Baraniec

Baraniec

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Rumunia 2017 - dzień II


Co jak co, ale na pogodę w Rumunii, zwłaszcza w okresie letnim, można liczyć. Temperatury nas jednak przerastają, jeszcze się dobrze dzień nie zaczął, a na termometrach już z trzydzieści stopni. Nic mi jednak nie zdoła popsuć nastroju, skoro wrócił apetyt i zapomniałam już o fatalnej formie dnia poprzedniego. Sprawnie spakowani, robimy jeszcze krótki obchód cytadeli i ruszamy dalej. 

zewnętrzna fosa Cytadeli w Oradei

Naszym celem jest Timisoara, zanim tam jednak dojedziemy, zatrzymujemy się na dwugodzinny spacer po Aradzie, w którym będziemy poszukiwać eleganckiej atmosfery przełomu wieków XIX i XX - podobnej do tej w Oradei. Dość szybko wjeżdżamy do centrum, a ponieważ jest niedziela, nie mamy specjalnych problemów z zaparkowaniem, bezpośrednio przy bulwarze Rewolucji - głównej ulicy miasta, skąd już blisko do najważniejszych zabytków. Niewątpliwie szacunek wzbudza budynek Teatru Państwowego, obok którego stoi Katedra rzymskokatolicka pw. św. Piotra i Pawła – co ciekawe, jak na świątynię barokową, bardzo skromna. 
Arad - u góry Katedra rzymskokatolicka, poniżej po lewej Teatr Państwowy.
Spod Teatru Państwowego kierujemy się w poszukiwaniu słynnego Domu z kłódką, który stoi zaraz za Placem Avram Iancu. Stojący tuż obok budynek dawnej synagogi, stracił niestety swoje znaczenie i przypomina o nim już tylko nazwa ulicy. 
Arad - Dom z kłódką i jego okolice
Szwendamy się jeszcze w pobliżu, odbijając w uliczkę Gheorge Lazara, przy której stoi kilka zabytkowych kamieniczek i kamienic, przypominających o dawnej świetności miasta. Część niestety w mocno zaawansowanej ruinie, choć widać, że „idzie ku lepszemu”. 
okolice uliczk Gheorge Lazara
Wracamy na Plac Avram Iancu, skąd kierujemy się deptakiem Strada Metianu, w kierunku Katedry prawosławnej. W tej części miasta panuje osobliwa atmosfera, maleńkie sklepiki – spora część z dewocjonaliami, wąskie uliczki… Wychodzimy na dość spory Plac Katedralny, zdominowany przez targ spożywczy, który mimo niedzieli tętni życiem. I gdzie okiem nie sięgnąć, wszędzie ciemnozielone lub żółte piramidki, utworzone z arbuzowych i melonowych kul. Stąd już całkiem niedaleko do zabytkowej, ponad 30-sto metrowej Wieży ciśnień, którą wybudowano pod koniec XIX w., chcąc rozwiązać problem dostarczania wody pitnej do miasta. Obecnie w wieży mieści się prywatna galeria. Przechodząc przez Plac Pompierilor, wracamy znów na Plac Katedralny aby zwiedzić wnętrze Katedry prawosławnej, wzniesionej na przełomie XVII i XVIII w. 
Upał narasta, kupujemy więc na targu ogromną ćwiartkę arbuza, którą miły sprzedawca kroi nam na miejscu na mniejsze kawałki. Dzięki temu możemy spokojnie usiąść na ławce i łasuchować do woli. 
Plac Katedralny i Wieża ciśnień



Katedra prawosławna

Wracając w kierunku naszego miejsca postojowego, mijamy jeszcze jedną z bardziej reprezentatywnych budowli miasta, a mianowicie neorenesansowy Ratusz, bardziej przypominający pałac. Dziś, po remoncie, wygląda niezwykle okazale, a "sznitu" dodaje mu ponad 50-metrowa wieża, w której działa sprowadzony ze Szwajcarii zegar. Teren przed pałacem wygląda jak barwny dywan, a przy głównym wejściu uwagę zwraca tablica upamiętniająca ofiary rewolucji z 1987 roku. 
Miasto pozostawia „ciekawy smaczek”. Lubię takie wyłażące ze skorupy miejsca, a te z XIX – wiecznego fin de siècle, porażające jakąś niewypowiedzianą dekadencją, szczególnie. Podobne wrażenie miałam dwa lata temu, stojąc przed budynkiem hotelu Dacia w Satu Mare.
Ratusz

Dalszą podróż odbywamy w błyskawicznym tempie, krótkim odcinkiem autostrady, łączącej Arad z Timisoarą. Krajobraz wokół raczej nie zachwyca, więc tym lepiej, że szybciej udaje nam się zajechać pod zamówiony apartament. Jego lokalizacja blisko centrum, sprzyja szybkiej teleportacji na Piata Victorii, który planujemy pozwiedzać tego dnia, skupiając się również na kwestiach gastronomicznych ;-).
Dyrektor techniczny w oczekiwaniu na meldunek w Timisoarze

Ponieważ nasz apartament zlokalizowany jest po drugiej stronie rzeki, w pierwszej kolejności, zanim dotrzemy na plac, wchodzimy do Katedry prawosławnej, najbardziej charakterystycznej budowli Timisoary – najpewniej za sprawą bogatej kolorystyki jak i ciekawej pełnej wieżyczek architektury. To jednak nic w porównaniu z tym co jest w środku. Przepiękny ikonstas, liczne malowidła, bogate, złocone żyrandole i przede wszystkim interesujące posadzki, tak mocno odzwierciedlające wpływy twórczości ludowej. Niektóre z detali momentami bardzo mocno przypominają andaluzyjskie świątynie, co nie dziwi, bo kościół łączy styl bizantyjski z formą monastyrów z Bukowiny.
Wychodzimy oczarowani…
Katedra prawosławna


Katedra zamyka Plac Victoriei (Zwycięstwa) na jednym z krótszych boków. Wystarczy przejść przez ulicę i zaczyna nas otaczać fascynująca stylistyka kamienic.
Plac ten jest jednym z ważniejszych miejsc w Rumunii, nie tylko za sprawą jego wielkości, czy liczby zabytków, ale przede wszystkim wartości historycznej. To tu bowiem rozpoczęły się 16 grudnia 1989 roku krwawe zamieszki, rozpoczynające krótki okres rewolucji rumuńskiej, zwieńczony upadkiem komunizmu. Do dziś nikt nie zna prawdziwej liczby ofiar tych dni, a wielu miejscach miasta można znaleźć miejsca upamiętniające ofiary tych wydarzeń.
Dziś plac wypełniają uśmiechnięte twarze turystów, spacerujących matek z dziećmi…
Tak jak wspomniałam walorem tego miejsca jest genialna wręcz architektura, nieco może zaburzona przez obecność współczesnych budynków. W centralnej części rozciąga się deptak usiany klombami kwiatów. Tuż obok fontanny, pośrodku placu stoi pomnik Wilczycy Kapitolińskiej, podarowany przez Rzym w 1926 r.
Od północy plac zamyka równie interesujący budynek Opery i Teatru Narodowego, obok którego stoją utrzymane w stylu klasycznym pałace Lloyda i Weiss.
Piata Victoriei

u góry Pałac Weiss, poniżej pałac Lloyda

W międzyczasie szukamy restauracji, poleconej nam przez właścicielkę naszego apartamentu. Okazuje się, że to lokal umiejscowiony w bezpośrednim sąsiedztwie budynku teatru, nad którym już tylko NIEBO - zajmuje on bowiem sporą powierzchnię tarasu widokowego na dachu. Widok na plac zapiera dech i choć pogoda wyraźnie się psuje „łapiemy” chwile, podczas których delektujemy się pięknym światłem, przenikającym przez chmury.
nad nami niebo w Timisoarze 

Późnym popołudniem - pod wieczór właściwie - planujemy jeszcze przejazd do przemysłowej dzielnicy Timisoary, w której warto zajrzeć na piwo do tutejszego browaru. Warto tam też „rzucić okiem” na kilka zabytków.
Problemy ze złapaniem taksówki - w końcu wybieramy się na piwo :) – powodują, że próbujemy podjechać tam trolejbusem. Jednakże i ten patent się nie sprawdza, bo po przejechaniu dwóch przystanków, trolejbus zmienia kurs. 

Zaczyna mocno wiać a niebo zaciąga się burzowo, decydujemy się więc na krótki spacer przez centrum miasta, w ramach rekonesansu przed kolejnym dniem zwiedzania. W zaledwie kilkanaście minut docieramy do następnego głównego palcu Timisoary – Piata Libertati. Nie jest on może wieczorową porą rzęsiście oświetlony, panuje tu jednak osobliwy klimat. Plac jest dość przestronny a jedyną jego ozdobą oprócz interesującej nawierzchni (zwłaszcza z perspektywy lotu ptaka), jest pomnik św. Jana Nepomucena oraz rzeźba chłopczyka dzwoniącego przez telefon, wykonana z brązu. Projekt jest metaforą zarówno przyszłości jak i współczesności.
Na placu kupujemy doskonałe lody, których jakość odzwierciedla też cena ;-). Zaczyna padać więc pozwalamy sobie na chwilę przerwy pod lodziarnianym parasolem. Wracając znów zaglądamy na Piata Victoriei, który błyszczy w kolorowych iluminacjach i tętni życiem.

Plac Victoriei by night good ;-)



W Timisoarze duży nacisk kładzie się też na odnawianie bram wejściowych - przykład taki o!

Zapowiada się dobry kolejny dzień ;-)

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

niedziela, 27 sierpnia 2017

Rumunia 2017 - dzień I

Dyrektor techniczny imprezy, na minutę przed wyjazdem ;-)

Po roku znów wracamy do Rumunii, tym razem planując penetrowanie jej południowo-zachodniej części.
Podróż niestety nie rozpoczyna się dobrze. Ciężka, nieprzespana i przechorowana noc, nad ranem przed samym wyjazdem wątpliwości, czy nie przesunąć naszego odpoczynku o choćby jeden dzień… Na szczęście jakoś udaje się pozbierać i już po szóstej wyjeżdżamy z Krakowa, kierując się sprawdzoną drogą przez Nowy Sącz, Tylicz, Bardejów, Koszyce , Debreczyn prosto do Oradei.
Dla Polaków jadących do Rumunii z Krakowa i okolic jest to jeden z najbardziej optymalnych wariantów. Całą podróż – nieco powyżej 500 km - można zamknąć w ośmiu godzinach, uwzględniając krótkie chwile na odpoczynek w trasie.

Oradea jest dużą, liczącą ponad 180 tys. mieszkańców aglomeracją, o bogatej historii sięgającej 1000 roku. Jak większość rumuńskich miast przeżywała swój najlepszy okres pod koniec XIX w., za czasów panowania Habsburgów. Wtedy też zyskała przydomek „perły w koronie Habsburgów”, czy „oradiańskiego Parnasu”.
I nie ma w tym cienia przesady, bo choć dziś miasto jest nieco „zwietrzałe”, to jednak widać, że przeżywa prawdziwe odrodzenie. Remontowane są liczne kamienice, budynki użyteczności publicznej, place… Spora część zaczyna przypominać te z najlepszego okresu świetności.
My po odbyciu wszelkich formalności rejestracyjnych w hotelu Cetati Oradea (nomen omen po gruntownym liftingu), ruszamy w miasto aby choć z grubsza poznać największe jego atuty.
Nie ukrywam, mam niedosyt, bo Oradei warto poświęcić zdecydowanie więcej niż tylko kilka godzin. Wystarcza to jednak aby zobaczyć to co najważniejsze i zachwycić się wspaniałą architekturą.
Z naszego hotelu, poniekąd z uwagi na wciąż jeszcze nie najlepszy stan mojego zdrowia, korzystamy z dobrodziejstw prywatnej komunikacji w Rumunii i taksówką podjeżdżamy kilka kilometrów, tuż pod budynek Katedry katolickiej. Jako że jest sobota, podobnie jak dwa lata temu trafiamy na ceremonie ślubne. Jedna z par akurat oczekuje na wejście do Kościoła, druga uczestniczy jeszcze w nabożeństwie. To niestety powoduje, że zwiedzanie sprowadza się zaledwie do krótkiej wizyty wewnątrz kościoła. Sama bryła katedry jest dość ciekawa, poprzez „obrócenie” o pewien kąt, wież zamykających po obu stronach główną nawę. Przez to powstał układ tworzący wklęsłą fasadę. Wnętrze stanowi typowy przykład barokowego wystroju. Przed świątynią warto zwrócić uwagę na replikę pomnika św. Władysława, którego kult widoczny jest jeszcze w kilku miejscach miasta, oraz na stojący tuż obok katedry Pałac biskupi, wzorowany na pałacu arcybiskupim w Wűrzburgu. Trudno uwierzyć, że przylegający do katedry park pałacowy jest ulubionym miejscem spacerów Oradian (wzmianka w przewodniku) - wszędzie tu pełno śmieci. Przestaje mnie to jednak dziwić im bardziej poznaję Rumunię i zamieszkujących ją ludzi.
Katedra katolicka
Niewątpliwie atrakcją w tej okolicy są XIII-wieczne arkady, ciągnące się wzdłuż Strada Silur Canonicilor, zwane Korytarzem kanoników. Korytarz ten, łączący 10 budynków i składający się z 57 łuków mierzy aż 250 metrów.
Korytarz Kanoników

Dalszy spacer kontynuujemy wzdłuż Strada Republicii, która jest prawdziwym kąskiem zarówno dla amatorów jak i koneserów architektury secesyjnej. Większą cześć stanowi zamknięty dla ruchu samochodowego deptak, wzdłuż którego warto obejrzeć wspaniałe kamienice. Jak wspominałam większość wymaga remontu ale i one dają wyobrażenie arcymistrzowskiego zamysłu. Komentarz jest zbędny, a widoczne działania, mające na celu odzyskanie dawnego blasku, rodzi nadzieję, że za przynajmniej 20 lat będzie to perełka dla zwiedzających Oradeę turystów. 
Strada Republicii



Ten istny raj dla oka zamyka stojący przy Placu Ferdynanda I wyremontowany budynek Teatru Państwowego. 
Plac Ferdynanda I z Teatrem Państwowym

Nie wiedzieć kiedy dochodzimy nad brzeg Szybkiego Kereszu. Z mostu wyłania się imponujący widok na w pełni wyremontowane otoczenie Piata Unrii, oraz stojącą w oddali synagogę.   

Najpierw udajemy się pod maleńki, barokowy kościół św. Władysława, którego nie udaje nam się zwiedzić ze względu na wspomniane już wcześniej ceremonie ślubne. Tuż obok stoi Pałac biskupów greckokatolickich, reprezentujący styl belle epoque. Naprzeciwko warto zajrzeć do Cerkwi pod Księżycem, której wnętrze zachwyca barokowym przepychem. Nazwa wiąże się z umieszczonym w wieży kościelnej mechanizmem wskazującym fazy Księżyca. 
Piata Unrii (na górze od lewej: Szybki Keresz, Ratusz, Synagoga; w środku od lewej Kościół św Władysława i Kamienica Czarny Orzeł oraz Cerkiew pod Księżycem; na dole Pałac biskupów greckokatolickich i Kamienica Czarny Orzeł

Cerkiew pod Księżycem

Jednakże bodajże najwspanialszym przykładem oradiańskiej secesji jest Pałac Czarny Orzeł (Palatul Vulturul Negru), z przeszklonym dachem i ciągnącym się pod nim wewnętrznym pasażem handlowo-gastronomicznym. 
Kamienica Czarny Orzeł
Wracając do hotelu mijamy jeszcze park Copii, dosłownie tryskający świeżością za sprawą szpaleru fontann, co w tym upale (bliskim 40 stopni) stanowi nie lada ochłodę.
Nasz spacer po Oradei kończymy w ogromnym budynku cytadeli o kształcie pięciokąta, w którym niegdyś mieściła się siedziba biskupa. Dziś w części dawnej twierdzy mieści się hotel, w którym mieliśmy przyjemność się zatrzymać. O ile może razić brak klimatyzacji w pokojach (zamiast oferuje się duże wentylatory), o tyle niewątpliwym atutem jest przestronność pomieszczeń. Nam w rozsądnej cenie udało się dostać dwupokojowy apartament z wliczonym śniadaniem. 

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

niedziela, 18 czerwca 2017

Byliśmy w Morskim Oku... Przeżyliśmy!

Tegoroczny sezon taternicki planujemy rozpocząć z naszym synem, chcąc pokazać mu Morskie Oko tak jak lubimy - z dala od ludzkich tłumów.
Jak zwykle organizujemy wczesną pobudkę aby wejście na szlak rozpocząć zaraz po siódmej. 
Ku naszemu zdziwieniu parking w Palenicy Białczańskiej jest już w co najmniej trzech rządkach zajęty i sporo ludzi jak na nasze oczekiwania rusza na szlak, na szczęście tuż za Wodogrzmotami Mickiewicza robi się kameralnie. Przyjmujemy to z ulgą ...
nasze niczym nie zmącone cienie na trakcie do Morskiego Oka
Cieszymy się piękną aurą, nad nami pogodne niebo, a rześkość powietrza sprawia, że idzie się szybko i bez zmęczenia. 
między 7 a 9 rano - na szlaku cisza i spokój, aż trudno uwierzyć, że to najbardziej uczęszczany szlak w Tatrach 

niezwykle fotogeniczna polana Włosienica i pierwsza majestatyczna odsłona Tatr otaczających Morskie Oko

Dodaj napis
Nad Morskim Okiem zaledwie kilka osób. Łapiemy kilka kadrów i siadamy przed schroniskiem aby coś przekąsić. Obok pałaszujący szarlotkę nowożeńcy, najpewniej po porannej sesji fotograficznej – piękny Włoch w wymuskanym garniturze i świeżo upieczona małżonka w nieco „zmęczonej” sukni, otulonej polarem ;-)
pogoda jak marzenie - od lat takiej nie mieliśmy w tym miejscu ;-)


Nie tracąc czasu ruszamy dalej, planując wejść do kotliny Czarnego Stawu. Aby dostać się pod niemalże 200–metrowy próg skalny, oznaczony czerwonym szlakiem, trzeba obejść spory fragment Morskiego Oka. To jednak całkiem przyjemna część spaceru, podczas której warto nasycić oko niezwykłymi widokami majestatycznych ścian, otaczających jezioro i odbijających się w nim niczym w lustrze. 
w drodze nad Czarny Staw pod Rysami odrobina symetrii ;-)
Podejście do Czarnego Stawu zajmuje około 25 minut i jest dość mozolne, ale widok na progu rekompensuje ten krótki wysiłek. 
szerokie wstążki potoku spadającego spod kotliny Czarnego Stawu, w dole Morskie Oko, a nad nim szlak na Szpiglasową Przełęcz
U naszych stóp szmaragdowozielone oko, które otacza postrzępiona Żabia Grań i Mięguszowieckie Szczyty z masywną ścianą Kazalnicy. Gdzieniegdzie jeszcze ślady zalegającego śniegu. Otoczenie Czarnego Stawu pod Rysami bardzo przypomina amfiteatr w Dolinie Gąsienicowej, ciaśniej tu jednak i bardziej stromo. 
szmaragdowozielona toń Czarnego Stawu pod Rysami

jeszcze kilka chwil nad Czarnym Stawem
Nad brzegiem zaczyna gromadzić się coraz więcej ludzi, podejmujemy więc decyzję o schodzeniu. Zanim jednak wchodzimy na szlak spoglądamy jeszcze w kierunku północnym, gdzie jak na dłoni widać nasz szlak sprzed 3 lat na Szpiglasową Przełęcz. W dole Morskie Oko w całej swej okazałości (przypomnę – powierzchnia niespełna 35 ha, głębokość  50 m).
przed zejściem nad Morskie Oko
Szybko obniżamy wysokość aby znaleźć się na rozwidleniu szlaków i wrócić pod schronisko, okrążając w ten sposób całe jezioro (pełny spacer brzegiem to ok. 2,5 km).
i tym sposobem zatoczyliśmy pętelkę
Niestety im bliżej schroniska tym widok coraz bardziej nieciekawy… jeszcze nie ma jedenastej a nad krawędzią stawu już zalegają tłumy ludzi, popijając piwo, słuchając radia... Wcale nie lepiej jest na szlaku w stronę parkingu. Drogą wciąż napływają kolejne masy. 
Jakie to szczęście, że widzianego jeszcze kilka godzin wcześniej obrazka, nic nam już nie zakłóci.
niektórym wystarcza tylko i aż tyle... 
Betonowy parking przypomina dżunglę, droga do Łysej Polany w każdym calu upchana jest samochodami...

Jest po trzynastej a my już mkniemy w stronę Krakowa. Od Rabki po Nowy Targ w kierunku na Zakopane gigantyczny korek. 
Łódzkie, śląskie, pomorskie… - wszyscy jadą w Tatry… - a może tylko do Zakopanego?

po latach...

krótki spacer ulicami rodzinnego miasta ;-)

ukochany gorlicki zaułek, do którego zawsze lubię wracać...

sala jazzowa w Dark Pubie

i my, choć w uszczuplonym składzie, wciąż piękni i młodzi ;-)))

i choć Gorlice od Kwidzyna dzielą setki kilometrów, telefon skrócił ten dystans - przez chwilę byli z nami Mrówka i Rafał ;-))