórzanych – obok "limoncellowych" sklepików to dominujący profil handlowy.
Wypijamy jeszcze kawę i kierujemy się w stronę stacji kolejowej, skąd planujemy wrócić do Neapolu. W pobliskim markecie robimy jeszcze zakupy pod kątem kolacji, którą tym razem planujemy zjeść w domowym zaciszu.
i wreszcie późnym popołudniem Sorento!
a Sorento to królestwo kolorowej nie tylko użytkowej porcelany ...
... ale i Limoncello ;-)))
centrum miasteczka również ulokowane jest na wysokim wzgórzu
z którego roztacza się taki oto widok nie tylko na na port
Sorrento opuszczamy z małym opóźnieniem, a podróż zajmuje około godziny i jak zwykle urozmaicona jest występem muzycznym miejscowych „lokalsów”.
Na szczęście na stacji Garibaldi meldujemy się przed 23, do domu docieramy więc metrem.
Już o zmroku wracamy włoskimi kolejami do Neapolu - tradycyjnie obładowane siatami
Kasia demonstruje jak nauczyła się kupować bilet w automacie 
A tam już przygotowana ekspresowo kolacja do tego wino i Limoncello. Niektórym z nas nie udaje się dotrwać do końca ;-)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz