Baraniec

Baraniec

niedziela, 31 lipca 2016

Szeroka Przełęcz Bielska 1826 m n.p.m.

Moje myśli zawsze szybowały wysoko ilekroć przejeżdżaliśmy przez Zdiar w inne partie Tatr - z tej właśnie miejscowości startuje szlak w Tatry Bielskie, a konkretnie na Szeroką Przełęcz, odcinającą Płaczliwą Skałę od Szalonego Wierchu. Każde sięgnięcie po przewodnik Nyki i opis tej wycieczki zbudowały jakieś wyobrażenie tego szlaku, który jawił mi się jako niezwykle strome, głęboko wcięte przejście. Widziałam więc oczami wyobraźni Doliny do Regli i Szeroką jako tatrzańskie wyzwanie, jako zacienioną czeluść owianą tajemnicą.
Planując wyjazd mieliśmy alternatywnie inny wariant, inny rejon ale niestety prognozy pogody plan ów szybko zweryfikowały i stąd decyzja o zdobyciu Przełęczy Szerokiej.
Tradycyjnie więc kilka minut przed czwartą pobudka aby tuż przed piątą mknąć już pustymi ulicami przez zaspane osiedla Krakowa.
U stóp Tatr Bielskich meldujemy się po 6.30, parkując w Jaworzynie Spiskiej, skąd autobusem planujemy podjechać do Zdiaru. Dalej na Szeroką Przełęcz, Przełęcz pod Kopą i Doliną Zadnich Koperszadów zejście z powrotem do Jaworzyny Spiskiej.
Wariant to idealny, bo punktualnie o 6.50 na jaworzniańskim przystanku zatrzymuje się autobus kursujący do Popradu i za całe 4zł wiezie nas do odległego o kilka kilometrów Zdiaru.
Szlak rozpoczyna się przy stacji narciarskiej Strednica i schodzi łagodnie w dół tuż pod wyciągiem.
Piękny rześki poranek, sielskie widoki.
startujemy - Zdiar Strednica

szlak jeszcze nie wymagający, pachnący lasem i liśćmi łopianu
Przynajmniej pół godziny maszerujemy sami wygodną szeroką ścieżką do Ptasiowskiej Rówieńki. Stąd czerwonym szlakiem (choć nasza mapa wskazuje znak zielony) wchodzimy w Dolinę do Regli stromo pnącą się ku górze. Towarzyszy nam zapach liści łopianu, odżywają wspomnienia sprzed prawie dwudziestu lat ze szlaku Doliną Białej Wody czy Zadnich Koperszadów.
Niskie partie dolin nad szemrzącymi górskimi potokami zawsze pachną tak samo, dają tak samo przyjazny cień, który gdzieniegdzie rozświetla smuga przebijającego się słońca.
Z Polany pod Głośną Skałą widzimy wyłaniające się ściany tworzące wąwóz skalny. Idąc dalej w kierunku wapiennego progu, zamykającego tę skalną gardziel wypatrujemy jaskinię i długie, cienkie wstążki wodospadów. Szlak w tym miejscu nie daje szans na chwilę wytchnienia – jest stromo, ale i nie tak jak to sobie zawsze wyobrażałam.
lesistego szlaku ciąg dalszy
Zaczyna się natomiast festiwal kwiecia. Tak ogromnej różnorodności i ilości kwiatów na szlaku tatrzańskim jeszcze chyba nie widziałam, a to co najlepsze tuż za progiem, po przekroczeniu którego otwiera się niezwykle przestronna Dolina Szeroka. Stąd widać już siodło Szerokiej Przełęczy, towarzyszą nam pasące się obok kozice, których tym więcej im wyżej się wspinamy.
pachnące, buzujące kolorami łąki pod Szeroką Przełęczą

Szeroka Przełęcz 1825 m n.p.m.
Widok jaki roztacza się ze zdobytej Przełęczy niezapomniany i podczas gdy inni zasiadają do domowego, sobotniego śniadania, my delektujemy się kanapką na wysokości 1825 m. n.p.m.  
Z prawej strony niezwykle fotogeniczny masyw Płaczliwej Skały, na wprost cały majestat Tatr Wysokich od skromnej z tej perspektywy grani Orlej Perci, przez szczyty skupione wokół Wysokiej i Rysów, po otoczenie kotła Zielonego Stawu, czyli najbliższe nam i tym samym jedne z najwyższych szczytów ściany Łomnicy, Kieżmarskiego czy Lodowego - po lewej nieco rozpłaszczona sylwetka Szalonego Wierchu z widoczną pod nim Głupią Przechybą czyli Szalonym Przechodem.
Znów wzruszam się na widok tego piękna.
I realizuję swój chytry plan, wyjmując z plecaka naszego Miśka Podróżnika, któremu również oferuję tę wspaniałą ucztę. Tak oto ulubiony pieszczoch naszego syna z okresu jego dzieciństwa znów wraca w góry. A był już z nami w Sudetach, Bieszczadach i Tatrach oczywiście ;-)
i pyszne widoki na Tatry Wysokie
Szalony Przechód

Chwila na złapanie oddechu - jeszcze kawa i kawałek czekolady... i dalej na szlak. Krótkim płaskim niemalże trawersem dochodzimy do Szalonego Przechodu, skąd widok na wspomniane szczyty, zwłaszcza te zamykające grań Tatr wprost obłędne. Tu na trasie spotykamy starszego już piechura ze Słowacji, z którym schodzimy do Przełęczy pod Kopą przyjemnie sobie gaworząc.
Widoki z przełęczy Szalony Przechód
Będąc na Przełęczy pod Kopą grzechem byłoby ominąć widok na Dolinę Białych Stawów z odległej o zaledwie parę kroków Wyżniej Przełęczy pod Kopą. Wspominamy nasz szlak sprzed dwóch lat - wiosenne przejście Doliną Rakuską i tonące w śnieżnych zaspach rejony Białego Stawu. Wracają też wspomnienia wycieczki wiekowej niemalże, bo jeszcze z ubiegłego stulecia – wtedy szliśmy Doliną Zadnich Koperszadów do Doliny Zielonego Stawu Kieżmarskiego. Tu żegnamy się z naszym słowackim towarzyszem i po chwili wytchnienia rozpoczynamy zejście długą Doliną Zadnich Koperszadów.
Przełęcz pod Kopą i Wyżnia Przełęcz pod Kopą, pod którą rozpościera się Dolina Białych Stawów
Górny odcinek mocno nadszarpnięty przez schodzące zimą lawiny z Płaczliwej Skały czy Hawrania, szlak w kilku miejscach jest przerwany. Zupełnie nie pamiętamy miejsca, które przecina potok, a na mapie widnieje jako Skoruszowy Burdel ;-). Dziś postawiono tu drewniane szałasy, i dwa drewniane niedźwiadki.
miejsce szczególne - trafiliśmy do Skoruszowego Burdelu
A my znów zagłębiamy się w gęstwinie zapachów jakie wydziela wygrzana w słońcu zieleń czy kora drzew, kwiaty czy wspomniany łopian. 
dolne piętro Doliny Zadnich Koperszadów
I nie wiedzieć kiedy wyłania się przed nami majestatyczna sylwetka grzebienia Murania, tak pięknie widoczna z Polany Gałajdowej, skąd jeszcze pyszniej rozpościera się panorama szczytów nad Dolinami Jaworową i Kołową.
Doliną Jaworową do Jaworzyny Spiskiej
Do Jaworzyny Spiskiej docieramy w potwornym upale tuż przed 14, stąd już na szczęście niedaleko do Bukowiny, gdzie tradycyjnie oddajemy się kulinarnym przyjemnościom.

A ja nie podejrzewałam Pana  Męża o taki romantyzm... no fotografował też kwiecie (to co rozpoznałam w podpisach).
komu komu bukiet kwiatów...
ostróżka wyniosła, tojad mocny, naparstnica zwyczajna, lilia złotogłów, len karpacki

parzydło leśne, złocień, naparstnica zwyczajna, rdest wężownik, kąkol polny, rozchodnik wielki, lepnica rozdęta, omieg górski

ciemiężyca biała, przelot pospolity, róża alpejska
tablica poglądowa, co gdzie na szlaku ;-)

wtorek, 12 lipca 2016

Szeroka Przełęcz Bielska - zwiastun

Jako że temat tej pięknej, planowanej już zresztą od dawna wycieczki wpisał się w inne, bardziej przyziemne wydarzenia domowe, w ramach zapowiedzi nasz Misiek Podróżnik zafascynowany panoramą amfiteatru nad Zielonym Stawem Kieżmarskim - niezapomniany widok z Szerokiej Przełęczy w Tatrach Bielskich.


poniedziałek, 4 lipca 2016

islandzkie reminiscencje


foto: Monika Stachura MM Art

sobota, 18 czerwca 2016

niedziela, 29 maja 2016

Weekend majowy w Rumunii - Wąwóz Turdy, Tarcal


Tego dnia spełnia się moje i Krzycha marzenie sprzed roku, kiedy pierwszy raz z okna samochodu mknącego autostradą zobaczyliśmy kawał solidnej skały, tworzącej widowiskowy wąwóz. Już wtedy grzebałam w przewodniku szukając opisu tego miejsca, a gdy już odkryliśmy, że przejeżdżaliśmy tuż obok Wąwozu Turdy zakiełkował plan obowiązkowego przyjazdu w ten rejon. I nie ukrywam pierwotnie to właśnie wąwóz był inspiracją weekendu majowego w Rumunii.

Z entuzjazmem więc spakowaliśmy się o poranku aby ruszyć na podbój tej atrakcji. Dojazd z Turdy to kilka możliwości – Krzysiek znajduje wariant turystyczny (niespieszny) szutrową drogą, tak malowniczą jak sam wąwóz. I nie dziwi nas już to, że samochód Rumuna można zobaczyć wszędzie – nawet na szczycie stromej łąki. My parkujemy tuż przy schronisku, pod którym jeszcze panuje senna atmosfera. Bez zbędnych ceregieli pakujemy wszystko co niezbędne i ruszamy na szlak.
Tu mała dygresja – my Polacy jesteśmy przyzwyczajeni to pięciu symboli tras turystycznych. Wymalowane na drzewach, skałach czy kamieniach kolorowe paski to pięć kolorów: czerwony żółty czarny, niebieski i zielony. Pięć kolorów w jednym kształcie – poziome paski! W Rumunii tak lekko nie jest, bo o ile kolory się zgadzają, o tyle panuje tu dużo większa swoboda artystyczna jeżeli chodzi o kształt. I tak oto na wspomnianych drzewach czy kamieniach pojawiają się kółeczka, krzyżyki, trójkąciki – każdy w innym kolorze.
Trasę dnem wąwozu wyznacza szlak czerwonych pasków, dla odmiany przejście górą ozdabia szlak czerwonych kółek.
Wycieczka dolną częścią wąwozu nie zajmuje więcej niż półtorej godziny. Po drodze mija się oszałamiające, wystające stromo w górę skały (raj dla wspinaczy), kilka razy przecina się potok. Szlak nie jest skomplikowany, w zaledwie paru miejscach ubezpieczony łańcuchami - ze względu na mocno wyślizgane kamienie z pewnością bardziej niebezpieczny gdy pada deszcz. 
Koniec szlaku zwiastuje rozległa polana, skąd można wrócić tą samą drogą lub wybrać wariant przejścia górą (po jednej i drugiej stronie wąwozu). Po krótkiej naradzie rezygnujemy z planu zwiedzenia kopalni soli w Turdzie i wybieramy powrót szlakiem czerwonych kółek. Trasa od samego początku nie pozostawia złudzeń. Wejście jest niezwykle strome – od razu mam skojarzenie z kultową Lackową w Beskidzie Niskim. Po około 30 minutach wspinaczki pojawiają się pierwsze wypłaszczenia i wspaniałe widoki. Do szczytu wierzchowiny jeszcze kawałek, a szlak wiedzie dalej wąską ścieżką, coraz bardziej dokuczają muszki. Panorama z góry warta jest jednak każdej kropli potu. Widać stąd doskonale skalę tego miejsca, płynący w dole potok przypomina, że jeszcze godzinę wcześniej przechodziliśmy patrząc na wszystko z zupełnie innej perspektywy.
Zejście? strome ale zdecydowanie mniej obciążające. Bardzo szybko jesteśmy na znajomym mostku, z którego już kilka kroków do schroniska. A padając już z głodu decydujemy się na obiad w stojącym obok przybytku.

Tu kończą się nasze rumuńskie przygody, bo prosto z Turdy (po drobnych winnych zakupach) kierujemy się do granicy z Węgrami w poszukiwaniu innych atrakcji. Przed nami więc ponad 360 km trasy, wyznaczonej na około 6 godzin jazdy.
Do Tokaju przyjeżdżamy grubo po 20, od miejscowości Tarcal, gdzie mamy zarezerwowany nocleg dzieli nas niespełna 10 km. Jest już ciemno a wyznaczone dane nawigacyjne zawodzą. Jadąc wąską drogą trafiamy niemalże na szczyt jedynej góry, sterczącej nad całym regionem tokajskim ;-). Dopiero pomoc właściciela miejsca noclegowego pozwala nam osiągnąć cel naszej wycieczki.
A miejsce jest rewelacyjne. Znaleziona na stronie bookingu chałupka, w sam raz dla czterech osób, z małą przytulną jadalnią połączoną z aneksem kuchennym, jeszcze mniejszą łazienką i dwoma sypialniami na górze. Już nam się podoba, a tu jeszcze właściciel wręcza nam na uprzyjemnienie wieczoru trzy butelki białego wina z tutejszej winnicy. Degustację z racji późnej pory przekładamy na dzień kolejny.
Co się idealnie sprawdza na wspólny wieczór przy lampce wina? Niezastąpiony remibrydż, w którym kobiety górą ;-)))
Rano dzięki uprzejmości właściciela nie musimy gimnastykować się z myślą o zorganizowaniu śniadaniu. Przyjeżdża do nas z węgierskim salami na czele. I zanim jeszcze odjeżdżamy zostajemy zaproszeni na degustację win z tutejszej winnicy Myrtus, do których wyśmienitym dodatkiem są sery. Rozsmakowujemy się więc w muscatach, furmintach, by na koniec sięgnąć po rarytas – aszu. No i oczywiście zabieramy część tarcalskich skarbów ze sobą.
Przed nami dalsza jazda kolejne ponad trzysta kilometrów.

Weekend majowy w Rumunii - Góry Bihor, Turda

Prawosławny wielkanocny poranek, śniadanie z akcentami świątecznymi, na stole babka z bakaliami. 
Z hotelu w Lunca wyjeżdżamy dość wcześnie, panowie nieco naznaczeni dobroczynnym działaniem palinki. W planie do przejechania może niezbyt długi odcinek (ok. 160 km), ale droga kręta, mnóstwo wiosek, wioseczek – znamy to – minimum cztery godziny.
okolice Przełęczy Vartop
Do Przełęczy Vartop i Groapa Ruginoasa jedzie się około 45 minut znów pokonując duże wysokości. Samochód zatrzymujemy w zupełnie pustej zatoczce. Szlak do głównej atrakcji tego rejonu wychodzi prosto z drogi i od samego początku nie daje złudzeń – lekko nie będzie. Znów mierzymy się ze sporymi stromiznami, idąc wzdłuż potoku, który miejscami tworzy widowiskowe kaskady. Po około 30 minutach wspinaczki osiągamy lekko nachyloną łąkę, prowadzącą nas wprost nad brzeg urwiska. Ale jakież to urwisko! Kolejne zdumiewające miejsce w Rumunii (wrażenia podobne do tych podczas pobytu w rezerwacie wulkanów błotnych). Przed nami szeroko rozciągająca się przestrzeń z widokiem na odległe pasmo gór, pod nami zaś czeluść wypełniona esencjonalnym bukietem barw - od złoto cytrynowej żółci przez pomarańcze po ogniste czerwienie i łagodne brązy. Zjawiskowe miejsce, powstałe na skutek erozji, która sprawiła, że powstało ziejące grozą zapadlisko o głębokości ponad 150 m i kilkusetmetrowej szerokości.
Niesmak budzi niefrasobliwość rozbawionych turystów (Polaków), którzy stojąc nad urwiskiem przy wiszącym w połowie w powietrzu konarze sosny robią sobie „słit focie”. To zresztą kolejny przykład rumuńskiego podejścia do tego typu atrakcji - tabliczka z ostrzeżeniem wisi a i owszem – ale nic poza tym. Zwłaszcza po intensywnych opadach rejon ten może być szczególnie niebezpieczny.
Do samochodu schodzimy tym samym szlakiem. W górę zmierza już niemały tłumek – obrazek niczym się nie różniący od tego spod Giewontu. Stromym szlakiem podążają panie i panowie w wypucowanych mokasynach, sandałkach, sznurowanych, lakierowanych półbucikach ;-)).
szlak do Groapa Ruginoasa
kolorowe zapadlisko Groapa Ruginoasa
A przed nami długi zjazd wzdłuż koryta rzeki Aries – zjazd, bo przez ponad sto kilometrów sukcesywnie obniżamy zdobytą do tej pory wysokość. Mijamy ubogie wsie, uśpione nieco może z racji świątecznego dnia. Dookoła góry, gdzieniegdzie przyozdobione poszarpanymi pióropuszami grzęd skalnych, i mnóstwo zieleni we wszystkich możliwych odcieniach.
widoczny z drogi wodospad
I tak oto docieramy do Rimatei (węg. Torocka), małej wioski, która z kilku powodów stanowi niewątpliwie ogromną atrakcję turystyczną. Największą z pewnością jest Szeklerska Skała, u której stóp leży wioska. Wysoka na ponad 1100 m n.p.m. wyraźnie góruje nad wioską, nadając jej niepowtarzalny charakter. Jej specyficzne położenie geograficzne powoduje, że w Rimatei można dwukrotnie podziwiać wschód słońca. 
Walory przyrodnicze to jedno, warto jednak zwrócić uwagę na osobliwą architekturę miejscowości z charakterystycznymi bielonymi domkami, przyozdobionymi zielonymi okiennicami. Gdzieniegdzie sklepiki z wiszącymi kolorowymi dywanikami. Spacerujemy niespiesznie uliczkami w poszukiwaniu miejsca gdzie można coś zjeść. Podane jadło nieco chyba rozczarowuje ;-)
Wracając zaglądamy jeszcze na stoiska handlowe, a my z Dagą jak to prawdziwe kobiety nie wychodzimy z pustymi rękami ;-).
Rimatea 
W drodze do Turdy zatrzymujemy się jeszcze przy jednym z monastyrów. Nie jest to jednak przykład architektury znanej nam z Marmuroszu czy Bukowiny. W Rumunii widoczna jest tendencja do budowania nowych świątyń, stylizowanych na te z dłuższą historią – i choć wyglądają pięknie... czegoś im jednak brakuje.
Monastyr przed Rimateą
Z Rimatei do Turdy jest zaledwie 30 km. Jest piękne, słoneczne późne popołudnie. Nieco zmęczeni odkładamy zwiedzanie wąwozu na dzień kolejny.
Po krótkiej odnowie biologicznej w hotelu udajemy się do centrum miasta z nadzieją na łyk jakiegoś rumuńskiego wina. Fundujemy sobie przejazd taksówką, jako że hotel jest nieco odległy od głównej części Turdy. Jaka szkoda, że w Polsce nie ma podobnych cen (przejazd około 5 km to koszt niespełna 8 zł), a główną atrakcję niewątpliwie stanowi rajdowe podejście taksówkarza, co tylko utwierdza nas w przekonaniu o zwariowanym stylu jazdy Rumunów.
Główna ulica Turdy - Piata Republicii - to zadbana, kolorowa arteria, nieco senna o tej porze, wzdłuż której warto zwrócić uwagę na Kościoły reformowane Starego i Nowego Miasta, żupy czy gotycki kościół katolicki. 
I o ile ta część miasta jest zwarta w swoim zamyśle architektonicznym, o tyle nieco dalej rozpoczyna się szalona wizja z czasów Ceausescu.
Wszędzie widoczne są akcenty świąteczne – kolorowe zające z pisankami, przy których dzieci robią sobie zdjęcia – ja też ;-))
I wreszcie znajdujemy jedyny czynny lokal, gdzie można coś wypić czy zjeść. Hmmm… na wino jednak nie ma co liczyć, a podany Aperol Spritz to jakaś podróba.
Piata Republicii w Turdzie
nieodłączny element rumuńskich miast - kłąbiące się kablowiska 
Do hotelu znów wracamy taksówką, tym razem z kierowcą o dużo mniejszym temperamencie.