Baraniec

Baraniec

niedziela, 23 sierpnia 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień II/



Z Satu Mare w niedzielny, piękny poranek udajemy się szlakiem cerkwi i kultury ludowej Marmaroszu (spotkałam się też z określeniem Maramureszu). Majaczące z obrzeży miasta góry zbliżają się z każdym kilometrem przejechanej trasy. Po drodze niemalże sczerniałe słoneczniki, pola kukurydziane, szaleni kierowcy i … furmanki. W całym swoim życiu nie widziałam ich tyle. Furmanki są wszędzie i w różnej formie, często zaprzężone w chudego konia, wypchane sianem, spiętrzonymi tobołkami, pośród czego niekiedy i całe rodziny. I nie ma znaczenia czy jesteśmy gdzieś w środku pustego krajobrazu, na obrzeżach wioski, w jej centrum, czy w mieście. Tu słowa „koń to przeżytek” byłyby nie na miejscu.

A my rozpoczynamy naszą przepiękną przygodę z Marmaroszem. Zanim dotrzemy do najbardziej znanego miejsca tego regionu mijamy niewielkie miasteczko Negresti Oas (czyt. Negreszti Ołasz) Zatrzymujemy się tu na chwilę aby uzupełnić zakupy. Można powiedzieć, że około 11.00 tutejszego czasu praktycznie całe życie tej miejscowości skupia się w okazałej cerkwi, skąd dochodzą piękne śpiewy obrzędu prawosławnego. A zaraz po przejechaniu kilku kilometrów dalej rozpoczyna się ciąg długich wsi, których zabudowa wprawia nas w osłupienie. Każdy kolejny dom bardziej zbytkowny, często wielopoziomowy, z wystawnymi, nierzadko zdobionymi tarasami, balkonami - niemożliwe aby w jednej takiej rezydencji mieszkała tylko jedna rodzina. Robi to ogromne wrażenie, tym bardziej, że spodziewaliśmy się raczej budynków drewnianych, nieco stylowych. Dopiero po wjeździe w góry urzeka nas opisywana w przewodnikach zabudowa. Drewniane domy, stojące w szeregu przy ulicy, przed każdym ławeczka a na niej odpoczywający ludzie. Powoli dostrzegamy też tradycyjne bramy marmaroskie, choć to dopiero przedsmak. Co zaskakuje? Pomimo upałów, ludzie na ulicach, na drewnianych siedziskach, przy płotach... a to dwie staruszki sobie plotkują, a to dwóch panów żywo o czymś dyskutuje. U nas to już raczej coraz rzadziej spotykany widok. Zadziwia nas też ubiór kobiecy. Panie niezależnie od wieku odziane są w kiecki do kolana, mocno rozkloszowane dołem, do tego obowiązkowo chustka na głowę, wiązana pod szyją. Aż trudno uwierzyć ale taki styl ubierania się preferują również młode kobiety, czy dziewczyny. Bardzo liczyliśmy, że uda nam się obfotografować ten charakterystyczny folklor po mszy niedzielnej w Sapancie, ale niestety na główną ulicę pod kościół zajeżdżamy w sam raz podczas powrotu ludzi do domów. Zanim znajdziemy miejsce postojowe mija kilka dobrych minut.
Trudno zaparkować w Sapancie (czyt. Szapancie) w niedzielne południe. Samochody zastawiają każde, dosłownie każde wolne miejsce, pozostałą przestrzeń wypełniają liczne kramy i kramiki pełne ludowszczyzny.
Na najsłynniejszy chyba cmentarz w Rumunii tzw. Wesoły Cmentarz (Cimitrul Vesel) trafiamy o nie najlepszej porze bo ludzi rzeczywiście sporo i trudno nawet o jakąś chwilę zadumy. Pytanie jednak brzmi czy zaduma to najlepszy nastrój w jaki można się wprowadzić w tym miejscu? To rzeczywiście niezwykły cmentarz, przeczący chyba zupełnie naszej europejskiej kulturze, związanej z tematem śmierci, tak dalekiej od radosnego pogodzenia się z wyrokiem losu. Przede wszystkim w oczy rzuca się niespotykana na cmentarzach kolorowa mozaika w tonacji niebieskiej. Dominujący odcień ciemnego błękitu został nawet określony jako alabastru din sapanta. W kolor ten obleczone są krzyże i tabliczki, przedstawiające w zabawny sposób życie zmarłego, jego profesję czy hobby, niekiedy ukazujące jego charakter a nawet słabostki jak skłonność do wypitki czy kobiet. Pod każdą scenką widnieje epitafium, streszczające życie zmarłego, które jak przeczytałam w przewodniku zaczyna się od słów "Tu ja spoczywam …imię i nazwisko się nazywam...". Cmentarz powstał w 1935 r. i był pomysłem miejscowego artysty Iona Stana Patrasa. Ta barwna, oryginalna idea kontynuowana jest do dziś, choć obecnie powstające nagrobki różnią się nieco od tych pierwotnych, a przedstawione postaci są bardziej dynamiczne, bardziej zróżnicowane kolorystycznie i mają głębszy ryt. Często też spotyka się scenki, w których zmarłemu towarzyszą inne osoby. Co ciekawe – wyczytałam w przewodniku – na krzyżach pojawia się coraz więcej obrazów ukazujących wypadki samochodowe, co doskonale podsumowuje temat obserwacji jazdy Rumunów.
W drodze z Satu Mare do Sapanty
Wesołe nagrobki na Wesołym Cmentarzu
Obok cmentarza a właściwie w jego środku warto zwiedzić cerkiew, która obecnie jest w fazie remontu zarówno wewnątrz jak i zewnątrz. Nie zmienia to jednak niczego jeżeli chodzi o udział miejscowych ludzi w nabożeństwach. Gdy przyjechaliśmy z kościoła wychodził tłum mieszkańców Sapanty, odświętnie odziany w tradycyjny strój. Wewnątrz cerkwi oprócz detali o charakterze sakralnym, zwracają uwagę kolorowe, niekiedy zabawne poduchy, ułożone na drewnianych ławkach, o które opierają się klęczące w modlitwie osoby.
Cerkiew w Sapancie

zwyczaj zapalania świeczek dziękczynnych
No i oczywiście kilka słów o kramach, których wszędzie tu pełno. W gorącym powietrzu powiewają haftowane obrusy, na płotach wywieszone są kolorowe dywaniki, torebki. Wszędzie pełno drobnych, mniej lub bardziej kiczowatych pamiątek, z których największą część stanowią charakterystyczne kapelusiki, drewniane fajki (na zdjęciach poniżej) i oczywiście magnesy na lodówkę, z których naprawdę ciężko wybrać coś interesującego.
Sapanta - radosna twórczość ludowa
Z Sapanty jedziemy się w stronę Doliny Izy. Zatrzymujemy się przed kilkoma tradycyjnymi domami i pensjonatami marmaroskimi, których prawdziwą ozdobą są drewniane, rzeźbione niekiedy monumentalne bramy i - co ciekawe - osadzone na kikutach drzew emaliowane, kolorowe rondle i garnki. Wygląd bramy jest najpewniej miarą statusu społecznego, co nie zmienia faktu, że nawet te skromniejsze są zachwycające. Pomimo biedy jaką widać na wsiach Marmaroszu zwraca uwagę niezwykła dbałość o swoje domostwa. Wszędzie jest pełno zwisających pelargonii czy rosnących przy domu bylin. Bardzo to wszystko miłe dla oka i aż żal, że nie ma czasu aby zatrzymać się dłużej, popodglądać trochę.
przepiękne, stylowe drewniane bramy Marmaroszu w Dolinie Izy
i często towarzyszące im wietrzące się emaliowane rondle ;-)
sielsko...
pocztówki z okna samochodu... furmanki, orszak pogrzebowy idący środkiem głównej drogi i wjazd w Góry Rodniańskie
Z Vadu Izei kierujemy się boczną drogą na Barsanę (czyt. Barszanę), malowniczą wioskę, która słynie z żeńskiego kompleksu klasztornego Manastirea Barsana. Nadzwyczajnie urokliwe to miejsce, choć nie mające nic wspólnego z powiewem historii. Kompleks powstał zaledwie kilkanaście lat temu w 1997r. a tworzy go drewniana zabudowa w lokalnym stylu, otoczona soczystą zielenią i barwnymi kwiatami. Niezwykle zadbane rabaty, atmosfera spokoju i ucieczki od zgiełku, to coś co przyciąga licznych turystów. My mieliśmy wyjątkowe szczęście bo mimo środka sezonu nie potykaliśmy się o innych zwiedzających. Niestety ze względu na dość napięty harmonogram przewidziany na ten dzień nie zwiedzamy już wpisanej na listę UNESCO cerkwi z 1720 r. Na szczęście powetujemy sobie tę stratę niespełna trzydzieści kilometrów dalej w Ieud.
Kompleks cerkiewny w Barsanie

wnętrze cerkwi w Barsanie
kwieciście w Barsanie
i Barsana niemalże pocztówkowa ;-)
No właśnie i to jest mój numer jeden tego dnia. Ieud - maleńka wioska, do której trzeba dotrzeć zjeżdżając z głównej drogi kilka kilometrów. Tu właśnie znajduje się jedna z najstarszych cerkwi Marmaroszu, zbudowana w połowie XVII w. Cerkiew i otaczający ją niezwykły, nieco już zaniedbany cmentarzyk wznosi się na wzgórzu i stąd jej nazwa Cerkiew na Wzgórzu (Biserica din Deal). Zanim zobaczymy przepiękne malowidła ścienne przechadzamy się po cmentarzu ścieżką, wzdłuż której sterczą błękitne kapliczki drogi krzyżowej. I mamy wyjątkowe szczęście ponieważ cerkiew często jest zamknięta, a o klucze trzeba pytać miejscową ludność. Ponieważ w tym samym czasie na zwiedzanie przybyła kilkuosobowa grupa Anglików i udało im się namierzyć ów klucz, mieliśmy okazję przeżyć coś absolutnie niezwykłego w sercu tej starej świątyni. Całe ściany wewnątrz pokryte są niezwykłymi malowidłami, nieco już podniszczonymi ale obrazującymi sceny o tematyce zarówno kościelnej jak i związane z historią księstw Rumunii. Przyglądałam się z bliska tym polichromiom i część z nich została wykonana bezpośrednio na drewnie, część natomiast na płótnie. Muszę przyznać, że zarówno nastrój tego miejsca jak i te zadziwiające malowidła były dla mnie czymś wyjątkowym. Dziś próbując ułożyć w pewnej hierarchii miejsca, które zostawiły niepowtarzalny ślad po tej podróży, Ieud i przepiękną cerkiew na pewno umieszczę na bardzo wysokim miejscu.
jedna z najstarszych cerkwi w Rumunii - Ieud

zapierające dech polichromie w Ieud
Nieco już uduchowieni kierujemy się z powrotem na główną drogę aby dotrzeć do Bogdan Voda – kolejnej miejscowości, słynącej z przepięknej drewnianej cerkwi św. Mikołaja (Biserica Sf. Nicolae). Cerkiew pochodzi z 1718 r. i słynie ze szczególnie dobrze zachowanych malowideł. Niestety nie mamy tu już takiego szczęścia. Kościół jest zamknięty. Ja jednak kieruję się w stronę stojącej obok nowej, murowanej cerkwi, skąd dochodzi mnie boski zaśpiew odbywającego się właśnie nabożeństwa. Z przedsionka zerkam do środka, wsłuchując się w tą niezwykłą muzykę, która gra mi w uszach jeszcze przez kilka godzin.
A stąd już niedaleko do celu naszej wycieczki tego dnia - Borsy (czyt. Borszy). Powoli znów wyłaniają się góry, piętrzy się najwyższy szczyt Gór Rodniańskich – Pietrosul.
cerkiew św. Mikołaja w Bogdan Voda
i nowa cerkiew w Bogdan Voda
Do Borsy docieramy dość późno bo około 18. Jak się jednak okazuje to tu właśnie doznajemy olśnienia i przypominamy sobie, że czas w Rumunii jest przesunięty o godzinę do przodu. Jest więc już prawie 19. "Umierając z głodu" szukamy jakiegoś lokalu z dobrym jedzeniem i znajdujemy coś co budzi nasze zaufanie w centrum miejscowości. W ogródku niestety nie ma już miejsc, zmuszeni jesteśmy więc jeść w środku. Rumunia nie poszła jeszcze tak daleko jak Polska z zakazem palenia w lokalach czy miejscach publicznych. Dyskretnie uderza nas zapach nikotyny, choć podczas oczekiwania na obiad stwierdzamy, że działa tu całkiem dobra wentylacja i nie mamy z tym większego problemu. Na stół "wjeżdża" obiad, którego chyba nigdy nie włączyłabym do domowego menu. Na desce dwie gałki mamałygi, której smak podkreśla ser podobny do naszej bryndzy, do tego kupa mięsiwa wszelakiego rodzaju z kiełbasami smażonymi włącznie. Co ciekawe żadnych surówek, sałatek, jedynie mała papryczka, ostra jak brzytwa, mająca chyba pomóc w strawieniu tego bardzo niezdrowego ale jakże dobrego jedzenia.
dietetyczna kolacja w Borsa

Do hotelu odległego o kilkanaście kilometrów od Borsy docieramy około 21. To spory moloch stojący przy drodze, dość zgrabnie wkomponowany w otaczający go górski krajobraz. Dostajemy bardzo wygodne, duże pomieszczenie z nieco wydzieloną mniejszą sypialnią. O tym, że jesteśmy w górach przypomina nam nie tylko widok z obszernego balkonu ale i cudownie niska i znośna po całodziennym upale temperatura. 


I wino na dobranoc. Więcej już nie trzeba ;-)

foto: BK Sobieccy

niedziela, 16 sierpnia 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień I/





Podróż po Rumunii rozpoczęliśmy jak chyba większość Polaków wyjeżdżających z naszego regionu od miejscowości Satu Mare (czyt. Szatu Mare), odległej zaledwie kilka kilometrów od granicy węgiersko-rumuńskiej. Jest to szybkie i całkiem wygodne połączenie do Rumunii, mimo że świadomie unikaliśmy płatnych dróg ekspresowych i autostrad w rejonie Słowacji i Węgier. Wyjechaliśmy więc z Krakowa kierując się przez Nowy Sącz, Tylicz, Bardejów, Vranow, Trebisov, Pacin i Kisvardę. Mijamy piękne, bardzo urozmaicone tereny – od górskich przez wyżynne po zupełnie płaskie obfitujące w żółcące się wzdłuż drogi pola słonecznikowe, czy zielone kukurydziane.

Cała podróż z przerwami na kawę, krótkie rozprostowanie kości i zakup wina tuż przy słowacko- węgierskiej granicy zajmuje ok. 8 godzin.
pocztówki z okna samochodu /przejazd przez Słowację i jej sielskie krajobrazy z bocianami i słonecznikami w roli głównej/
pocztówki z okna samochodu /przejazd przez winną część Słowacji/
pocztówki z okna samochodu /przejazd przez Węgry i wjazd do Rumunii/
Pomimo, że Rumunia jest krajem należącym od 2007 r. do Unii Europejskiej, sam przejazd przez granicę nieco przypomina stare czasy z paszportami i książeczką walutową w zanadrzu. Odczekujemy swoje w wężyku i po okazaniu dokumentów kontynuujemy naszą podróż. Od razu też zderzamy się z tutejszą rzeczywistością, pewnym najdelikatniej mówiąc bajzlem. Śmieci na ulicach, fatalny stan dróg…. Nie to jest jednak najtrudniejsze do ogarnięcia. Świadomi kultury poruszania się Rumunów po drogach i tak doznajemy wstrząsu widząc jak jeżdżą. Świętą prawdą jest więc przesłanie – „miej oczy dookoła głowy”. Wyprzedzanie na trzeciego, wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, na zakręcie, pod górkę, traktowanie pieszych z góry - to właśnie styl jazdy Rumunów. Nie możemy tego ogarnąć do końca pobytu, choć pod koniec wyjazdu mąż mój zaczyna powoli przejmować pewne zachowania ;-)) – no cóż… jeśli wlazłeś między wrony…
W pensjonacie, w którym zatrzymujemy się na pierwszy nocleg zostawiamy bagaże i po załatwieniu wszystkich formalności rozpoczynamy zwiedzanie.
Satu Mare, miasto liczące ponad 115 tys. mieszkańców nie jest może perełką turystyczną ale jest w nim kilka miejsc, które nie dają o sobie zapomnieć. Nasz spacer zaczynamy od ścisłego centrum przy Piata Libertatii, pięknym placu, którego centralną część tworzy piękny, barwnie ukwiecony park z fontannami. Mając zaledwie kilka godzin, skupiamy się na co ważniejszych zabytkach. Na pewno warto zobaczyć katedrę katolicką w stylu barokowo-klasycystycznym, której fasadę zdobią ciężkie kolumny korynckie. Zanim poznajemy wnętrze mamy okazję „załapać się” przed głównym wejściem na składane nowożeńcom gratulacje i życzenia. W środku niewątpliwie atrakcją jest przepiękna kopuła a całość jest nie przesadzona w wystroju. Co ciekawe katedra była niemal całkiem zniszczona podczas II wojny światowej.
katedra katolicka
Dalej kierujemy się w stronę cerkwi prawosławnej z początku XX wieku, zachwycającej swoim wnętrzem a szczególnie ikonostasem i malowidłami w mocno niebieskiej tonacji. Tu również trafiamy na mające się odbyć nabożeństwo ślubne.
cerkiew prawosławna p.w. św. Michała Archanioła
Kontynuując nasz spacer a właściwie kierując się z powrotem w stronę Piata Libertatii bardzo chcemy zobaczyć Teatr Północny – zabytek z 1889 r. ale niestety jest on obecnie w fazie generalnego remontu. Budzi natomiast podziw stojący nieopodal przepiękny budynek policji. Nieco wałęsamy się po okolicy, która im bardziej oddala się od ścisłego centrum, czyli wspomnianego placu, tym bardziej „trącona jest zębem czasu”.
okolice Teatru Północnego
Jest sobota i co rusz mijamy przyjęcia weselne, odbywające się w nieco inny niż u nas sposób. Wygląda na to, że często są to krótkie spotkania po samej ceremonii ślubnej, w wąskim rodzinnym lub przyjacielskim gronie, niektóre nawet w ogródkach knajpek otwartych dla ogółu. Nadarza się też okazja aby wspiąć się na szczyt tutejszego minaretu (Turnul Pompierilor), skąd roztacza się rozległa panorama na miasto i na wszystkie znajdujące się u podnóża główne zabytki miasta. 
małymi kroczkami na szczyt minaretu
światła i cienie... bazgroły i bazgrołki... ;-)
Szczególną uwagę zwraca swoim rozmachem stojący tuż obok hotel Dacia, w mojej ocenie absolutna perełka i wizytówka Satu Mare, co potwierdza wzmianka w przewodniku jakoby budynek ten był przykładem najpiękniejszej budowli Rumunii w stylu secesyjnym.
Hotel Dacia - absolutny hit miasta
Hotel Dacia
Dzieło wiedeńskich architektów i jak większość otaczających go kamienic wyraz stylu belle epoque. Nie trudno wyobrazić sobie jego wspaniałość, nawet jeśli dziś patrzy się niemalże na jego ruinę. Zarówno całość jak i liczne wysmakowane detale uruchamiają wyobraźnię. Podczas gdy ja fotografowałam, mój małżonek pięknie oddawał w słowach ducha tamtych lat. I miałam wręcz wrażenie jakbym słyszała szelest długich falbaniastych sukni, czy otwieranych koronkowych parasolek, wokół dawał się unosić zapach wyrafinowanych perfum, kusiły piękne kapelusze. Zachwycała nienaganna liberia boya hotelowego otwierającego z namaszczeniem frontowe drzwi. Powietrze gorące i lekko wietrzne wprawiało w drgania falujące w otwartych oknach firany. I można tak pójść dalej, cudowne kryształowe żyrandole oświetlające salę bankietową, dźwięk sztućców i porcelany z tzw. wyższej półki. A wszystko w aurze przepychu i dostojeństwa. Cóż zakładając, że kiedyś dojdzie do końca rozpoczęty w ubiegłym roku remont generalny budynku, jest szansa że będzie go można ujrzeć tak właśnie. Może tylko inne suknie, inne bagaże ale luksus ten sam.
w poszukiwaniu opisywanych w przewodniku kamienic - w drugim rzędzie po lewej osławiona Casa Alba
Trzymając się secesyjnej estetyki poszukujemy wymienionych w przewodniku dwóch polecanych kamienic, z których odnajdujemy tylko jedną - Casa Alba. Niewykluczone, że przechodziliśmy obok drugiej - Casa Ormos - nigdzie jednak nie było na jej temat najmniejszej wzmianki. Z pewnością są to detale, nad którymi włodarze miasta będą musieli jeszcze popracować. Na koniec poszukujemy jeszcze jakiegoś miejsca na drobny odpoczynek, idąc deptakiem kierującym nas w stronę dziwacznego, dominującego nad resztą budynku, który najpewniej jest odpowiednikiem polskiego ratusza (Palatui Administrativ). I tak oto trafiamy na rozległy plac Piata 25 Octombrie, którego jeden z boków zamyka bryła wspomnianego właśnie budynku. Tu też zostajemy niemalże do zmroku.
przy Piata 25 Octombrie, Palatui Administrativ
Do naszego hoteliku docieramy już bardzo późno, nie zdając sobie zupełnie sprawy z przesuniętego w Rumunii czasu, właściwie przypomnimy sobie o tym dzień później. 

foto: B.K. Sobieccy 

poniedziałek, 13 lipca 2015

Po 23 latach znów na Furkocie

Jednym się rodzą dzieci, innym spełniają pielęgnowane od lat marzenia – małe, malutkie, jak choćby to – ponowne wejście po 23 latach na Furkot. W przewodniku węgierskim, wydanym jeszcze w XIX w. Dolinę Furkotną opisano jako jedną z bardziej romantycznych w Tatrach i coś w tym chyba jest. Każde z jej pięter ma swój niepowtarzalny klimat, a to poniżej Wielkiego Stawu Furkotnego Niżniego jest szczególnie piękne. Smaczku dodaje fakt, że na Furkot wchodzimy po raz drugi, pamiętając o niezapomnianych widokach zarówno w dolinach jak i ze szczytu. I wchodzimy tam znów razem - ja i mój mąż. Dodam, że parę lat temu próbowaliśmy szczyt zdobyć, jednakże pogoda w górnych piętrach dolin była bezlitosna i dobrze, że widzieliśmy choć czubki swoich butów ;-)
Tym razem na przełęcz Bystry Przechód, czy jak kto woli Bystrą Ławkę wchodzimy odwrotnie tj. zaczynamy szlak znad Szczyrbskiego Jeziora i kierując się Doliną Furkotną schodzimy Doliną Młynicką. Taki wybór to przede wszystkim chęć dokonania jakiejś drobnej modyfikacji, z drugiej jednak strony liczymy, że taka kolejność pozwoli nam przez dłuższy czas cieszyć się spokojem na szlaku. Dolina Furkotna jest zdecydowanie mniej uczęszczana i rzeczywiście przez niemalże cały czas podejścia na przełęcz mamy ten wielki luksus posiadania części Tatr na wyłączność. Otacza nas więc tylko świst wiatru, śpiew ptaków i zapach gór.
Szczyrbskie Jezioro w lustrze wody odbija się Dolina Młynicka, którą od lewej zamyka grań Soliska od prawej grań Baszt z Szatanem. W środku Szczyrbski Szczyt
A szlak zaczynamy tak jak wspomniałam w miejscowości Szczyrbskie Jezioro, gdzie na centralnym parkingu tradycyjnie już zostawiamy samochód i kierujemy się w stronę samego jeziora. Aby wejść na szlak trzeba je obejść niemalże dookoła. Po drodze mijamy zupełnie nową infrastrukturę, luksusowe hotele i piękne pensjonaty. Wymarzone miejsce dla spragnionych joggingu. O tej porze dnia jest jeszcze cicho i bardzo spokojnie. Zajmujący około 35 minut odcinek znad jeziora do rozwidlenia szlaków na Smrekowicy prowadzi bardzo wygodną ścieżką, wijącą się lekko w górę w otwartym terenie. 

dolne piętro Doliny Furkotnej
Dalej podążając żółtym szlakiem, wspinamy się ku górze przez gęsty las, w którym im wyżej, tym więcej dorodnych limb. Po około 45 minutach docieramy do tzw. Szkutnastej Polany, skąd roztacza się nieziemski wprost widok na próg Doliny Furkotnej, zamkniętej po prawej stronie Grzebieniem Soliska, po lewej zaś Ostrej Wieży i Ostrej. Ta część doliny do złudzenia przypomina mi rozkoszny fragment Doliny Bystrej z pachnącymi kwieciem łąkami, zachęcającymi do kliku chwil wytchnienia. Dajemy się więc uwieść i spędzamy tu krótki czas, po czym znów ruszamy, stromo pnąc się na wysoki próg, powyżej którego leży Wielki Staw Furkotny Niżni. Szlak w tej części jest nieco mozolny, zmienia się też otoczenie doliny. Wchodzimy w strefę rozległych granitowych blokowisk, pokrytych soczystą zielenią porostów. Idzie się jednak wspaniale a im wyżej tym śmielej towarzyszą nam mocne porywy wiatru, przynoszącego ulgę na podejściu. Takie właśnie warunki na szlaku idealnie zaczynają przypominać nasze wejście na Furkot w 1992 r. - mocne słońce przy prawie bezchmurnym niebie i lodowaty wiatr. Staw mijamy prawą stroną, przed nami widoczny już cel naszej wycieczki. 

obłędna Szkutnasta Polana, a tle Ostra Wieża i Ostra

Wielki Staw Furkotny Niżni

Wielki Staw Furkotny Niżni
W zaledwie 20 minut później jesteśmy już w kolejnym piętrze doliny. Od lewej otacza nas Ostra, opadająca w stronę Furkotskiej Przełęczy, na wprost szczyt Furkotu z niezwykle wąską szczeliną przełęczy Bystrej Ławki i po prawej masyw Wielkiego Soliska. Największe wrażenie wywiera jednak Wielki Staw Furkotny Wyżni – najwyżej położone tak duże jezioro tatrzańskie. Ma szmaragdowozieloną barwę, która cudownie kontrastuje z białymi płatami, zalegającego jeszcze śniegu. Z dalszej części szlaku jego kształt do złudzenia przypomina serce. Ten kształt pojawia się kilka razy na naszej drodze ;-)
Wielki Staw Furkotny Wyżni i dojście pod Bystry Przechód
Od wejścia na przełęcz dzieli nas około 30 minut. To mozolna wspinaczka po blokach skalnych do celu, który wydaje się być na wyciągnięcie dłoni. To dopiero w tej części szlaku spotykamy pierwszych turystów. Sporo zasiaduje pod przełęczą, wielu wśród nich to Polacy. 

Bystry Przechód
u góry Krywań wystający zza Furkotnej Przełęczy, nad Stawem Ostra,
w środkowym rzędzie widok na Tatry Wysokie w tle Wysoka i Gerlach, na pierwszym planie Capi Staw i Szatan z granią Baszt
w dole Szczyrbski Szczyt za nim Rysy i Wysoka, w tle Łomnica a obok maleńki Kolisty Staw
Tak jak wspominałam sam Bystry Przechód to ubezpieczone łańcuchem, niezwykle wąskie wcięcie w skale, w sam raz na jednego człowieka. Nie planujemy nawet dłuższego postoju, tylko ruszamy dalej na szczyt. Według przewodnika Nyki na Furkot wchodzi się bez oznakowania około 7 minut. Myślę jednak, że jest to czas dość mocno przesadzony. Biorąc pod uwagę, że tylko dolna część podejścia jest oznaczona dyskretną ścieżką, górne daje już dużą swobodę i na sam szczyt można wejść na co najmniej kilka sposobów. Pod samym wierzchołkiem spotykamy grupkę Polaków, wśród której Krzysiek rozpoznaje turystkę, poznaną przypadkowo tydzień wcześniej w górach. Rozmawiamy chwilę… i tak sobie myślę, że chciałabym mieć w tym wieku (na oko powyżej pięćdziesiątki) tyle zapału i energii co ta kobieta. Właśnie zeszli z Hrubego a na jej twarzy ani śladu zmęczenia. Po około 15 minutach od przełęczy docieramy w końcu na dwuwierzchołkowy szczyt Furkotu. Widok … no pyszny … emocje tak silne, że po prostu nie kryję się i uwalniam kilka łez szczęścia. Ponieważ na szczycie mamy małą misję do spełnienia, udajemy się na drugi wierzchołek. Na zawietrznej, z panoramą na najwyższe szczyty Tatr Wysokich zasiadamy w wykwintnej loży honorowej, z najlepszymi miejscami, w najpiękniejszym amfiteatrze na świecie. Nikt i nic nie zmieni mojego zdania w tym temacie – cały wysiłek jaki wkłada się w mozolną wspinaczkę, wart jest bez najmniejszych wątpliwości tych chwil na szczycie, z widokami które zostają w głowie i sercu do końca – na zawsze. Zjadając więc kanapki podziwiamy sylwetki rozpoznawalnych tak dobrze szczytów jak Wysoka, Rysy, Gerlach, w oddali Łomnica, po naszej lewej stronie tak nieodległy Hruby Wierch, a za placami najbardziej chyba charakterystyczna góra w Słowacji – Krywań. Tuż za nią w tle kilka kolejnych „grzęd” Tatr Zachodnich, poprzecinanych głębokimi dolinami. Bez trudu rozpoznajemy kolejne nasze przejścia z 2010 i 2011 roku – Rohacze, Baraniec, Otargańce z Raczkową Czubą, Bystra. Patrzę z podziwem na ogromną nieodległą Dolinę Koprową i tak sobie myślę, że ten szlak jeszcze na mnie poczeka. 

na szczycie - Furkot 2404 m n.p.m.
u góry Krywań i układające się równolegle pasma Tatr Zachodnich
w dole od lewej drugi wierzchołek Furkotu i Wielkie Solisko, na dużym planie Tatry Wysokie, Szczyrbski Szczyt Szatan z granią Baszt, w tle Rysy, Wysoka i Gerlach, na pierwszym planie Capi Staw i  za nim Rysy i Wysoka, daleko w tle Łomnica

na szczycie - Furkot 2404 m n.p.m., u góry panorama na wschód - szczyty jak powyżej, u dołu po lewej Dolina Młynicka, po prawej Krywań
Wracam jednak do tematu, który dyskretnie przywołałam – misji na Furkocie. Otóż wybierając się na tę wycieczkę przypomniałam sobie, że mam kilka zdjęć z wspomnianej już wyprawy w 1992 r. Postanowiliśmy więc zabawić się w próbę powtórzenia tych kadrów. Przyznam, że nie było to takie proste jak się nam wydawało. Udało się jednak przynajmniej podjąć próbę takiego odwzorowania i tak oto powstały nowe wersje starych ujęć. I choć tu i ówdzie ciałka przybyło, to jednak duch, emocje i miłość do Tatr ta sama – bez wątpienia. I cieszę się, że po tych 23 latach mimo, że z nieco słabszą kondycją i nieco innymi parametrami fizycznymi, troszkę obciążona różnymi kontuzjami, wracam na te same szczyty, pokonuję te same odległości i robię to z czasami wcale niewiele dłuższymi od tych sprzed lat. No i przede wszystkim wciąż razem. 

... tacy byliśmy jeszcze wczoraj...
Kończymy jednak udział w tym uroczym spektaklu i po zrobieniu jeszcze kliku zdjęć rozpoczynamy zejście - tym razem w stronę Doliny Młynickiej. Nie wiedzieć czemu trafiamy na nieco inny wariant, bynajmniej nie łatwiejszy. W kilku miejscach - przynajmniej dla mnie - schodzenie jest nieco karkołomne i wymaga niemałej gibkości ;-) Szybko jednak wchodzimy na szlak, którym podąża coraz więcej turystów. Wspominałam, że mieliśmy okazję zdobywać Bystry Przechód parę lat temu, nie widzieliśmy jednak nic poza mlecznobiałą, gęstą mgłą i swoimi butami. Stąd też odkrywam to miejsce niemalże na nowo. I tak sobie myślę wracając jeszcze na podejście pod przełęcz, że nie wiem jak syn nasz pokonał dość eksponowaną część ubezpieczoną łańcuchami, chyba tylko dlatego, że nie widział nic właśnie poza ową mgłą ;-)
A my schodzimy stromym kamienistym zboczem, ścieżką wijącą się w blokowym zwalisku. Nie jest miła ta część – trzeba pokonywać wysokie stopnie, co mój nadwyrężony staw skokowy niezbyt dobrze znosi. Za to widok na Capi Staw i leżący nieco wyżej, częściowo jeszcze zamarznięty Kolisty Stawek - bezcenny. 

zejście ze szczytu
Nad Capim Stawem robimy jeszcze jedno ze zdjęć do powtórzenia po latach – oj trudno znaleźć dokładnie to miejsce ale można powiedzieć, że misja wykonana. Schodzimy teraz w kolejne piętro doliny Młynicy, mając nieco już z tyłu masywny Szczyrbski Szczyt, po lewej Grań Baszt i Szatana, po prawej zaś kolejne wierzchołki grani Soliska.  
sesja retrospektywna nad Capim Stawem
Po drodze mijamy miejsce, gdzie w 1979 roku doszło do katastrofy śmigłowca, który rozbił się podczas niesienia pomocy rannej turystce z Niemiec. Zginęło wtedy aż siedem osób. Wśród skalnych bloków można jeszcze wypatrzyć szczątki helikoptera, samą tragedię zaś upamiętnia skała z niewielkim krzyżem i tablicą pamiątkową.
miejsce katastrofy śmigłowca ratunkowego
Zbliżając się do Stawu nad Skokiem zwracamy jeszcze uwagę na małe Kozie Stawy oraz Wołowe Stawki. Na szlaku już coraz mniej ludzi, choć niemałe przerażenie wywołuje pytanie jakiejś zagranicznej rodzinki z czwórką chyba małych dzieci, ile jeszcze na przełęcz (była godzina "grubo" po 14, z północy nadciągały niezbyt przyjazne chmury, a przed nimi jeszcze przynajmniej dwie godziny podejścia, nie mówiąc o co najmniej trzech zejścia). Takie obrazki zawsze budzą moje najdelikatniej mówiąc niezrozumienie.


Nad samym Stawem nad Skokiem jest jeszcze trochę osób, natomiast zupełnie inny klimat ojawia nam się w dole u ujścia wodospadu. Masa ludzi, całe rodziny z dziećmi - no piknik jednym słowem. Schodzimy więc wzdłuż ciągu kaskad szybko jak się da, robimy jakieś nieliczne ujęcia i uciekamy nieco aby poszukać chwili ciszy na krótki odpoczynek. Przed nami jeszcze godzina zejścia, na szczęście nie ma już uciążliwych bloków skalnych. Obok po prawej stronie widzimy przesuwający się ciąg krzesełek kolejki z Soliska.

pod wodospadem Skok w Dolinie Młynickiej
A w Szczyrbskim Jeziorze ruch i gwar. Kramy z pamiątkami, bary szybkiej obsługi, wracający z różnych stron gór turyści. Jeszcze coś na ząb, zimne piwo i do samochodu. Wreszcie sandały – ulga dla stóp i spokojny powrót do domu.
Niestety przejazd do Krakowa nieco się przedłuża… tuż przy wjeździe na "Zakopiankę" z Nowego Targu ustawiamy się w ciągnącym się korku. Szybka decyzja i robimy przy najbliższym skręcie w prawo mały unik, decydując się na powrót przez Krościenko i Mszanę. Jedzie się... choć i tu jest kilka tłocznych miejsc. Z ulgą więc dojeżdżamy do domu po prawie trzech godzinach powrotu. 

I tak sobie myślę, choć snułam już plany wrześniowe na rodzinną wycieczkę na Koprowy, że chyba to był mój ostatni wyjazd w Tatry w tym roku. Stopę jednak trzeba oddać we władanie chirurgowi, bo choćbym nie wiem jak chciała wierzyć, że jest z nią znośnie, niestety wszystko w obliczu obciążenia jej dłuższym spacerem czy wycieczką mówi coś zupełnie innego. 

foto: BKSobieccy