Baraniec

Baraniec

poniedziałek, 2 września 2019

kanion rzeki Pivy i Durmitor

Opuszczamy Bośnię i Hercegowinę, mijając najbardziej chyba obskurne przejście graniczne jakie do tej pory miałam okazję widzieć. Co ciekawe droga, którą się poruszamy, wąska i bardzo kręta,  ma status międzynarodowej. 
Przed nami majestatyczny kanion rzeki Piwy. Jak Czarnogórcy poradzili sobie z budową drogi wzdłuż jednego z głębszych przełomów Europy? Otóż wykuli dziesiątki tuneli skalnych, z których większość pozostawiono w naturalnej, niczym niezabezpieczonej formie. Przejazd przez nie to nieprawdopodobna frajda..., zwłaszcza gdy trzeba się minąć ze sporych rozmiarów ciężarówką.
Co warto obejrzeć w okolicy oprócz zapierających dech pejzaży? Monastyr Piva, jeden z największych i najcenniejszych czarnogórskich obiektów sakralnych tego typu z unikatowymi freskami. Smaczku dodaje fakt, że w latach 70-tych XX wieku, świątynia (w tym wspomniane, podzielone na tysiące fragmentów freski) została przeniesiona o kilka kilometrów do wsi Goransko. Dziś malowidła zachwycają, mimo że gdzieniegdzie wyraźnie widać ślady łączenia czy drobne ubytki. 
Jeszcze dobrze nie kończymy z "echami i achami" podczas przejazdu wzdłuż Pivy i jeziora Pivsko, jak zanurzamy się w Durmitor - zjawiskowe góry, wysokością zbliżone do Tatr. Próżno tu jednak szukać podobnych pięter roślinnych, drzew, kosodrzewiny... Zbocza opadając stromo, w dnach dolin łagodnieją malowniczo, tworząc zielone kobierce.
Jestem zauroczona, bo takich gór jeszcze nie widziałam, a podjazd pod przełęcz Sedlo przypomina nieco przejazd rumuńską Transalpiną. 
Przy okazji rozglądamy się też trochę pod kątem planowanego na dzień kolejny wypadu na Bobotov kuk - najwyższy szczyt Durmitoru. 
Przed zameldowaniem się w naszej chatce jedziemy jeszcze obejrzeć Most Durdevica, który w czasach gdy powstawał (lata 30 -te XX w.), był najwyższym tego typu obiektem w Europie  - 170 m wysokości. Warto wspomnieć, że most był elementem scenografii do filmu "Komandosi z Navarony".  
Rzeka Piwa w niektórych miejscach ginie w przepastnych czeluściach kanionu. Są miejsca, gdzie górskie ściany sięgają ponad 1000 m od poziomu wody.
Jeden z pierwszych mostów, przez który przeprawiamy się nad drugi brzeg rzeki
i jest kilka miejsc postojowych, z których można podziwiać taaakie widoki!
a po drugiej stronie już tylko tunele, tunel i tunele...
Zapora Mratinje na Pivie - jedna z największych zapór wodnych  w Europie, ukończona w 1975 r.  (wysoka na 220 m i szeroka na prawie 270 m)
Monastyr Piva we wsi Goransko


kilka zdjęć wnętrza monastyru zrobionych nieco ukradkiem

jedna z odnóg jeziora Pivsko
wjeżdżamy w drogę P14, prowadzącą do Durmitoru - ta trasa to coś obowiązkowego podczas zwiedzania Czarnogóry
masyw, przez który przedzieraliśmy się jeszcze kilkadziesiąt minut wcześniej, z zupełnie innej perspektywy (droga P14)
i zbliżający się z każdym kilometrem Durmitor


taka sytuacja - w dole gospodarstwo pasterskie otoczone kamiennym murkiem, a przy drodze, ni stąd ni zowąd, kosz do gry
jeden z bardziej popularnych szczytów Durmitoru, na który prowadzi szlak - Prutas (2393 m. n.p.m.)
stąd na Prutas zaledwie półtorej godziny
widok na przełęcz Sedlo w oddali...


na przełęczy Sedlo 1907 m. n.p.m.
w dole jeziorko Valovito
Most Durdevica
rzeka Tara z mostu
na obiadokolację zamówiliśmy tradycyjne dania z północnej Czarnogóry - proste, treściwe i baaaardzo kaloryczne. Co ciekawe podaje się tu pieczone ziemniaki do zestawu lokalnych wędlin i serów. Coś czego się nie spotyka w naszej kuchni to kacamak - rodzaj kaszy kukurydzianej zmieszanej z  serem, podawany na różne sposoby. 
W restauracji Or'o, w której mieliśmy przyjemność się stołować tego dnia, kacamak to po prostu danie główne!

Rafting na Tarze


Na ten dzień czekaliśmy miesiące. Wszystko się dzieje tak szybko. Obfite śniadanie na dzień dobry... ech te sery, twarożki, szynki i jajecznica! Potem już zbiórka przy miejscu wydawania strojów, szukanie swojego numeru butów, oglądanie modeli kombinezonów. Ich dobór podczas wydawania jest zabawny. Panowie lustrują sylwetkę od stóp do głów i bez wahania wydają kostium jakby mieli metr krawiecki w głowie.
Kombinezony są nieco mokre, trzeba się liczyć z tego typu niespodzianką, mokre są też buty, ale po kilku minutach nie odczuwa się już żadnego dyskomfortu. Przed recepcją jesteśmy dzieleni na grupy jak na apelu szkolnym. Każda podąża za swoim kierowcą do przydzielonego pojazdu. My pakujemy się do nieco zdezelowanego jeepa razem z piątką wesołych Czechów. Spodziewałam się spektakularnego przejazdu na miejsce rozpoczęcia spływu, jednakże poziom ekstremalnych doznań przeszedł moje wyobrażenie. Bo oto przez prawie godzinę przemieszczamy się wzdłuż rzeki Tary, trawersując stromy grzbiet, pnąc się stromo w górę lub na przemian zjeżdżając w dół. I nie byłoby w tym nic specjalnego gdyby nie głęboka na kilkaset metrów przepaść w dół, wąska niemalże leśna droga szerokości samochodu i nadjeżdżające z przeciwnego kierunku inne pojazdy, wracające właśnie z "zrzutu".  
Na zakrętach i podjazdach tumany wznoszonego pyłu i niedomykające się drzwi z mojej strony, które przy chwili zapomnienia i mocniejszym oparciu się o nie, po prostu otwierają się na oścież ;-))))
Wrażenia niezapomniane!
Na miejscu w tej samej grupie wsiadamy na nasz ponton.
Jeszcze tylko kaski na głowę, wiosła do ręki, stopy pod liny i zaczyna się. 
Rzeka Tara na tym odcinku jest bardzo zróżnicowana. Są miejsca kiedy widzi się dno, można by nawet do niego sięgnąć dłonią. Są też i takie, które swoim bezkresem tworzą wielką głębię.
Nurt na sporej długości jest raczej spokojny, leniwy wręcz, co sprzyja podziwianiu otaczających nas z obu stron wysokich ścian, tworzących najgłębszy w Europie kanion (nawet 1300 m głębokości). Co kilkaset metrów woda marszczy się, burzy, kłębi, dostarczając nieprawdopodobnych emocji. W takich chwilach kombinezony stają się w mgnieniu oka całkiem mokre. 
Podczas spływu jest kilka miejsc postojowych. Na drewnianych podestach wybudowanych przy samym brzegu można kupić piwo, wypić kieliszeczek rakiji. Można też dla odmiany oddać się kąpielom w wodzie - zimnej nieco;-). Są też i tacy, którzy biegną stromo w górę stoku aby po prostu skoczyć do wody. 
Rafting Centar Tara-Raft organizuje spływ na odcinku, obejmującym miejsce połączenia się Tary z Piwą - obie te rzeki tworzą Drinę. 

Cała wycieczka z przerwami i uwzględnieniem dojazdu zajmuje około pięciu  godzin, niezapomnianych i jedynych w swoim rodzaju. Pontonem dopływamy bezpośrednio do naszego ośrodka, gdzie po wszystkim czeka na nas pyszny lunch. 

Poziom organizacji w Rafting Centar Tara-Raft jest zadziwiający. Nie ma chodzenia z pieniędzmi i płacenia za każdą butelkę piwa, czy ekstra kawę. Wszystko załatwia się przy barze na hasło, a za całość płaci się przed wyjazdem. To niezwykle wygodne.
grunt to porządne śniadanie
strój wydany :-)
24 lata temu biała sukienka i granatowy gajer, dziś emocje na Tarze w najgłębszym kanionie Europy!


jeden z bardziej mrożących krew w żyłach  przejazd 
tuż przed zejściem na wodę
Tara miejscami niezwykle spokojna, wydaje się też taka płytka - nic bardziej mylnego 
można też było wyskoczyć na ląd na kieliszeczek rakiji
i kolejne miejsce postojowe 
a to już nasza ekipa w komplecie - z piątką wesołych Czechów 
Na miejscu okazuje się jeszcze, że istnieje możliwość zakupienia zdjęć jakie robione były poszczególnym grupom z punktu widokowego. Kupujemy a jakże! zwłaszcza że czasie spływu niewiele było okazji aby wyjąć aparat czy telefon i coś pstryknąć. 


463 km z Peczu do Rafting Centar Tara-Raft


z trasy przez Bośnię i Hercegowinę najbardziej zapamiętałam liczne minarety i niespotykaną wręcz liczbę ciężarówek. Ciężarówki były wszędzie: na drogach, na stacjach benzynowych, pod domami....
Po lewej Sarajevo widziane z obwodnicy   
i przepiękny odcinek na trasie do Foca, z każdym kilometrem zbliżający nas do bazy raftingowej
Rafting Centar Tara-Raft, ośrodek kempingowy nad Driną jeszcze po bośniackiej stronie ... od  godziny 16 rozpoczyna się przygotowywanie sprzętu do kolejnego dnia, suszenie kombinezonów, układanie pontonów. 

Pecz - przystanek w podróży

Upragniony wyjazd na wakacje. W tym roku celem jest Czarnogóra. Oczywiście możliwe jest przejechanie w trybie ciągłym 1100 km, w przewidywanym czasie podróży ponad 15 godzin, ale lepiej chyba niespiesznie, z przystankiem, który tak się jakoś fajnie na mapie ułożył, że wypadł w Peczu. 
Do tego miasta mam sentymentalny stosunek i chętnie wracam wspomnieniami do upalnego lata w końcówce lat 90-tych i cudownej, pełnej niespodzianek kanikuły w zachodnich i południowych Węgrzech. 

Po tych ponad 20 latach, niby nic się nie zmieniło a jednak Pecz zrzucił z siebie trochę szarości. Szechenyi Ter, serce Peczu i zamykające go odrestaurowane budowle otacza zieleń, kwiaty, ciekawie zaprojektowane klomby. W upalny dzień rześkości dodaje interesująca kaskada, spływająca tak po prostu po schodach, prowadzących pod Meczet Gazi Kasima Paszy.
Wypełniamy sobotni wieczór spacerując po starej części miasta odtwarzając zapamiętane kiedyś ścieżki.
Meczet Gazi Kasima Paszy przy Szechenyi Ter
Szechenyi Ter
to już taki niepisany zwyczaj podglądania ślubów podczas podróży - tak eleganckiej sesji jeszcze nie fotografowaliśmy ;-)
Synagoga
halo, halooo... nie wierzyłam, że budki telefoniczne są jeszcze na świecie :-) a w Peczu są i działają!
pod meczetem Hassana Jakovaliego
pod murami starego miasta ... w drodze do okrągłej wieży Barbakanu 
imponująca czterowieżowa katedra 
a to już rarytasy w niezwykle klimatycznej bałkańskiej restauracji Balkan Bisztro przy Ferencesek utcaja -  będziemy ją mile wspominać ,nie tylko z powodu wyśmienitej kuchni, czy doskonałego białego wina... wyliczenie napiwku dla kelnera okazało się zagadką matematyczną i wielkim faux pas - na szczęście udało się wybrnąć z tej zabawnej niezręczności 
Meczet Gazi Kasima Paszy przed zmrokiem