Baraniec

Baraniec

niedziela, 3 września 2017

Rumunia 2017 - dzień X


Poranek jest pogodny, w jadalni przeznaczonej dla gości robimy śniadanie, kawę… Wyjeżdżając zostajemy jeszcze zatrzymani przez właściciela pensjonatu, który z domu przynosi nam… bochenek chleba i cztery bułki na drogę, życząc „drum bun”, czyli dobrej podróży - po prostu ;-). Pod tym względem Rumuni są niesamowici. 
W Novaci rozpoczyna się Transalpina, słynna droga 67C, poprowadzona przez góry Parang, zwana niegdyś przez pasterzy Diabelską Ścieżką. Jest to najwyżej położona trasa w Rumunii, wznosząca się na Przełęczy Urdele na wysokość 2145 m. n.p.m. Co ciekawe, przejazd ten dopiero od 2010 r., ma nawierzchnię asfaltową, dzięki czemu jest łatwiej dostępny dla turystów. Niestety nie można tędy przejechać zimą.
Podobnie jak i w przypadku trasy Transfogarskiej, nie ma tu wiele miejsc na zatrzymanie się, aby uchwycić piękny krajobraz. Część fotografii robi się więc zza szyby samochodu.
Droga od samego początku pnie się licznymi serpentynami, stromo w górę. W kilku miejscach postojowych rozstawione są stragany, na których można kupić lokalne sery, wędliny, biżuterię, czy niezbyt wyszukane pamiątki. Sprzeczne emocje wywołuje przejazd przez miejscowość Ranca, w której totalnie brak pomysłu na jakąś zwartą całość. Jak grzyby po deszczu powstają tu liczne pensjonaty czy hotele. Stąd bowiem startuje wiele szlaków turystycznych, ale można też tu przyjechać na narty.
Jadąc wciąż w górę, wydaje się, że to już prawie niebo, kiedy za zakrętem odsłania się kolejny etap podróży, wciąż wyżej i wyżej… Łatwo to sobie wyobrazić, próbując poprowadzić taką trasę, prawie 200 m nad wierzchołkiem Kasprowego Wierchu.
Transalpina jest też niezwykłym wyzwaniem dla rowerzystów, po drodze mijamy wielu takich śmiałków. Dodam, że w zeszłym roku i mój Pan Mąż osobiście ją pokonał ;-).
Transalpina - pierwszy postój na trasie 

coraz wyżej... pod nami Ranca, obok śmigają kolarze 

przed nami ostatnie łuki przed najwyższym punktem trasy
Przełęcz Urdele zaskakuje. To ogromna polana, w części zawłaszczona przez straganiarzy. Wystarczy jednak podejść kawałek, by znaleźć się choć na chwilę, sam na sam z pięknymi górami.
Podczas zjazdu zaskakują mnie rowerzyści, osiągający prędkości większe niż jadące samochody.  
Jakże odmienny jest charakter drogi po tej stronie gór. O ile południowe stoki, gładkimi grzbietami, nieco przypomniały połoniny bieszczadzkie, o tyle północna ekspozycja to lasy, lasy lasy… Po drodze mijamy też dwa jeziora.
Przełęcz Urdele - 1145 m n.p.m.

Przed nami długi zjazd i osobliwe obrazki ;-)
Całą trasę - około 130 km - pokonujemy z postojami w czasie prawie czterech godzin. Dłuższy odpoczynek planujemy w mieście Alba Julia. Jesteśmy już w Transylwanii.
Alba Julia jest miastem niezwykłym i dość specyficznym, bo zamiast typowej starówki z rynkiem, w centralnej części znajdziemy „drugie miasto”. Bogata historia sięga czasów rzymskich, jednak najlepsze lata świetności przypadają na XVI i XVII w. To zresztą okres bardzo mocny związany z Polską – z Izabelą Jagiellonką, która tu zmarła, czy ze Stefanem  Batorym i jego rodziną. W Alba Julia dokonano też w 1922 r. koronacji Ferdynanda I, jako króla zjednoczonej Rumunii. Główną atrakcją tego miasta jest Twierdza Alba Carolina – doskonały przykład sztuki fortyfikacyjnej. Twierdza zamknięta z wszystkich stron, stanowi z wszystkimi budynkami swoiste miasteczko – z wewnętrznym systemem uliczek, dziś pełnych zabytków, restauracji, kawiarni. Na jej teren można dostać się przechodząc przez reprezentacyjne bramy. W ostatnich latach Cytadela została gruntownie odrestaurowana. 
Alba Julia - rozpoczynamy spacer po Cytadeli
Niewątpliwie warto zajrzeć do katedry rzymskokatolickiej św. Michała, w której umieszczono sarkofagi należące do Izabeli Jagiellonki oraz jej syna Jana Zygmunta Zapolyi. W innej części znajdują się grobowce rodziny Hunyday, zdobione scenami wojennymi z czasów walk z imperium osmańskim. Katedra prezentuje typowo gotycki styl, onieśmielając swoim ogromem i ascetycznym wnętrzem. 
wnętrze Katedry św. Michała
Inne ciekawe miejsca to Sobór Koronacyjny, Pałac Książęcy, czy Muzeum Zjednoczenia. Spacer uliczkami Cytadeli, usianych odlanymi z brązu figurami, zarówno wojskowych jak i zwykłych ludzi, jest ogromną przyjemnością i warto tu spędzić przynajmniej kilka godzin. My niestety musimy jechać dalej, aby dotrzeć o przyzwoitej porze na nasze ostatnie miejsce noclegowe.

wschodnia brama wiodąca do Cytadeli i panorama na miasto





fontanna tuż obok zachodniej bramy wiodącej do Cytadeli
Z Alba Julia kierujemy się wiejski drogami do doliny Valisoary, dla której charakterystyczne są sterczące wysokie skały, tworzące rodzaj bramy. Stąd już zaledwie kilka kilometrów do Rimatei, w której gościliśmy rok temu. W gospodzie pod Szeklerską Skałą - tak jak poprzednio - zatrzymujemy się na obiad.
Wąwóz Valisoary, w prawym dolnym roku Szeklerska Skała 

przydrożny krzyż kamienny

ostatni, iście rumuński obiad w Rimatei

Rimatea
Jadąc dalej nie dziwi nas wcale, pędzone środkiem drogi, stado kóz.
kolejne już zderzenie z rumuńską rzeczywistością ;-)
Z Rimatei kierujemy się na Kluj Napoca. Omijamy jednak główne drogi, wybierając niezwykle malownicze tereny, ciągnące się od miejscowości Iara przez Liteni do Savadisla. Wszystko skąpane w ciepłym słońcu późnego popołudnia.
z drogi, równoległej do autostrady łączącej Turdę z Kluj Napoca

sielsko absolutnie...


Nasz ostatni nocleg, podczas tegorocznych wakacji w Rumunii, zaplanowaliśmy w miejscowości Nadaselu, omijając w ten sposób wielkomiejski charakter Kluj Napoca. Do pensjonatu docieramy niemalże przed zmrokiem.

ostatnie promienie słońca przed dojazdem do Nadaselu, gdzie spędzamy ostatnią noc w Rumunii


foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

Rumunia 2017 - dzień IX

Poranek wita nas tak jak przewidywały prognozy, ochłodziło się i pada… 
Kawa, śniadanie i pakowanie się. Raz jeszcze przejeżdżamy przez, puste niemalże, centrum miasta. 
Spodziewamy się, że tym razem, w okolicach Siedmiu Źródeł, w taką pogodę, nie zmierzymy się z utrudnieniami na drodze, jak poprzednio. Tym większe więc zaskoczenie wywołują rzędy samochodów i już spacerujący jezdnią pierwsi amatorzy kąpieli. To nic, że pada i jest rześko. 
Niektórzy jeszcze śpią, o czym świadczą zaklejone kartonami szyby samochodów - taka osobliwa forma zasłonek ;-).

Góry zakrywa welon chmur, gdzieniegdzie odsłaniają się fragmenty stoków, czy nawet szczytów. Cała dolina tonie w ponurych szarościach...

Dość szybko pokonujemy odcinek około 30 km, zatrzymując się w kilku miejscach, aby spojrzeć na zmieniające się otoczenie, płynącej wzdłuż drogi Cerny. Przed samym rozstajem, przynajmniej kilkadziesiąt metrów poniżej drogi, rzeka wcina się głęboko w dolinę, przebijając się wzdłuż ciasnej gardzieli skał. Jadąc dalej na wprost (wyboistą szutrówką), można dojechać do miejscowości Cerna Sat, tuż obok której rozpoczyna się, niezwykły ponoć, wąwóz Corcoia. My natomiast skręcamy w prawo i główną drogą jedziemy w stronę Targu Jiu. 
Trasa gęstymi serpentynami pnie się przynajmniej kilkaset metrów w górę. Góry Mehedinti objawiają nam swoje magiczne oblicze. Wciąż pada deszcz, choć według prognoz już miały pojawić się pierwsze promienie słońca. 
Dolina Cerny
Dopiero w okolicach Baia de Arama, przed samym zjazdem do naszego pierwszego punktu postojowego, jak za dotknięciem magicznej różdżki, przestaje padać i zaczyna się przejaśniać. Wjeżdżamy do małej wioski Ponoarele, słynącej z ciekawych formacji skalnych o charakterze krasowym.
Tuż obok miejscowej knajpy, gdzie zatrzymujemy samochód, znajduje się główna ciekawostka tej miejscowości, a mianowicie Skalny Most (Podul lui Dumnezeu), zwany też bożym. Choć spadło już z niego sporo samochodów to jednak wszyscy z wypadków wyszli cało. Most często ulega uszkodzeniu i poddawany jest licznym remontom. 
To jednak nie koniec atrakcji, bo naprzeciwko można z kolei podziwiać imponującą jaskinię Podului (Peştera Ponoarele).
Skalny Most i jaskinia w Ponoarele 
Wystarczy podejść kilkaset metrów w górę, aby po drugiej stronie wzgórza, znaleźć skalne pole, utworzone przez wapienne skałki, na powierzchni których można obserwować ciekawe skutki erozji, w postaci falujących rowków, wgłębień. Pole urywa się nagle, a w dole rozciąga się okresowe jeziorko Zaton (Lacul Zaton) – niestety o tej porze całkowicie wyschnięte. Na jego dnie znajduje się ponor, czyli miejsce, gdzie płynący potok zanika, wpływając pod ziemię. Jeziorko tworzy się tylko wtedy kiedy możliwości odprowadzania wody są ograniczone, czyli np. po obfitych opadach, czy śnieżnej zimie. Nie ma jednak tego złego… dzięki temu, że nie ma wody, można podziwiać niezwykle malowniczą formę dna. 
Kręcimy się jeszcze przez chwilę w okolicy i wracamy do samochodu. Z grzbietu wzgórza, pod którym powstała jaskinia Podului, rozciąga się fenomentalny widok na wieś, z urzekającą cerkiewką.
Rowki krasowe - Ponoarele

Lacul Zaton - jezioro widmo ;-) - Ponoarele 
Jedziemy dalej, aby na kilkanaście kilometrów przed Targu Jiu skręcić w lewo, kierując się na Rachiti i Runcu, do wąwozu Sohodolului (Cheile Sohodolului).
W tej okolicy można obserwować zupełnie inną, charakterystyczną dla tego regionu zabudowę. Podczas gdy nad Dunajem dominują wsie, z szeregowo wciśniętymi, jeden obok drugiego, domami – każdy z szeroką, często zdobioną bramą, tu większość stanowią ogrodzone murkiem, wolno stojące budynki - najczęściej z gankiem. Przed wieloma z nich, tuż przy drodze, stoją studnie. Trzeba przyznać, że sprawiają wrażenie bardzo zadbanych, zwłaszcza, że wokół każdego są ogródki pełne zieleni i kolorowych kwiatów.
Na teren wąwozu można wjechać samochodem, jednakże konieczne jest uiszczenie opłaty 5 RON (równowartość 5 zł). Jakież jest nasze zdumienie, kiedy wraz z paragonem, pan wręcza nam …. worek na śmieci (wór właściwie!). I faktem jest, że teren wąwozu jest czysty jak nigdzie indziej.
Tuż za wjazdem zaglądam do miejscowej kapliczki, do której trzeba wspiąć się stromymi schodkami. Na niektórych ze stopni widoczne są kartki z napisami, które być może oznaczają słowa modlitwy, dziękczynienia… Kapliczka ma swój klimat, bo umieszczona jest wewnątrz niedużej groty.
Kapliczka w Wąwozie Sohodolului 
Dalej jedziemy już do końca drogi asfaltowej. Tę część zamyka spora jaskinia, z wylotami po obu stronach. Wysoko w górze widać też charakterystyczną skałę z otworem, jakby wyciętym z szablonu. Do tego miejsca można dojść pieszo, my jednak jedziemy dalej.
Wąwóz Sohodolului 
W międzyczasie zmieniamy nieco koncepcję, planując krótki postój w Targu Jiu z myślą o obiedzie. Wykorzystuję to, aby zobaczyć najważniejsze atrakcje tego miasta.
Targu Jiu nie jest może perełką turystyczną, jednakże warto tu zajrzeć, by zobaczyć kompleks monumentalnych rzeźb plenerowych Constantina Brancusiego, zlokalizowanych w parku, tuż przy bulwarze imienia artysty. Przy wejściu stoi najsłynniejsza bodajże Brama Pocałunku (Poarta Sarutului), interpretująca łuk triumfalny. Choćbyśmy chcieli się symbolicznie pocałować do zdjęcia – bez szans - pełno spacerowiczów i turystów. Tuż obok za Bramą rozpoczyna się Aleja Krzeseł (Aleea Scaunelor), na której zostaję zrugana przez policjantkę, podczas próby odruchowego przycupnięcia na jednym z 30 kamiennych taboretów. Dopiero teraz zauważamy, że wszystkie rzeźby artysty są objęte monitoringiem, stojących tu na każdym kroku policjantów.
Aleją dochodzimy do okrągłego Stołu Milczenia (Masa Tacerii), otoczonego przez 12 kamiennych krzeseł w kształcie klepsydry.
Do wyszukanej w przewodniku restauracji, zmierzamy dalej wzdłuż rzeki Jiu. Okazuje się, że polecany lokal Gorjeanul nie prezentuje się najlepiej, więc na obiad siadamy w knajpce stojącej tuż obok. Nic się nie zmieniło, zamawiamy dania kuchni rumuńskiej, Piotrek tym razem prosi o pizzę.
Króciutko w Targu Jiu

nad rzeką Targu Jiu w mieście Targu Jiu
OBIAD! ;-)
Z Targu Jiu do Novaci jest około 45 km. Nad przybliżającym się pasmem gór Parang wiszą ciężkie chmury. Czyżby nocą miało padać?
Na miejscu, w pensjonacie, panowie oddają się swoim ulubionym czynnościom. Ja, korzystając z ostatnich minut późnego popołudniowego słońca, wsiadam w samochód i zjeżdżam około 9 km do wioski Cicadia, którą mijaliśmy jadąc do Novaci. Moją uwagę przykuły niespotykane nigdzie indziej studnie, usytuowane w małych drewnianych budkach, przypominających kapliczki. Wewnątrz klasyczne konstrukcje dźwigowe z wałem korbowym, obok wiadro do nabierania wody i obowiązkowy mały kubeczek ;-). To jednak nie wszystko... Ściany pokrywają malowidła o charakterze sakralnym, mniej lub bardziej spłowiałe. Przy jednej ze studni spotykam przemiłe staruszki, które przyszły właśnie aby nabrać wody. Rozmawiamy chwilkę w języku „esperanto”;-). Proponuję im wspólne zdjęcie. Cieszą się jak małe dziewczynki, widząc swoje twarze na ekranie aparatu.
W międzyczasie zatrzymuję się dosłownie na chwilkę przed miejscowym kościółkiem, zamkniętym, co prawda, na cztery spusty. Urzeka mnie jego wejście, w formie ganku osadzonego na kolumnach, pełne malowideł i zdobień. Szkoda, że tak mało czasu na zatrzymanie światła.
Niespotykane studnie... ot tak przy ulicy w wiosce Ciocadia tuż u podnóża gór Parang
miejscowy kościółek 


kolejna kapliczka i staruszki, które akurat przyszły po wodę


i kolejny, nieco może zwietrzały przykład studni...


Wracając, patrzę jeszcze na rozciągający się łańcuch Gór Parang, których wschodnia część jest groźnie zasnuta przez ciemne chmury. Pomiędzy nimi od czasu do czasu pojawiają się błyski nadciągającej burzy. Od zachodniej strony niebo jeszcze pogodne, skąpane w blasku zachodzącego słońca.
Tam już tylko góry i Transalpina


foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

sobota, 2 września 2017

Rumunia 2017 - dzień VIII


Korzystając z pięknej, słonecznej pogody, zaraz po śniadaniu wybieramy się na wycieczkę do Wąwozu Tasnei, leżącego około 16 km od Baile Herculane. Zanim jednak docieramy na miejsce, w okolicach kąpieliska Siedem Źródeł, tuż za miastem, przedzieramy się między setkami samochodów, ustawionych wzdłuż drogi, po obu stronach jezdni. Tu, w specyficzny dość sposób, odpoczywa spora część Rumunów. Tu śpią, często w swoich autach, lub w pokracznie ustawionych namiotach - oczywiście przy drodze. Tu rano szykują sobie śniadanie przy rozłożonych na ten czas turystycznych stoliczkach. W szlafrokach, lub w samych strojach kąpielowych chodzą bez najmniejszego skrępowania wzdłuż ulicy. Przy drodze kwitnie też życie towarzyskie. Dziwne to miejsce, ale w tym kraju już mnie chyba nic nie zdziwi.
Wejście na szlak do wąwozu jest bardzo niepozorne i oznakowane w dość osobliwy sposób – ot zardzewiałą tabliczką, na której nic nie można odczytać. Gdyby nie wymalowana na drzewie sygnaturka niebieskiego krzyżyka i nie wyznaczony przez nawigację punkt startowy, nie wpadłabym na to, że stąd rozpoczyna się szlak poprowadzony przez jedno z bardziej atrakcyjnych miejsc w tej okolicy.
Na szlak ruszam sama z Piotrkiem, Krzysiek nieco niedysponowany zostaje przy samochodzie – wracać tą samą drogą - póki co - sobie nie wyobraża.
Początek szlaku, a właściwie jego pierwsze 40 minut, to makabrycznie strome podejście – ściana płaczu - powiedziałabym. Nie wiem czy zdecydowałabym się na tę wycieczkę (w tej opcji, sama z Piotrkiem), gdybym wcześniej o tym wiedziała. Bez szans na wypłaszczenie terenu, z niestabilnym gruntem (w czasie deszczu musi tu być horror). Po osiągnięciu górnych partii grzbietu, otwiera się, w ramach nagrody, kapitalna panorama. Warto wspomnieć, że dolina Cerny na dość długim odcinku jest bardzo głęboko wcięta i osłonięta po obu stronach stromymi, skalistymi stokami, ciągnącymi się kilkadziesiąt kilometrów.
Wąwóz Tasnei
Dalsza część szlaku opada nieco, prowadząc nas w ciasną gardziel. Schodząc tam, już wiem, że zaraz trzeba wracać, tak aby zdążyć na umówioną godzinę spotkania z Krzychem. Cóż, nie dane mi było dotrzeć, najpewniej w najciekawsze fragmenty wąwozu, ale i tak cieszę się z tego co zobaczyłam – ku pocieszeniu – na pewno nie widziałabym wodospadu – koryto potoku było całkiem wyschnięte. 


Podczas drogi powrotnej, przez wspomniane okolice Siedmiu Źródeł, kilkanaście minut tkwimy w korku, za sprawą autokaru, który został zablokowany przez stojące na poboczu samochody. Kilku Rumunów wychodzi jednak z inicjatywą i kierując ruchem, skutecznie rozwiązuje problem.
obrazki z ulicy - okolice Siedem Źródeł
Po powrocie do pensjonatu oddajemy się błogiemu lenistwu, trochę czytając, trochę pływając w tutejszym baseniku. Późnym popołudniem wracamy do naszej restauracji, sprawiając ogromną radość kelnerowi, który obsługiwał nas dnia poprzedniego.
La Dolce Vita! - leniwe popołudnie w naszym pensjonacie  i ciąg dalszy kulinarnych rozkoszy ;-)

Ponieważ Piotrek nie pała chęcią zwiedzania Baile Herculane, wraca do pensjonatu, a my taksówką jedziemy do centrum.
Naszą wycieczkę zaczynamy w najstarszej, zabytkowej części miasta. Łaźnie Herkulesa mają bardzo bogatą przeszłość, sięgającą czasów starożytnych Rzymian, którzy docenili właściwości zdrowotne tutejszych źródeł mineralnych. Niestety turecka okupacja sprawiła, że miasto niemalże opustoszało. Prawdziwy rozkwit tego kurortu przypadł na XIX w., kiedy pod austriackim panowaniem powstało wiele wspaniałych budynków, a leczący się tu kuracjusze mogli korzystać z dobroczynnych zabiegów, leczących dolegliwości reumatyczne czy schorzenia układu oddechowego i nerwowego, a także schorzenia ginekologiczne. W połowie XIX wieku miasto zostało wręcz okrzyknięte najpiękniejszym kurortem w Europie. Niestety te czasy świetności Baile Herculane ma już za sobą, choć widać starania zmierzające do zmiany tej sytuacji. Część budynków powoli poddawanych jest adaptacji na luksusowe hotele czy sanatoria.
To co jednak wciąż pozostało, o czym dobitnie świadczy przenikliwy zapach siarkowodoru unoszący się wokół, to źródła radioaktywne, siarczanowe i chlorkowe, których temperatura w niektórych miejscach dochodzi nawet do 65°C.
Baile Herculane w jego najstarszej i najpiękniejszej odsłonie - kościół prawosławny, pomnik Herkulesa, stare łaźnie


Wspominałam, że powyżej miasta, Rumuni korzystają z ogólnodostępnych źrodeł, pływając w basenach lub po prostu taplając się w rzece. Podobne obrazki widzimy w samym mieście - wielu ludzi, po prostu rozbiera się na brzegu i swobodnie zażywa kąpieli. Z wielu źródeł, można czerpać wodę, do przyniesionych ze sobą pojemników.
Wracając jednak do wątku poświęconego architekturze... stojące w okolicy Piata Hercules budynki mają niepowtarzalny urok, choć spora część niemalże rozpadła się w ostatnich latach. Do wnętrza niektórych można zaglądnąć przez rozbite szyby w oknach. Aż żal serce ściska, że tak to wygląda. Ziejący pustką hol Willi Elizabeta jest wprost oszałamiający, z piękną fontanną w centralnej części, ozdobnymi balustradami w górnej części, kunsztownymi zdobieniami. Wszystko w ruinie…
Stojący, tuż obok posągu Herkulesa, dawny budynek hotelu Decebal, również stoi zamknięty, w opłakanym stanie. Tylko detale zdobiące elewację dają wyobrażenie świetności tego miejsca w czasach Habsburgów.
Sam monument Herkulesa przypomina, że jeszcze za czasów starożytnych, bóg Herkules był opiekunem panującego rodu Ulpia Traiana – stąd pierwotna nazwa tej miejscowości – Thermae Herculi ad Medium lub Ad Aquas Herculi Sacras.
Willa Elisabeta - miejsce, które wstrząsa...


liczne źródła o charakterze leczniczym
I ta staromiejska część odcina się wyraźnie spokojem i ciszą, podczas gdy dolne rejony kurortu są pełne gwaru. Mijamy strefy, w których odbywają się festyny. Wokół słychać melodyjną muzykę, niezbyt wysokich lotów, wykonywaną przez miejscowych artystów. 
Konsternację wywołują zabudowania, które najpewniej w latach komunistycznych były miejscem odpoczynku spracowanego ludu, w ramach wczasów pracowniczych. Maleńkie, pozbawione obecnie okien, drzwi czy dachów, chatki (metraż na oko nie większy niż 10 m2), wyglądające koszmarnie, zwłaszcza że wokół pełno śmieci. To jeszcze nic… między nimi rozstawione namioty, w których nocują odpoczywający Rumuni! Obok bawią się ludzie. Trudno to sobie wyobrazić, ale tak jest. 
W tej części wybudowano też kilka, niepasujących zupełnie do tej okolicy, sterczących wysoko wieżowców, odcinających się wyraźnie na tle otaczających miasto stoków. Wzdłuż głównej ulicy ciągnie się szereg sklepików, w których można kupić wszystko.
relikty komunistyczne - wciąż żywe!

Szukaliśmy kolorowych parasolek, rozpiętych nad ulicami w Oradei czy Timisoarze - na próżno. Ich namiastkę znaleźliśmy tu - w Baile Herculane ;-) 
atmosfera pikniku i zabawy...


I tak spacerując, w niespiesznym tempie pokonujemy ponad 3,5 km odcinek między naszym pensjonatem a Placem Herkulesa.

Zmienia się pogoda, zapowiadając ochłodzenie i deszcz…


foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

Rumunia 2017 - dzień VII

Dzień rozpoczynam od jogi na świeżym powietrzu - dobre i niespełna pół godzinki. Wokół pachnie skoszoną trawą, skąpaną w porannej rosie. 
Szybko i sprawnie spakowani, tuż po śniadaniu ruszamy w naszą dalszą podróż, której celem jest Baile Herculane. Krótki postój w Moldova Veche, drobne zakupy na drogę. 

Pierwsze wrażenia już po kilku kilometrach po wyjeździe z miasta, skąd rozpoczyna się przełomowy odcinek Dunaju, najdłuższy i najgłębszy w Europie. Ten osobliwy, ciągnący się na długości ponad 130 km wąwóz, stanowi jednocześnie granicę pomiędzy Rumunią a Serbią. Specyficzne ukształtowanie terenu z licznymi klifami, skałami i wirami wodnymi przez setki lat było źródłem wielu niebezpieczeństw, a przeprawy na terytorium Rumunii często pochłaniały wiele ofiar. Nawet w okresie komunizmu wielu Rumunów zginęło, próbując przedostać się na drugi brzeg do Serbii. Przełom Dunaju, nazywany jest również Żelaznymi Wrotami, czy Żelazną Bramą.
Obawiałam się o stan drogi, którą mieliśmy przemierzyć naszą trasę - zupełnie niepotrzebnie. Nie dość, że jedzie się po gładkiej nawierzchni, to jeszcze – mimo, że jest okres wakacyjny - jest całkiem pusto.
Po serbskiej stronie, zaraz na wstępie, prezentują się ruiny twierdzy Golubac, zbudowanej w XIV w. Z miejscem tym związana jest historia rycerza Zawiszy Czarnego, który podczas wojny z Imperium Osmańskim w 1428 roku, wsławił się swym bohaterstwem, osłaniając odwrót wojsk Zygmunta Luksemburskiego.
ruiny twierdzy Golubac

Przed miejscowością Berzasca zatrzymujemy się na chwilę, zjeżdżając w boczną dróżkę, skąd można przyjrzeć się ciekawej konstrukcji kompleksu rekreacyjnego Egreta. To szeregowa zabudowa małych, połączonych drewnianym podestem domków, wyrastających niemalże z wód Dunaju, których lustro wyraźnie upodobały sobie ptaki, odpoczywając tu, żerując czy gniazdując.
okolice obok kompleksu Egreta

Jadąc zwracamy uwagę na równie malowniczy charakter drogi po serbskiej stronie, której atrakcyjność, nie ujmując Rumunii, niewątpliwe podnoszą liczne tunele, wydrążone w skale.
w okolicy miejscowości Cozla

Tuż za miejscowością Svinita, w najbardziej wciętej na południe części nurtu, wyłaniają się z wody pojedyncze wieże ruiny zamku Trikule, której nazwa w języku tureckim oznacza trzy wieże. Twierdza, która miała powstrzymać najazd Imperium Ottomańskiego, została ostatecznie zatopiona po wybudowaniu tamy na Dunaju. Obecnie można zobaczyć tylko dwie, trudno jednak nawet pobieżnie je ogarnąć wzrokiem, nie mówiąc o jakimkolwiek dotarciu do nich. Trzecia z wież wyłania się tylko w okresie obniżonego poziomu wody.
Ruiny twierdzy Trikule

A my zbliżamy się coraz bardziej do tego odcinka przełomu, w której koryto rzeki zwęża się do niespełna 150m. To część Parku Krajobrazowego Żelazne Wrota, której głównymi atrakcjami są Zatoka Dunaju (Cazanele Dunarii) i niezwykle malownicze trasy turystyczne Ciucarul Le Mic i Ciucarul Le Mare, poprowadzone krawędzią urwiska, w części zwanych Wielkimi Kotłami (Cazanele Mari), czy Małymi Kotłami (Cazanele Mici). Szczególnie imponujące są wapienne ściany sterczące po serbskiej stronie, na wysokość nawet powyżej 700m. Najwyższy ze szczytów to Veliki Strbac (768m n.p.m.).
Wybieramy, zajmujący niespełna dwie godziny, szlak wyznaczony przez żółte trójkąty. Z kilku punktów widokowych roztaczają się fenomenalne widoki na wspomniane Małe i Wielkie Kotły, Zatokę Dunaju. Wysiłek włożony w trud podejścia jest tego naprawdę wart.
Ciucari Mare - wyjątkowy spacer szlakiem żółtych trójkątów 

niemalże wisząc nad Zatoką Dunaju


Po naszej wycieczce podjeżdżamy jeszcze pod Małe Kotły, których główną atrakcją jest wykuta w skale ogromna podobizna Decebala, ostatniego króla Dacji, walczącego z cesarzem rzymskim Trajanem (Chipul lui Decebal). Jest to największa rzeźba skalna w Europie. Nad jej wykuciem pracowało ponoć 12 rzeźbiarzy alpinistów przez 10 lat (do 2004 r.), a całkowity koszt wyniósł ponad milion dolarów. 
Tuż obok, przy samej drodze, stoi niemalże zawieszony nad wodą monastyr Mraconia. Oryginalny budynek klasztoru został zniszczony podczas wojny rosyjsko-austriacko-tureckiej w XVIII w., a jego ruiny wyłaniają się z wody gdy poziom Dunaju ulega obniżeniu.
Stąd też można skorzystać z licznych rejsów organizowanych przez miejscowych właścicieli motorówek.
Nieco jednak zmęczeni decydujemy się jechać dalej, robiąc jeszcze zakupy spożywcze w leżącej w pobliżu miejscowości Orszowa.
Mraconia i rzeźba Decebala

Do Baila Herculane jest już zaledwie 20km. Kończy się też nasza przygoda z Dunajem. Trasa odbija zdecydowanie na północ w stronę doliny rzeki Cerna.

Nasze kolejne miejsce noclegowe na najbliższe dwa dni to pensjonat La Dolce Vita. Po rozpakowaniu się ruszamy w poszukiwaniu restauracji Cuibul Viselor, poleconej przez panią w recepcji. Nie dość, że obsługuje nas przemiły kelner, to mamy przyjemność zjeść wyśmienity, prawdziwie rumuński obiad. Pokusiłam się o przetłumaczenie w internetowym translatorze nazwy restauracji – wygląda na to, że jedliśmy w "gnieździe marzeń" ;-))
Na więcej nie mamy już siły, więc przez dalszą część popołudnia i wieczór oddajemy się lenistwu w pensjonacie, który dosłownie tonie w zieleni.  
La Dolce Vita ;-)

u góry: restauracja, w której gościliśmy dwa popołudnia - Cuibul Viselor, poniżej zabudowa mniej turystycznej części Baile Herculane... a dookoła skąpane w słońcu skały
ciorba de burta, czyli flaczki (ulubiona zupa Piotrka podczas wyjazdu) i przykład typowego rumuńskiego dania głównego 

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)