Baraniec

Baraniec

niedziela, 28 kwietnia 2019

Nasze babskie Lisbon Story - odsłona druga


Poranek, szybkie spakowanie się, śniadanie w sprawdzonej już cukierni i teleport taksówką na Plac Restauradores, gdzie w hostelu Ani zostawiamy wszystkie bagaże. Przed nami długi dzień w Alfamie...
Tuż obok kościoła Dominikanów, grzech nie skosztować opisywanego w przewodniku likieru wiśniowego o wdzięcznej nazwie ginjinha. 
Z przyjemnością więc zaglądamy do środka i wypijamy po kielichu.  
Portugalczycy lubią te miejsca, nawet kolarska brać nie odmawia sobie kieliszeczka.
W kościele Dominikanów trwa akurat nabożeństwo. Zrobione z lekkiego ukrycia zdjęcia nie oddają tego co w środku. Aż trudno uwierzyć, że w 1959 r. kościół uległ wielkiemu pożarowi. Dziś sprawia nieco posępne wrażenie. Wystarczy spojrzeć na ściany głównej nawy, które wyglądają jakby wciąż nie usunięto z nich śladów ognia, właściwie jedynie ciepłe odcienie sklepienia dodają miejscu nieco przytulności. 
Z placu rozpoczynamy swoistą wspinaczkę na wzgórze z zamkiem św. Jerzego, dopiero późnym wieczorem orientujemy się, że można na nie wjechać ruchomymi schodami. Im bliżej murów zamkowych, tym bardziej urokliwego charakteru nabiera okolica. Uliczki są coraz węższe, schody bardziej strome. Na Largo dos Trigueiros niespodzianka, nieco przypominająca scenerię zaułków Locorotondo. Ściany domów dekorują stare fotografie tutejszych mieszkańców. Co za klimat!
Wreszcie chwila wytchnienia od ciasnej przestrzeni. Zatrzymujemy się na chwilę na kawę w restauracji ZamBeZe, z tarasu której roztacza się obłędna panorama na Tag i lizbońskie dzielnice, które jeszcze wczoraj zwiedzałyśmy.   
Przemieszczamy się wąskimi uliczkami. Myślę, że gdyby ktoś poprosił mnie o powtórzenie naszej trasy, nie sprostałabym takiemu wyzwaniu ;-). 
Na wzgórzu rozdzielamy się na podgrupy. Ania wybiera zwiedzanie murów zamkowych, my oddajemy się przyjemnościom innego rodzaju. Kusi nas dziedziniec za czerwoną bramą Porta Dom Fradique, gdzie poznajemy smak białej sangrii.
Podczas gdy my relaksujemy się popijając sangrię, Ania zanurza się przynajmniej na godzinkę w czeluściach parku wzgórza św. Jerzego.
Uliczką Beco do Maldonado kierujemy się w stronę punktu widokowego, zwanego Bramą Słońca.
 To wymarzone miejsce na krótką sesję portretową ;-)
Punkt widokowy Bramy Słońca (Miradouro das Portas do Sol)
Widok z Bramy Słońca na kościół św. Wincentego za Murami  
 
Około 100 metrów od Bramy Słońca znajduje się punkt widokowy św. Łucji (Miradouro Santa Luzia). 
Z tarasu widokowego można oglądać rozległą panoramę, z dominującym nad morzem dachów, kościołem św. Wincentego za Murami. 
Rozległy Tag nie przypomina rzeki a raczej ogromne, niemalże bezkresne jezioro... 
Wystarczy obejść kościół św. Łucji aby znaleźć się na kolejnym tarasie, z którego rozpościera się widok na rozlewający się Tag i morze dachów Alfamy.
To kolejne wymarzone miejsce do zrobienia sesji portretowej, zwłaszcza że pora ku temu wymarzona. Jest późne popołudnie a słońce maluje piękne cienie. 
Wąskimi, krętymi uliczkami przemykają żółte lizbońskie tramwaje, tak doskonale wpasowane w klimat śródmiejskich dzielnic.
Przewodniki trąbią, że będąc w Alfamie obowiązkowo trzeba obejrzeć kościół św. Wincentego za Murami, który przez lata stanowił wzorzec dla budowniczych. Szkoda, że świątynia zamknięta jest na cztery spusty. Jej wysmakowaną symetrię oglądamy z wszystkich możliwych stron.  

Spod kościoła św. Wincentego już zaledwie kilka kroków do kolejnej lizbońskiej  atrakcji - Panteonu. 
Wzdłuż Campo de Santa Clara, tuż obok Panteonu ciągnie się mur, którego nie sposób nie wykorzystać do kolejnej fotograficznej sesji :-)

Wizytę w Alfamie kończymy, robiąc mały rekonesans przed pójściem na koncert, zaplanowanym na późny wieczór.  
 Raz jeszcze zaglądamy na taras widokowy św. Łucji

Po drodze mijamy Katedrę Sé - znów pech, bo trwa akurat nabożeństwo. Wykorzystujemy jednak okazję, że jesteśmy w pobliżu aby Kasia mogła zrealizować zakupy szalowe w nieodległym od świątyni sklepiku. 

Na kolację zaglądamy do polecanej w internetach restauracji Maria Catita przy Rua dos Bacalhoeiros. W kilku słowach: doskonała portugalska kuchnia, bardzo pomocni, może nieco swawolni kelnerzy ;-), cudownie spędzony czas. 
Zaszalałam! Zamówiłam specjalność restauracji - danie „Cataplana” podane w metalowej misie. Co w niej znalazłam? Różne rodzaje ryb i owoców morza z dwoma homarami w roli głównej. Wszystko przyrządzane w niskiej temperaturze, co ponoć podnosi smak i świeżość potrawy.
Na Praça dos Restauradores docieramy mijając znany nam już Praça do Rossio, chyba jeszcze piękniejszy niż za dnia.
U Ani szybka toaleta i zmiana odzieży. W planie ponad półgodzinny spacer do knajpki, w której chcemy posłuchać fado. Rożnicę wysokości pokonujemy korzystając z przypadkowo odkrytych schodów ruchomych ;-). 
Dalej jest już jak w rasowym thrillerze. Wąskimi wyludnionymi uliczkami Alfamy, próbujemy przedostać się na drugą stronę wzgórza. Zbliża się 23 - aż trudno uwierzyć, że o tej porze ulice stolicy tchną taką ciszą. 
To cud, bo pomimo że koncert już w trakcie, udaje nam się zająć ostatni wolny stolik. W środku panuje bardzo swojska, kameralna atmosfera. Zamawiamy dzbanek sangrii. Co dwadzieścia minut na kilka utworów rozbrzmiewa melancholijne fado. To ciekawe, bo artyści stoją dosłownie w przejściu między dwoma pomieszczeniami lokalu i śpiewają obracając twarz raz w jedną, raz w drugą stronę. 
Słuchamy pięknego fado zarówno w damskim jak i męskim wykonaniu, choć przyznać musimy, wibrujący głos młodej śpiewaczki bardziej nam trafia do serca.  
Przypadkowo odkryta perła renesansowej archtektury - Casa do Bicos. Fasadę budynku dekoruje 1125, wyciosanych w kształcie diamentów, kamieni.
Jeszcze kilka truskaweczek przed wyjściem
3 nad ranem, przygoda jedyna w swoim rodzaju. Trzy samotne kobiety okupują przez ponad godzinę zamknięte lotnisko! 
 Zza kurtyny chmur wyłaniają się Alpy.
Widmo Brockenu z okna naszego samolotu. Rolę ekranu spełnia gęsty kołtun chmur, na który pada cień samolotu. Nad nami słońce... 
Kraków! Po raz pierwszy mam okazję lecieć nad swoim osiedlem - na zdjęciu po prawej (po lewej rzecz jasna krakowska elektrociepłownia) ;-)

Nasze babskie Lisbon Story - odsłona pierwsza


Umówiły się trzy baby na lotnisku w Balicach. Czwarta zaczynała swą podróż w Warszawie. Spotkać się miały w Lizbonie, niemalże w tym samym czasie... 
Przestrzeń powietrzna nad Krakowem każe jednak chwilę na siebie czekać, o czym co kilkanaście minut informuje pilot - na pokładzie samolotu, przed rozpoczęciem kołowania, zaliczamy ponad godzinny postój.
Na lotnisku, Kasia pamiętając o wymownej dacie naszego wyjazdu (Dzień Kobiet!), robi nam miłą upiększającą niespodziankę :-)
Moja fascynacja azulejos trwa nieprzerwanie od 1999 r.
Krótki rekonesans po okolicy w Bairro Alto, kolacja i zasypiamy w chłodnych sypialniach naszego apartamentu. 
Słoneczny poranek z okna naszego mieszkanka przy Rua da Silva w Bairro Alto. W dole uliczka wąska na szerokość samochodu. 
Mamy szczęście, bo kamieniczki pną się na kilka pięter w górę, mieszkania na niższych kondygnacjach spowija cień.
Tradycji staje się zadość. 
Śniadanie pałaszujemy w lokalnej cukierence - te lizbońskie wypieki!
Wspinamy się wzdłuż Rue do Poço dos Negros. W kilku miejscach otwierają się obłędne widoki na wzgórza Estreli, sąsiadującej z Bairro Alto  - w tle kopuła Bazyliki da Estrela.
Okolice punktu widokowego św. Katarzyny - ponoć jedno z ulubionych miejsc na spędzanie sjesty przez uczniów, zwłaszcza tych z artystycznych szkół. 
Niestety rozległych widoków na Tag można doświadczyć jedynie z tarasu tutejszej kawiarenki. 
Do punktu widokowego św. Katarzyny, zmęczeni spacerami turyści mogą dotrzeć kolejką linowo-terenową, uwiecznioną w kultowym "Lisbon story" Wima Wandersa.
Uliczki Bairro Alto nie pozwalają się nudzić. Teren co krok wznosi się i opada, Towarzyszą nam naścienne "dzieła sztuki" - mniej lub bardziej wysmakowane i podobnie jak we Włoszech, nie dziwi wiszące nad głową pranie.
Wydostajemy się wreszcie z labiryntu wąskich uliczek Bairro Alto, łapiąc przestrzeń. Co za widok! Wzgórze Alfamy ciasno oplatają białe kamieniczki, zwieńczone czerwienią dachówek. Tu również można dotrzeć kolejką linowo-terenową, wyjeżdżającą z Placu Restauradores. 
Wokół panuje radosna atmosfera, wypełniona gwarem ludzi, zapachami dolatującymi z kafejek, serwujących lokalne przekąski, melodyjnym fado. 
Trudno oprzeć się tym magnetyzującym dźwiękom, chcemy zabrać je do domu, Każda kupuje więc płytę artysty, grającego tę anielską muzykę. 
Jak się później okaże, nie brzmi już tak samo... 
Zaledwie kilkadziesiąt metrów od punktu widokowego św. Piotra z Alcantary, usytuowany jest jeden z piękniejszych kościołów barokowych jaki widziałam w swoim życiu. Nic nie zapowiada tego co w środku, patrząc na skromną fasadę świątyni. 
Kościół św. Rocha kryje w swoim wnętrzu niezwykłe panele azulejos, kaplicę św. Jana Chrzciciela, św. Rocha, obłędne sklepienie...
Stromymi schodami opuszczamy się w stronę Baixy - dzielnicy oddzielającej Alfamę od Bairro Alto i Chiado. Tu spotyka nas niespodzianka - zostajemy przypadkowo zapytane przez ulicznego barda skąd jesteśmy. Na odpowiedź, że z Polski, zostajemy miło zaskoczone. Okazuje się, że mężczyzna ów zna Marcina Kydryńskiego i jego żonę - a to niespodzianka! 
W nagrodę zostajemy uraczone zagranym na gitarze utworem - specjalnie dla nas :-). 
To kolejna odsłona zjawiskowego widoku na Alfamę przed zejściem na Praça do Rossio, choć oficjalna nazwa placu to Praça Dom Pedro IV
Ruchliwą Rua do Carmo podążamy w stronę zabytkowej windy de Santa Justa. Właściwie przejażdżka windą nie była naszym celem, ale niechęć do wracania stromymi schodami w górę aby jeszcze zobaczyć ruiny stojącego obok klasztoru, zwyciężyła.
Winda jest jest jedną z głównych atrakcji turystycznych Lizbony. Co ciekawe przejazd trwa zaledwie kilkadziesiąt sekund, odstać trzeba jednak znacznie dłużej...
Czas oczekiwania na przejazd windą Santa Justa, Kinga wykorzystuje na zrealizowanie swojego chytrego planu. Ulatnia się po angielsku, zostawiając nas same w ogonku i rusza do nieodległego lizbońskiego salonu firmy Kiko. Wraca z pięknymi szminkami dla każdej z nas, którymi rzecz jasna natychmiast ozdabiamy swoje usta. 
Nie zrobić zdjęcia "z dzióbkiem" w takiej chwili?
Grzech! Śmiechu przy tym co niemiara :-)
Z windy wydostajemy się na taras widokowy, skąd znów napawamy się przepiękną panoramą. Na zdjęciu u góry widok na Praça do Rossio ze smukłą statuą króla Piotra IV i okazałym gmachem Teatru  im. Królowej Marii.
Widok na wschód i wzgórze z zamkiem św. Jerzego.
Panorama opada w stronę Tagu. W tej części wyraźnie dominują dwie wieże lizbońskiej Katedry Sé.
Do punktu widokowego i windy można również dotrzeć od strony Largo do Cormo.  Po uczcie dla oka, czas na ucztę dla podniebienia. Nie szukamy długo, zatrzymując się w restauracji Panorâmico em Lisboa, zlokalizowanej właściwie przy samych murach ruin klasztoru Karmelitów. 
Wypoczęte, zmierzamy w stronę imponujących ruin klasztoru Karmelitów. Wejście do środka robi kolosalne wrażenie. Nad nami błękitne sklepienie nieba, osadzone na sterczących kikutach gotyckich podpór i łuków. To efekt historycznego trzęsienia ziemi, którego skutki Lizbona doświadczyła 1755 r. Nie pokuszono się o odrestaurowanie świątyni, pozostawiając ją w takiej formie do dziś.    

Na Largo do Cormo, z którego wchodzi się do wnętrza ruin, zatrzymujemy się aby poobserwować choć przez chwilę, pełne dynamiki akrobacje z płonącymi włóczniami, kontrastujące ze statyką wylegującego się obok psa.  
Calçada do Carmo schodzimy znów na Praça do Rossio - rozległy plac, stanowiący jedną z wizytówek Baixy. Od razu skojarzenie z Placem Libertati w Timisoarze. Cała nawierzchnia jest jakby pofalowana - to złudzenie optyczne wywołane ciekawym ułożeniem kostki brukowej, wyjątkowo efektowne w popołudniowym słońcu. Stąd, zadzierając głowę, raz jeszcze można spojrzeć na pozbawione sklepienia łuki klasztoru Karmelitów. 
Na Praça do Rossio urzeka nas wyjątkowe miejsce. Określenie sklep rybny jest tu raczej nie na miejscu :-), bo to Fantastyczny Świat Portugalskiej Sardynki.
Wewnątrz czujemy się jak w wesołym miasteczku. Aż kipi od kolorów i ciekawych, nieco cyrkowych dekoracji, a głównym towarem na półkach i ladach, są... puszki z sardynkami. 
Ponieważ sardynka to od lat sztandarowy produkt Lizbony, w owym sklepie można je znaleźć w puszkach o ponad 100 różnych wzorach, z inną datą, począwszy od roku 1916, aż do obecnego. Każdy więc może znaleźć swoją puszkę i dowiedzieć  się co ważnego wydarzyło się w danym roku na świecie oraz kto w tym roku przyszedł na świat.  
Z placu kierujemy się w stronę Tagu wzdłuż najbardziej znanego deptaka handlowego Lisbony - Rua Augusta. Gwarno tu i kolorowo. Oszałamiają witryny markowych sklepów czy cukierni. Powietrze wibruje od melancholijnego fado... 
Przed jednym ze sklepów, urocza młoda dama wyszywa na maszynie do szycia monogramy czy pełne imiona na zakupionych pamiątkach. 
Nie brakuje również mimów, czy zabawnie przebranych (rozebranych) postaci:-)
W końcu docieramy na jeden z głównych placów Lisbony - Praça do Comércio. Od Rua Augusta dzieli go imponujący łuk Arco da Rua Augusta
A na placu jesteśmy widzami żywiołowego występu grupy dziecięco-młodzieżowej.
W ostatnich promieniach zachodzącego słońca siadamy w jednej z kawiarenek przy placu. Rozgrzewający koniak, czy lampka Porto i do tego naleśniki z owocową wkładką - to jest to!
Wracając, chcemy jeszcze zajrzeć pod Katedrę Sé. Przy Rua da Alfândega w oczy rzuca się imponująca brama kościoła Nossa Senhora da Conceição Velha
Katedra Sé - wzniesiona na ruinach meczetu w 1150 r. Jest późno więc nie mamy szans wejść do środka, okazja nadarza się dopiero kolejnego dnia.