Baraniec

Baraniec

poniedziałek, 13 listopada 2017

La Dolce Vita - dzień drugi w Barletta i Trani

Budzi nas piękny, słoneczny dzień. Z niewielkiego balkoniku naszego mieszkania roztacza się widok na tonący w zieleni park przy Piazza Umbert I.
Szybkie przepakowanie, słodkie rogaliki przed wyjściem i już jesteśmy na wspomnianym placyku. 
słoneczny, ciepły poranek z naszego apartamentu w Bari  - widok na Piaza Umberto I, z którego prowadzi główny deptak handlowy

W oczekiwaniu na pozostałą część grupy kupujemy kawę i roztaczamy wizję czekających nas tego dnia, zaplanowanych atrakcji.

Już w komplecie, robimy pierwsze wspólne zdjęcie w naszych nowych kolorowych "dolcevitkach".

Piaza Umbert I - w oczekiwaniu na resztę ekipy ;-)

Piaza Umbert I - pierwsza sesja koszulkowa ;-) - nie mogę nie zwrócić uwagi na szczególną dbałość w ustawieniu się do zdjęcia przez Kasię G. ;-)
Ponieważ nasze docelowe miejsce noclegowe zlokalizowane jest na w Ostunii, z Bari kierujemy się na północ. Jest to jedyna okazja aby nie tracąc kilometrów zwiedzić tę właśnie część Apulii.
Na szczęście wszystkie bagaże udaje nam się zmieścić tak, aby były niewidoczne dla oka potencjalnego złodzieja, unikamy więc niepotrzebnej wizyty w dworcowej przechowalni w Bari.

Pierwszą zaplanowaną atrakcją jest zwiedzanie zamku Castel del Monte.  Dojazd z Bari - jakieś 60 km - zajmuje nam niespełna godzinę. To co rzuca się w oczy, to niekończące się gaje oliwne, pełne drzew, wyglądających na przynajmniej kilkusetletnie.
Dojazd pod sam zamek jest niemożliwy, parkujemy więc na jednym z licznych w tej okolicy parkingów. Ten jest jednak wyjątkowy. Nasze samochody znajdują cień pod szpalerem drzew. Tuż obok znajduje się ogromny park, oferujący różne atrakcje na świeżym powietrzu.  
parking w Castel del Monto
Do zamku kierujemy się pieszo wzdłuż głównej asfaltowej drogi, a dalej, pnąc się do góry, boczną aleją, poprzecinaną przez leśne skróty.  

Zamek Castel del Monte robi wrażenie. To stojąca, w zupełnym pustkowiu na niewysokim wzgórzu, niezwykła, jedyna w swoim rodzaju budowla - arcydzieło średniowiecznej architektury o kształcie ośmiokąta. Zamek wybudowany został na zlecenie cesarza Fryderyka II z Hohenstaufen w 1240 r. Co ciekawe Fryderyk II nigdy do zamku nie przyjechał, a po jego śmierci zamek przekształcono w więzienie, w którym zresztą więziono przez 30 lat jego wnuków.  Taki chichot historii.
Dziś ta geometryczne forteca figuruje na liście Światowego Dziedzictwa UNESCO. Można ją również rozpoznać na włoskiej monecie 1 eurocentowej.
Zanim obejdziemy zamek dookoła, robimy pamiątkową fotografię - oczywiście w naszych wyjazdowych kolorach. Nie zwiedzamy jego wnętrza - zdania co do atrakcyjności ośmiu komnat, udostępnionych dla turystów są podzielone. Być może wrażenie robi ośmioboczny dziedziniec, przypominający studnię oraz widok na otaczającą zamek okolicę.
Miniaturę zamku można też obejrzeć na terenie naszego parkingu, więc widok dziedzińca mam poniekąd zaliczony ;-)
Warto wspomnieć, że zamek stanowił scenografię do filmu ,,Dziewiąte wrota”, nakręconego przez Romana Polańskiego.
Castel del Monto
nasza kolorowa ekipa w Castel del Monto
spacerem dookoła Castel del Monto

przygotowujemy się do kolejnego zdjęcia zbiorowego
zamysł jest taki: 1) próba tła 2) próba pań na tle 3) pierwsze podejście do zbiorowej fotografii - jak widać nie każdemu wychodzi 4) nieco inne podejście ;-)
w drodze na parking 

Z Castel del Monte kierujemy się znów na wybrzeże, prosto do Barletty. Nawigacja wiedzie nas nieco dłuższą trasą ale jakże ciekawą i malowniczą, bo poprowadzoną wąską szosą między ogrodami oliwnymi.
Znów mamy okazję obserwować ogromne, poskręcane pnie starych drzew. Pod większością rozłożone są zielone maty, na które opadają oliwki. No tak, wszak to sezon ich zbiorów.


W Barletta  udaje nam się zaparkować tuż obok siebie, co jak się wielokrotnie przekonamy, nie jest wcale takie proste, zwłaszcza w małych miasteczkach, gdzie większość parkingów to po prostu miejsca wzdłuż ulicy. Nad wybrzeże jest zaledwie kilkanaście minut. My jednak, szwędając się wąskimi uliczkami, kierujemy się pod katedrę Santa Maria Maggiore, zbudowaną na pozostałościach starożytnej romańskiej budowli, Chiesa del Santo Sepolcro (kościół św. Grobu). Nie zwiedzamy wnętrza, kręcąc się dookoła.
Barletta - i co to będzie? 
Barletta - stara część miasta

Katedra Santa Maria Maggiore w Barletta

pod Katedrą

Spod katedry udajemy się w pobliże imponującego zamku Svevo, w którym  podczas wypraw krzyżowych stacjonowali rycerze, czekający na wyjazd do Ziemi Świętej.
okolice katedry
to ciekawe jak każda z nas potraktowała ten sam temat: ja połączenie łuku i ostrej krawędzi (górne lewe), Ela - ostra krawędź (górne prawe), Beata - kraina łagodności (dolne lewe) ;-)


nie, to nie my...

"to co tygryski lubią najbardziej" ;-)
Nieco głodne, wałęsamy się jeszcze pomiędzy średniowiecznymi budowlami w poszukiwaniu ogromnej bizantyjskiej figury wykonanej z brązu, zwanej Kolosem z Barletta (Colosso) - miejscowi nazywają ją Eraclio (Herakliusz). Kolos  prawdopodobnie przedstawia cesarza Teodozjusza II, a został ufundowany najpewniej przez Walentyniana III w Rawennie w 439 r. 
Barletta - dalsza włóczęga

Barletta i słynny Coloso
nic dodać, nic ująć

;-)
Wracając w stronę parkingu poszukujemy jeszcze, przed wyjazdem do Trani, miejsca gdzie mogłybyśmy zaspokoić swój głód. Zachęca nas atmosfera restauracji Saint Patrick. Na miejsce w ogródku musimy jednak swoje odczekać ;-)
obiad w restauracji Saint Patrick

Kolczyki za 1 EURO?!
nasze bryki, tuż przed odjazdem do Trani 
Do Trani z Barletty jest zaledwie 12 km. Docieramy do miasta właściwe tuż przed zmrokiem. Ciężko o miejsce parkingowe, bo okazuje się, że tego dnia w centrum odbywa się jakiś targ. Cudem jednak wciskamy się w wolne miejsca i ruszamy w stronę Mariny.
A Trani, mimo że znacznie mniejsze niż Barletta, sprawia wrażenie dużo bardziej nastrojowego miasteczka, a okolice wybrzeża tętnią swoim życiem. Zanim dotrzemy nad wodę przechodzimy wąskimi uliczkami pod baldachimem kolorowych parasolek, stanowiących tak wdzięczne tło do fotografii. 
Trani - parasolkowe uliczki 

Okazuje się, że pora w jakiej dane nam jest zobaczyć port, jest idealna - zapadający zmierzch, rozświetlony blaskiem lamp. W tak pięknej scenerii podziwiamy architekturę tej części miasta, z której szczególne wrażenie robi sylwetka  katedry św. Mikołaja, z charakterystyczną wysoką i smukłą wieżą, odbijającą się w zatoce.
Marina w Trani

Marina w Trani
Kierujemy się w stronę XIII-wiecznego fortu Castello Svevo, usytuowanego nad samym morzem i zbudowanego jak większość budowli obronnych tego regionu przez cesarza Fryderyka II. 

idziemy w stronę molo w Trani - piękny widok na Katedrę św. Mikołaja
Stąd już zaledwie kilka kroków aby znaleźć się na molo. Tu dla odmiany panuje cisza i spokój, widać że to ulubione miejsce wędkarzy. Kilku, mimo późnej pory nadal jeszcze wędkuje. Sylwetka katedry z tej perspektywy wygląda równie imponująco. Zresztą w tym czasie najwyraźniej coś się w jej okolicy dzieje, bo jesteśmy świadkami skromnego pokazu sztucznych ogni.
Molo w Trani

Wracamy tą samą drogą. Niebo jest już granatowoczarne. Zanim dotrzemy pod katedrę, znów rozkoszujemy się nadmorską atmosferą portu. Z wyjętych na brzeg sieci, unosi się zapach ryb.
I turystów jakby tu więcej niż w Barletta. 
w kierunku Katedry
Nie wiedzieć kiedy, jesteśmy pod imponującym gmachem XI-wiecznej romańskiej katedry św. Mikołaja Pielgrzyma (nie mylić ze znanym nam św. Mikołajem, biskupem Miry).
Katedra, dzięki harmonijnemu połączeniu elementów stylów z różnych okresów i kultur, uznawana jest przez niektórych za "Królową katedr w Apulii". Zwraca uwagę elegancki portal z drzwiami z brązu - Barisano da Trani, składającymi się z 32 paneli, przedstawiających sceny biblijne. Wnętrze jest niezwykle ascetyczne i dużo w nim przestrzeni.
Nad całością dominuje 59-metrowa dzwonnica.

Katedra św. Mikołaja

Katedra św. Mikołaja

Katedra św. Mikołaja
zaułki Trani
Wracając podziwiamy architekturę miasta z eleganckimi pałacami, których wszędzie tu - w starej części - pełno. Jedną z atrakcji jest również pełna wąskich uliczek dzielnica, zamieszkiwana w średniowieczu przez liczną diasporę żydowską.
Trochę szkoda, bo miastu które jest nazywane perłą Adriatyku ("la perla dell' Adriatico"), warto poświęcić zdecydowanie więcej czasu.
Goni nas jednak czas... Przed nami jeszcze przynajmniej dwie godziny jazdy do Ostuni, a umówiony termin spotkania z właścicielem naszego trullo jest już mocno przesunięty.
 
Podróżując pomiędzy włoskimi miasteczkami trzeba się uzbroić w anielską cierpliwość i dobrą nawigację. System wąskich uliczek i licznych rond, powoduje że łatwo się tu zgubić, zjeżdżając nie w tę drogę, którą należy. Z nami było podobnie. I choć przemieszczałyśmy się we właściwym kierunku, to jednak nie tą drogą, tracąc cenny czas.

Na koniec podróży oszałamia nas Ostuni, stojące na wzgórzu, przypominające andaluzyjskie białe miasto.  
W centrum musimy kierować się na San Michele Salentino. Jak się okaże ten odcinek drogi to przejazd przez liczne tu gaje oliwne, z których jeden należy do właściciela trullo, które będziemy wynajmować.

Spotkanie z Chrisem upływa w bardzo przyjemnej atmosferze. Dom, o którym kilka słów w innym wpisie,  robi ogromne wrażenie. Zanim ustalimy, która śpi w którym pokoju, cieszymy się jak dzieci piękną i funkcjonalną kuchnią, połączoną z ogromną jadalnią. Jest nawet kominek, który jak się okaże będzie nam umilał niemalże wszystkie wieczory i noce.

Wrażeń co niemiara, a to przecież dopiero początek ;-)

foto: La Dolce Vita Company

La Dolce Vita - dzień pierwszy w Bari

Jeszcze nie opadły emocje po naszym szalonym wyjeździe do Apulii, a już w myślach zbieram pomysły na nasz majowy, małżeński pobyt w Toskanii.
Włochy stały się doskonałym remedium na codzienność, na szarość, na smutki ... i tak już kolejny rok.
Moje koleżanki od lat kultywują tradycję październikowych wypadów turystycznych, często połączonych z wynajmem samochodów, wygodnego domu. Ja na tego typu wyprawę udałam się po raz pierwszy, pierwszy raz w tak dużym - aż dziesięcioosobowym składzie. I pewnie nie zdecydowałabym się, bo inne były priorytety na ten rok, jednakże widok wynajętego na ten wyjazd domu, pozbawił mnie wszelkich wątpliwości i w zaledwie kilka chwil byłam już posiadaczką biletu lotniczego do Bari i z powrotem. Kingo! Ty Kusicielko!

Apulia pod względem turystycznym w niczym nie odbiega od reszty kraju, piękne plaże, malownicze miasteczka, ciekawa architektura, mnóstwo zabytków i oczywiście nieprzyzwoicie dobra kuchnia... o winie już nie wspomnę.
Niestety w naszych księgarniach, czy sklepach podróżniczych, brak dobrych przewodników poświęconych temu regionowi. W większości są tylko kilku stronicowe wzmianki o Apulii, bardzo mocno eksponujące kwestie gastronomiczne czy hotelowe. Niezależnie od języka wydania, czy charakteru, przewodniki te są bardzo drogie.
W tej sprawie jednak niezastąpiona okazała się Beata, która w oparciu o różne źródła, stworzyła dla nas indywidualny i niezwykle praktyczny informator, pełen ciekawych i godnych zobaczenia miejsc, obfitujący w interesujące opisy.
Szybki transport z Katowic do Bari - stolicy Apulii, zapewniają węgierskie tanie linie lotnicze - Wizz Air. Przeloty odbywają się między innymi w soboty, w godzinach wczesnowieczornych.
Na lotnisku w Katowicach, tuż przed samym odlotem, dokonujemy jeszcze prezentacji naszej niespodzianki przygotowanej dla koleżanek. W pełnej konspiracji (Kinga, Anita i ja), zrodził się pomysł wyprodukowania dla każdej z nas kolorowej koszulki z logo naszej wyprawy, w którego zaprojektowanie osobiście zaangażowała się Małgosia z Toskanii. Ech... ile było zabawy z doborem właściwego koloru  i rozmiaru T-shirtu ;-))  
prezentacja niespodzianki

Lotnisko w Katowicach - tuż przed odprawą

I tak oto w sobotę 21 października o 19.30 wylatujemy z Polski, by już o 21.00 oddychać ciepłym, włoskim powietrzem.
Na lotnisku jeszcze tylko kilka formalności związanych z odbiorem wynajętych samochodów i po drobnych problemach z nawigacją, dotarłyśmy do Bari, gdzie w samym centrum, tuż niedaleko dworca kolejowego, miałyśmy apartamenty na jedną noc.
Lotnisko w Bari - tuż po przylocie ;-)

Nic tak nie rozładowuje napięcia po podróży jak "wyjście w miasto"  i tak też było tym razem. Mimo że pora już dość późna - zbliżała się północ - miasto wprost tętni życiem.
Włoskie lody i Aperol Spritz na dobry początek? Czemu nie?
Zaczyna się nasza  tygodniowa przygoda...
LODY! a pistacjowe? ... rozkoszne!

foto: La Dolce Vita Company

sobota, 7 października 2017

Tam, gdzie koniec Tatr...


W zeszłym roku urokami jesieni delektowaliśmy się w Dolinie Batyżowieckiej i nad Popradzkim Stawem.  Tym razem w poszukiwaniu kolorów, wybraliśmy się w okolice Grzesia i Osobity w Tatrach Zachodnich.
To zupełne odkrycie, mimo że rejon dobrze jest nam znany, bo przecież Grzesia zdobywałam już lata temu (o Krzyśku nie wspomnę), a Dolina Rohacka wielokrotnie była punktem startowym do wyjścia na szlaki prowadzące do głównej grani Tatr Zachodnich.

Jak na nasze standardy, naszą wycieczkę rozpoczynamy dość późno, bo z Krakowa wyjeżdżamy po siódmej, by przed 10 wyruszyć na szlak. O tej porze, niestety, może być problem ze znalezieniem miejsca parkingowego, nam jednak udaje się zapełnić dosłownie ostatnie możliwe, tuż obok, startującego spod schroniska pod Zwierowką, żółtego szlaku.
Od wylotu Doliny Łatanej idzie się wygodną, asfaltową drogą. Szlak przez co najmniej godzinę nie oferuje specjalnych widoków. Od czasu do czasu dyskretnie odsłaniają się kolejne fragmenty grzbietów, ciągnących się po obu stronach doliny. Towarzyszy nam szmer, płynącego obok Łatanego Potoku. 
Po około 40 minutach marszu szlak odbija nieco w prawo, a dalsza wędrówka odbywa się górską ścieżką, pnącą się z początku nieśmiało w górę.  Kilkanaście minut później dochodzimy do rozwidlenia szlaków, z których żółty dalej wiedzie na Rakoń, nas na Grzesia prowadzą znaki zielone. 
Doliną Łataną na Grzesia
Od tego miejsca rozpoczyna się nieco bardziej strome podejście, wyprowadzające nas na zjawiskowo piękną łąkę, z której rozciągają się rozległe widoki. Wystarczy odwrócić się aby ujrzeć grań, którą kilka lat temu zdobywaliśmy podczas różnych wyjazdów – Trzy Kopy, Banówka, Pachola, Salatyny i Brestowa. Po lewej stronie piętrzy się samotnie stercząca Osobita, po prawej zaś, grzbiet Długiego Upłazu, łączący Grzesia z Rakoniem, zza którego wystaje wierzchołek Wołowca i Rohacze.
górne piętro Doliny Łatanej 

SĄ! pierwsze widoki spod Grzesia - główna grań Tatr Zachodnich, zdobyta kilka lat temu, w dole: Osobita 
Łagodnym podejściem, wśród wyschniętych wysokich traw, wchodzimy na Grzesia. Po drodze, mam okazję  po raz pierwszy w życiu zobaczyć rzadkie zjawisko powstania lodu włóknistego.  W mroźne, bezchmurne noce, zalegająca  w szczelinach gleby woda, tworzy cienkie jak igły włókna, które narastając wypychają do góry grudki ziemi. W ten sposób tworzą się niezwykłe kompozycje, przypominające rozkwitające kwiaty.
a na szlaku bogactwo grzybów i rarytasik geograficzny - lód włóknisty ;-)
Na szczycie odpoczywa już co najmniej kilkanaście osób. Trudno się dziwić, Grześ to szczyt graniczny, a z Doliny Chochołowskiej dociera się do niego w zaledwie półtorej godziny. Stąd też można kontynuować wycieczkę, kierując się przez Długi Upłaz na Rakoń czy Wołowiec. 
Gorąca herbata i kanapki stawiają nas na nogi. Nad nami niemalże bezchmurne niebo, a od nagrzanej w przedpołudniowym słońcu ziemi bije przytulne ciepło. Siadamy twarzami do grani z wszystkimi szczytami, o których pisałam wcześniej. Dodatkowo odsłoniła się rozległa sceneria na wschód z Bobrowcem i Kominiarskim Wierchem, zza którego wyłaniają się ośnieżone szczyty Czerwonych Wierchów, Giewontu... Południowo-wschodnią panoramę uzupełniają wierzchołki Wołowca, Jarząbczego Wierchu, Raczkowej Czuby, Starorobociańskiego Wierchu, Bystrej. W oddali sterczy charakterystyczna sylwetka Krywania.  
Spędzamy tu około 30 minut, przypominając sobie nasze wypady w te wszystkie rejony. Miło tak po latach rozpoznawać znajome miejsca, wspominać sobie różne chwile, emocje z nimi związane.
Grześ
Naszą trasę powrotną zaplanowaliśmy grzbietem, ciągnącym się do Przełęczy pod Osobitą, wzdłuż którego wyznaczono zielony szlak. Z Grzesia przez około 30 minut schodzi się wąską ścieżką, omijając trawersem szczyt Rogu. To odcinek oferujący naprawdę niezapomniane widoki na grupę Rohaczy i grań ciągnącą się aż do wierzchołka Brestowej. Smaku dodaje czerwień borówczyska i inne kolory goszczącej w Tatrach jesieni.  
zjawiskowy szlak, łączący Grzesia i Przełęcz pod Osobitą
JESIEŃ
Szlak ciągnąc się wzdłuż grzbietu raz wznosi się raz opada, większą część  trasy idziemy w lesie.  
Ale jakiż to las!
Miejscami są to prawdziwe uroczyska, dzikie ostępy, rozświetlone  żółto-rdzawymi barwami jesiennych liści. Nyka w swoim przewodniku pisze wręcz o pejzażach żywcem wyjętych ze „Starej Baśni” – porównanie trafione w sedno. Gdzieniegdzie mijamy bajorka, obrośnięte ciekawą, rzadko spotykaną w Tatrach  roślinnością – niektóre dość spore. Dużo tu również miejsc, w których ścieżkę przecinają zwalone pnie drzew.  
jak w "Starej Baśni" ... nie "tatersko" wręcz...


mchy w rosę i szron spowite...
Nie wiedzieć kiedy docieramy do kolejnego punktu widokowego, rozległej polany Kasne, skąd roztaczają się widoki na otoczenie Doliny Łatanej i Rohackiej. Łąka aż zachęca do odpoczynku – obowiązkowo w pozycji leżącej ;-).
Stąd też wyłania się coraz bardziej masywna sylwetka Osobity. Zanim jednak dotrzemy na przełęcz, przechodzimy lewą stroną grzbietu przez Małą Osobitą. Tu dla odmiany szlak jest bardziej skalisty.  
jeden z ostatnich punktów widokowych na szlaku - Kasne 

Kasne - panorama 

Kasne - panorama c.d. 
Na szczęście dość głośne tłumy spacerowiczów, w sam raz przed naszym przyjściem, opuszczają Przełęcz pod Osobitą, a warto tu spędzić dłuższą chwilę. Co prawda, widoki nie są już tak rozległe jak z Grzesia, a jednak poczucie, że się jest na krańcu Tatr robi wrażenie. Szkoda, że szlak na szczyt Osobity jest zamknięty, bo można sobie wyobrazić jak wspaniały widok oferuje. Większość turystów, czego jesteśmy świadkami, bez najmniejszych skrupułów łamie ten zakaz i na szczyt wchodzi.  My  popijając kawę i zajadając się czekoladą, cieszymy się tym co dozwolone ;-))
Przełęcz pod Osobitą
Przed nami według tablic informacyjnych jeszcze przynajmniej półtorej godziny marszu, z czego  blisko 45 minut to dość strome (mimo licznych zakosów) zejście. Szybko jednak docieramy na urokliwą polankę Jaworzynkę, skąd dalsza część szlaku prowadzi wygodną, szeroką ścieżką. Po drodze mijamy Stawek pod Zwierowką i docieramy pod hotel górski Primula. Tu można kontynuować wycieczkę zielonym szlakiem i dojść do schroniska pod Zwierowką, skąd już w zaledwie kilka minut żółtym szlakiem dochodzi się do parkingu. My jednak zdecydowaliśmy się na leśną ścieżkę, biegnącą wzdłuż potoku.
grzbiet Okolika z Polany Jaworzynka - LOVE! ;-)

Dochodzi 16-ta. Zmieniamy buty, przepakowujemy się… 

Pora na obiad, na który zjeżdżamy nieco niżej, do gospody leżącej tuż obok Muzeum Wsi Orawskiej.  A co można zjeść innego, u stóp słowackich gór, niż halusky z bryndzą czy grzybami? Do tego zimne piwo... Kofola...

sobota, 16 września 2017

Sokolie w Małej Fatrze

jedno z magicznych "okien widokowych" na szlaku
Po przynajmniej 10 latach wracamy do Małej Fatry, pięknego zakątka Słowacji, słynącego z masywów, poprzecinanych głębokimi wąwozami, ze skalnych urwisk, czy progów, z których spadają spektakularne wodospady. I choć było to tak dawno, doskonale pamiętam wrażenia z wycieczki do Dolnych i Hornych Dierów, zejście do Stefanowej z Małego Rozsutca, czy zdobycie wierzchołka najwyższego szczytu tych gór – Wielkiego Krywania.
Mała Fatra zbudowana jest ze skał wapiennych i dolomitowych i pewnie dlatego przypomina nieco Tatry Zachodnie.

Tym razem postanowiliśmy odwiedzić skalne wieże, piętrzące się po prawej stronie drogi wzdłuż Doliny Vratna. Nie jest to długa wycieczka. Co prawda według znaków całość można zamknąć w niespełna cztery godziny, nam jednak zajmuje to grubo powyżej czterech. Trudno jednak gnać przed siebie, nie uwzględniając krótkich odpoczynków na złapanie oddechu, podziwianie widoków, czy po prostu fotografowanie. 
Jeśli ktoś nie lubi stromych zejść, to zdecydowanie polecam wyruszyć na szlak z parkingu, znajdującego się tuż za wlotem Doliny Vratnej (Tiesnavy). Jest to punkt startowy dla dwóch wycieczek. Idąc szlakiem niebieskim ku górze w prawo, rozpoczyna się mozolną wspinaczkę na Sokolie, czyli wspomniany masyw, ciągnący się na długości ponad czterech kilometrów. Lewą stroną natomiast wiedzie, jak w lustrzanym odbiciu, zielony szlak na Boboty.
nasza pętelka

Cóż… nie wdając się w szczegóły, początek naszego niebieskiego szlaku jest stromy, bardzo stromy. Szybko jednak zdobywa się wysokość, a cały trud podejścia rekompensują „okna widokowe”, z których można podziwiać przepiękną Dolinę Vratną i otaczający ją grzbiet, w którym dominuje szczyt Wielkiego Krywania. To jednak nie wszystko, bo właściwie już po kwadransie z przepaścistych, głębokich zachyłków, wyrastają co krok strzeliste wieże skalne. Ciekawy jest fragment przejścia półtunelem skalnym, tworzącym nad głową, na odcinku kilkudziesięciu metrów, swoisty okap.
Większa część tego odcinka to mocno ubite gliniasto-żwirowe podłoże, dodatkowo wzmocnione metalowymi stopniami. Podejrzewam, że takie rozwiązanie „ratuje życie” wielu schodzącym tym szlakiem w deszczowy dzień. 
pierwsze widoki na Dolinę Vratną z niebieskiego szlaku na Male Noclahy


skalne półtunele na szlaku

W niespełna 1,5 godziny docieramy do miejsca Małe Noclahy. 
Jak często można spotkać na górskich drogowskazach informację o wysokości równej 1000 m n.p.m? Tu właśnie mamy taką okazję ;-). 

Stąd na Sokolie prowadzi już żółty szlak. I choć wciąż towarzyszą nam otwierające się co jakiś czas widoki, to gros szlaku pokonuje się idąc przez las, trawersując po obu stronach główny grzbiet. Jest magicznie, tym bardziej, że gdzieniegdzie widać już przebłyski nadchodzącej jesieni. 
Stąd też pięknie się prezentują piętrzące się sylwetki Rozsutców i przycupnięta pod nim wioska Stefanowa. Jedno z takich "okien widokowych" rezerwujemy na kilkanaście minut dla siebie. Słuchając wiatru szumiącego w liściach, pałaszujemy drugie śniadanie.
są i drobne ekspozycje ;-)

grzebień Sokolie

nieuchronnie zbliża się jesień...

Wciąż pniemy się ku górze, choć nie jest już tak stromo jak na początku szlaku. Nie wiedzieć kiedy, osiągamy najwyższy szczyt grzebienia Sokolie. Nad pasmem Wielkiego Krywania kłębią się burzowe, ciemne chmury, zwiastujące nadciągającą zmianę pogody. Dalsza część szlaku odsłania przed nami Małą Vatrę jakiej jeszcze nie znamy – Wielką Branicę - grzbiet za grzbietem, dolina za doliną … jakby końca nie było widać…
Sokolie

wyjątkowy taras skalny z widokiem na Wielką Branicę

Na Przełęcz Przysłup schodzi się w błyskawicznym tempie. Żółty szlak poprowadzony jest przez nieco rzadszy las, w dole głębokie jary. Żałuję, że zaczyna nieśmiało kapać z nieba, bo pod przełęczą warto usiąść na chwilę, utrwalić panoramę z sylwetkami Rozsutców.
Mamy jednak szczęście, bo mżawka szybko ustępuje. To ważne, przed nami bowiem nieco mniej strome ale gliniaste, niezabezpieczone żadnymi stopniami zejście – suche jeszcze i bezpieczne.
Niebieski szlak schodzący z przełęczy prowadzi nas pod Stary Dwór. W ostatnich latach miejsce to bardzo się zmieniło, wybudowano tu bardzo dużo domów, pensjonatów. Trudno się dziwić, tuż obok, po obu stronach doliny, rozciągają się trasy narciarskie.
Przełęcz Przysłup, stąd już około półgodzinne zejście do drogi

Ostatni fragment do samochodu pokonujemy w niespełna 15 minut, idąc asfaltową drogą. Na chwilę znów wygląda słońce, oblekając skalny wlot do Doliny Vratnej, ciepłym popołudniowym światłem.
ku Terchowej

Wlot Doliny Vratnej z sylwetką klęczącego mnicha ;-)

Okolice Terchowej, to oprócz walorów przyrodniczych i krajobrazowych, także okazja do zrobienia zakupów serowych. Pełno tu straganów, maleńkich sklepików, gdzie można kupić bryndzę, wędzone sery. Trudno nie skorzystać. A na obiad ? Wybór jest oczywisty – miejscowy przysmak, bryndzowe halusky – takie gnocchi inaczej ;-).

niedziela, 3 września 2017

Rumunia 2017 - dzień XI


Rześki, choć słoneczny poranek, zamawiamy śniadanie i ruszamy w drogę do domu. Przed nami ponad 600 km do Krakowa. Naszą drogę powrotną planujemy przez Carei, Nyiregyhazę, Koszyce, Bardejów i Tylicz, z postojem w Tokaju.
w Tokaju wita nas cappuccino, lampka białego wytrawnego i pyszny kawał ciasta
Jak miło po latach znów wrócić na ten maleńki placyk, przy głównej ulicy Rakoczi. Tokaj wyładniał i nadal panuje w nim senna, leniwa atmosfera. Miejsce w sam raz na krótki odpoczynek, kawę wino… i obowiązkowe winne zakupy. Mimo, że planowaliśmy tu pierwotnie zjeść obiad, ruszamy dalej wciąż jeszcze czując obfite śniadanie.
Tokaj - kilka kadrów między kawą a zakupami 

żegnają nas koty, spoglądające z góry - jak żywe ;-)

Nie wiedzieć kiedy wjeżdżamy na Słowację, w Koszycach przerwa na „maka” – taki gest w stronę Piotrka ;-).
I znów, jak w kalejdoskopie, przejazd przez znane już miejscowości.
W Sączu korek, spowodowany remontem mostu w Łososinie, szybko kalkulujemy i skręcamy w drogę przez Rożnów – nie pamiętam już nawet, kiedy ostatnio byłam nad Jeziorem Rożnowskim – w sam raz zachodzi słońce. Później już tylko Zakliczyn, Wojnicz i autostradą prosto do domu.
Przyjazd na 21.00 – prawie 11 godzin w trasie.
Home, sweet home ;-)) 




foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)