Baraniec

Baraniec

sobota, 2 września 2017

Rumunia 2017 - dzień VIII


Korzystając z pięknej, słonecznej pogody, zaraz po śniadaniu wybieramy się na wycieczkę do Wąwozu Tasnei, leżącego około 16 km od Baile Herculane. Zanim jednak docieramy na miejsce, w okolicach kąpieliska Siedem Źródeł, tuż za miastem, przedzieramy się między setkami samochodów, ustawionych wzdłuż drogi, po obu stronach jezdni. Tu, w specyficzny dość sposób, odpoczywa spora część Rumunów. Tu śpią, często w swoich autach, lub w pokracznie ustawionych namiotach - oczywiście przy drodze. Tu rano szykują sobie śniadanie przy rozłożonych na ten czas turystycznych stoliczkach. W szlafrokach, lub w samych strojach kąpielowych chodzą bez najmniejszego skrępowania wzdłuż ulicy. Przy drodze kwitnie też życie towarzyskie. Dziwne to miejsce, ale w tym kraju już mnie chyba nic nie zdziwi.
Wejście na szlak do wąwozu jest bardzo niepozorne i oznakowane w dość osobliwy sposób – ot zardzewiałą tabliczką, na której nic nie można odczytać. Gdyby nie wymalowana na drzewie sygnaturka niebieskiego krzyżyka i nie wyznaczony przez nawigację punkt startowy, nie wpadłabym na to, że stąd rozpoczyna się szlak poprowadzony przez jedno z bardziej atrakcyjnych miejsc w tej okolicy.
Na szlak ruszam sama z Piotrkiem, Krzysiek nieco niedysponowany zostaje przy samochodzie – wracać tą samą drogą - póki co - sobie nie wyobraża.
Początek szlaku, a właściwie jego pierwsze 40 minut, to makabrycznie strome podejście – ściana płaczu - powiedziałabym. Nie wiem czy zdecydowałabym się na tę wycieczkę (w tej opcji, sama z Piotrkiem), gdybym wcześniej o tym wiedziała. Bez szans na wypłaszczenie terenu, z niestabilnym gruntem (w czasie deszczu musi tu być horror). Po osiągnięciu górnych partii grzbietu, otwiera się, w ramach nagrody, kapitalna panorama. Warto wspomnieć, że dolina Cerny na dość długim odcinku jest bardzo głęboko wcięta i osłonięta po obu stronach stromymi, skalistymi stokami, ciągnącymi się kilkadziesiąt kilometrów.
Wąwóz Tasnei
Dalsza część szlaku opada nieco, prowadząc nas w ciasną gardziel. Schodząc tam, już wiem, że zaraz trzeba wracać, tak aby zdążyć na umówioną godzinę spotkania z Krzychem. Cóż, nie dane mi było dotrzeć, najpewniej w najciekawsze fragmenty wąwozu, ale i tak cieszę się z tego co zobaczyłam – ku pocieszeniu – na pewno nie widziałabym wodospadu – koryto potoku było całkiem wyschnięte. 


Podczas drogi powrotnej, przez wspomniane okolice Siedmiu Źródeł, kilkanaście minut tkwimy w korku, za sprawą autokaru, który został zablokowany przez stojące na poboczu samochody. Kilku Rumunów wychodzi jednak z inicjatywą i kierując ruchem, skutecznie rozwiązuje problem.
obrazki z ulicy - okolice Siedem Źródeł
Po powrocie do pensjonatu oddajemy się błogiemu lenistwu, trochę czytając, trochę pływając w tutejszym baseniku. Późnym popołudniem wracamy do naszej restauracji, sprawiając ogromną radość kelnerowi, który obsługiwał nas dnia poprzedniego.
La Dolce Vita! - leniwe popołudnie w naszym pensjonacie  i ciąg dalszy kulinarnych rozkoszy ;-)

Ponieważ Piotrek nie pała chęcią zwiedzania Baile Herculane, wraca do pensjonatu, a my taksówką jedziemy do centrum.
Naszą wycieczkę zaczynamy w najstarszej, zabytkowej części miasta. Łaźnie Herkulesa mają bardzo bogatą przeszłość, sięgającą czasów starożytnych Rzymian, którzy docenili właściwości zdrowotne tutejszych źródeł mineralnych. Niestety turecka okupacja sprawiła, że miasto niemalże opustoszało. Prawdziwy rozkwit tego kurortu przypadł na XIX w., kiedy pod austriackim panowaniem powstało wiele wspaniałych budynków, a leczący się tu kuracjusze mogli korzystać z dobroczynnych zabiegów, leczących dolegliwości reumatyczne czy schorzenia układu oddechowego i nerwowego, a także schorzenia ginekologiczne. W połowie XIX wieku miasto zostało wręcz okrzyknięte najpiękniejszym kurortem w Europie. Niestety te czasy świetności Baile Herculane ma już za sobą, choć widać starania zmierzające do zmiany tej sytuacji. Część budynków powoli poddawanych jest adaptacji na luksusowe hotele czy sanatoria.
To co jednak wciąż pozostało, o czym dobitnie świadczy przenikliwy zapach siarkowodoru unoszący się wokół, to źródła radioaktywne, siarczanowe i chlorkowe, których temperatura w niektórych miejscach dochodzi nawet do 65°C.
Baile Herculane w jego najstarszej i najpiękniejszej odsłonie - kościół prawosławny, pomnik Herkulesa, stare łaźnie


Wspominałam, że powyżej miasta, Rumuni korzystają z ogólnodostępnych źrodeł, pływając w basenach lub po prostu taplając się w rzece. Podobne obrazki widzimy w samym mieście - wielu ludzi, po prostu rozbiera się na brzegu i swobodnie zażywa kąpieli. Z wielu źródeł, można czerpać wodę, do przyniesionych ze sobą pojemników.
Wracając jednak do wątku poświęconego architekturze... stojące w okolicy Piata Hercules budynki mają niepowtarzalny urok, choć spora część niemalże rozpadła się w ostatnich latach. Do wnętrza niektórych można zaglądnąć przez rozbite szyby w oknach. Aż żal serce ściska, że tak to wygląda. Ziejący pustką hol Willi Elizabeta jest wprost oszałamiający, z piękną fontanną w centralnej części, ozdobnymi balustradami w górnej części, kunsztownymi zdobieniami. Wszystko w ruinie…
Stojący, tuż obok posągu Herkulesa, dawny budynek hotelu Decebal, również stoi zamknięty, w opłakanym stanie. Tylko detale zdobiące elewację dają wyobrażenie świetności tego miejsca w czasach Habsburgów.
Sam monument Herkulesa przypomina, że jeszcze za czasów starożytnych, bóg Herkules był opiekunem panującego rodu Ulpia Traiana – stąd pierwotna nazwa tej miejscowości – Thermae Herculi ad Medium lub Ad Aquas Herculi Sacras.
Willa Elisabeta - miejsce, które wstrząsa...


liczne źródła o charakterze leczniczym
I ta staromiejska część odcina się wyraźnie spokojem i ciszą, podczas gdy dolne rejony kurortu są pełne gwaru. Mijamy strefy, w których odbywają się festyny. Wokół słychać melodyjną muzykę, niezbyt wysokich lotów, wykonywaną przez miejscowych artystów. 
Konsternację wywołują zabudowania, które najpewniej w latach komunistycznych były miejscem odpoczynku spracowanego ludu, w ramach wczasów pracowniczych. Maleńkie, pozbawione obecnie okien, drzwi czy dachów, chatki (metraż na oko nie większy niż 10 m2), wyglądające koszmarnie, zwłaszcza że wokół pełno śmieci. To jeszcze nic… między nimi rozstawione namioty, w których nocują odpoczywający Rumuni! Obok bawią się ludzie. Trudno to sobie wyobrazić, ale tak jest. 
W tej części wybudowano też kilka, niepasujących zupełnie do tej okolicy, sterczących wysoko wieżowców, odcinających się wyraźnie na tle otaczających miasto stoków. Wzdłuż głównej ulicy ciągnie się szereg sklepików, w których można kupić wszystko.
relikty komunistyczne - wciąż żywe!

Szukaliśmy kolorowych parasolek, rozpiętych nad ulicami w Oradei czy Timisoarze - na próżno. Ich namiastkę znaleźliśmy tu - w Baile Herculane ;-) 
atmosfera pikniku i zabawy...


I tak spacerując, w niespiesznym tempie pokonujemy ponad 3,5 km odcinek między naszym pensjonatem a Placem Herkulesa.

Zmienia się pogoda, zapowiadając ochłodzenie i deszcz…


foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

Rumunia 2017 - dzień VII

Dzień rozpoczynam od jogi na świeżym powietrzu - dobre i niespełna pół godzinki. Wokół pachnie skoszoną trawą, skąpaną w porannej rosie. 
Szybko i sprawnie spakowani, tuż po śniadaniu ruszamy w naszą dalszą podróż, której celem jest Baile Herculane. Krótki postój w Moldova Veche, drobne zakupy na drogę. 

Pierwsze wrażenia już po kilku kilometrach po wyjeździe z miasta, skąd rozpoczyna się przełomowy odcinek Dunaju, najdłuższy i najgłębszy w Europie. Ten osobliwy, ciągnący się na długości ponad 130 km wąwóz, stanowi jednocześnie granicę pomiędzy Rumunią a Serbią. Specyficzne ukształtowanie terenu z licznymi klifami, skałami i wirami wodnymi przez setki lat było źródłem wielu niebezpieczeństw, a przeprawy na terytorium Rumunii często pochłaniały wiele ofiar. Nawet w okresie komunizmu wielu Rumunów zginęło, próbując przedostać się na drugi brzeg do Serbii. Przełom Dunaju, nazywany jest również Żelaznymi Wrotami, czy Żelazną Bramą.
Obawiałam się o stan drogi, którą mieliśmy przemierzyć naszą trasę - zupełnie niepotrzebnie. Nie dość, że jedzie się po gładkiej nawierzchni, to jeszcze – mimo, że jest okres wakacyjny - jest całkiem pusto.
Po serbskiej stronie, zaraz na wstępie, prezentują się ruiny twierdzy Golubac, zbudowanej w XIV w. Z miejscem tym związana jest historia rycerza Zawiszy Czarnego, który podczas wojny z Imperium Osmańskim w 1428 roku, wsławił się swym bohaterstwem, osłaniając odwrót wojsk Zygmunta Luksemburskiego.
ruiny twierdzy Golubac

Przed miejscowością Berzasca zatrzymujemy się na chwilę, zjeżdżając w boczną dróżkę, skąd można przyjrzeć się ciekawej konstrukcji kompleksu rekreacyjnego Egreta. To szeregowa zabudowa małych, połączonych drewnianym podestem domków, wyrastających niemalże z wód Dunaju, których lustro wyraźnie upodobały sobie ptaki, odpoczywając tu, żerując czy gniazdując.
okolice obok kompleksu Egreta

Jadąc zwracamy uwagę na równie malowniczy charakter drogi po serbskiej stronie, której atrakcyjność, nie ujmując Rumunii, niewątpliwe podnoszą liczne tunele, wydrążone w skale.
w okolicy miejscowości Cozla

Tuż za miejscowością Svinita, w najbardziej wciętej na południe części nurtu, wyłaniają się z wody pojedyncze wieże ruiny zamku Trikulektórej nazwa w języku tureckim oznacza trzy wieże. Twierdza, która miała powstrzymać najazd Imperium Ottomańskiego, została ostatecznie zatopiona po wybudowaniu tamy na Dunaju. Obecnie można zobaczyć tylko dwie, trudno jednak nawet pobieżnie je ogarnąć wzrokiem, nie mówiąc o jakimkolwiek dotarciu do nich. Trzecia z wież wyłania się tylko w okresie obniżonego poziomu wody.
Ruiny twierdzy Trikule

A my zbliżamy się coraz bardziej do tego odcinka przełomu, w której koryto rzeki zwęża się do niespełna 150m. To część Parku Krajobrazowego Żelazne Wrota, której głównymi atrakcjami są Zatoka Dunaju (Cazanele Dunarii) i niezwykle malownicze trasy turystyczne Ciucarul Le Mic i Ciucarul Le Mare, poprowadzone krawędzią urwiska, w części zwanych Wielkimi Kotłami (Cazanele Mari), czy Małymi Kotłami (Cazanele Mici). Szczególnie imponujące są wapienne ściany sterczące po serbskiej stronie, na wysokość nawet powyżej 700m. Najwyższy ze szczytów to Veliki Strbac (768m n.p.m.).
Wybieramy, zajmujący niespełna dwie godziny, szlak wyznaczony przez żółte trójkąty. Z kilku punktów widokowych roztaczają się fenomenalne widoki na wspomniane Małe i Wielkie Kotły, Zatokę Dunaju. Wysiłek włożony w trud podejścia jest tego naprawdę wart.
Ciucari Mare - wyjątkowy spacer szlakiem żółtych trójkątów 

niemalże wisząc nad Zatoką Dunaju


Po naszej wycieczce podjeżdżamy jeszcze pod Małe Kotły, których główną atrakcją jest wykuta w skale ogromna podobizna Decebala, ostatniego króla Dacji, walczącego z cesarzem rzymskim Trajanem (Chipul lui Decebal). Jest to największa rzeźba skalna w Europie. Nad jej wykuciem pracowało ponoć 12 rzeźbiarzy alpinistów przez 10 lat (do 2004 r.), a całkowity koszt wyniósł ponad milion dolarów. 
Tuż obok, przy samej drodze, stoi niemalże zawieszony nad wodą monastyr Mraconia. Oryginalny budynek klasztoru został zniszczony podczas wojny rosyjsko-austriacko-tureckiej w XVIII w., a jego ruiny wyłaniają się z wody gdy poziom Dunaju ulega obniżeniu.
Stąd też można skorzystać z licznych rejsów organizowanych przez miejscowych właścicieli motorówek.
Nieco jednak zmęczeni decydujemy się jechać dalej, robiąc jeszcze zakupy spożywcze w leżącej w pobliżu miejscowości Orszowa.
Mraconia i rzeźba Decebala

Do Baila Herculane jest już zaledwie 20km. Kończy się też nasza przygoda z Dunajem. Trasa odbija zdecydowanie na północ w stronę doliny rzeki Cerna.

Nasze kolejne miejsce noclegowe na najbliższe dwa dni to pensjonat La Dolce Vita. Po rozpakowaniu się ruszamy w poszukiwaniu restauracji Cuibul Viselor, poleconej przez panią w recepcji. Nie dość, że obsługuje nas przemiły kelner, to mamy przyjemność zjeść wyśmienity, prawdziwie rumuński obiad. Pokusiłam się o przetłumaczenie w internetowym translatorze nazwy restauracji – wygląda na to, że jedliśmy w "gnieździe marzeń" ;-))
Na więcej nie mamy już siły, więc przez dalszą część popołudnia i wieczór oddajemy się lenistwu w pensjonacie, który dosłownie tonie w zieleni.  
La Dolce Vita ;-)

u góry: restauracja, w której gościliśmy dwa popołudnia - Cuibul Viselor, poniżej zabudowa mniej turystycznej części Baile Herculane... a dookoła skąpane w słońcu skały
ciorba de burta, czyli flaczki (ulubiona zupa Piotrka podczas wyjazdu) i przykład typowego rumuńskiego dania głównego 

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

czwartek, 31 sierpnia 2017

Rumunia 2017 - dzień VI

To jeden z tych dni tegorocznych wakacji, o których snułam marzenia, odkąd zaczęłam zagłębiać się w szczegóły planowanego wyjazdu. Jako że uwielbiam wiejskie klimaty, a im bardziej odstające od cywilizacyjnego ładu, tym lepiej, postanowiłam uwzględnić w naszym planie, założone w latach 20. XIX w., czeskie wioski, ukryte między leśnymi wzgórzami gór Almasz, wnoszących się nad Dunajem.
Dzień jednak rozpoczynamy od aktywnego wypoczynku i korzystając z rowerów, które pensjonat oddaje do dyspozycji gościom, wyruszamy na przedśniadaniową wycieczkę wzdłuż Dunaju. Po drodze mijamy kilka wiosek, w których życie toczy się codziennym, nadzwyczaj wolnym rytmem. Gdzieniegdzie zostajemy obszczekani przez bezpańskie psy, w sumie mija nas zaledwie kilka samochodów. To akurat ta cześć nad Dunajem, gdzie wiatr zawraca, a diabeł mówi dobranoc. 22 km w ramach porannej rozgrzewki to chyba w sam raz, choć małżonek pewnie nie podziela tego zdania ;-).
Za to jak wybornie smakuje śniadanie ;-)
bez wycieczki rowerowej wyjazd niezaliczony - poranna przedśniadaniowa przejażdżka wzdłuż Dunaju

Potem już kilka godzin plażowania… leżak, basen, leżak… białe wino, lemoniada…
a potem już tylko leniuchowanie 


I w takim błogim nastroju wyjeżdżamy z Krzychem na podbój „rumuńskiej Bohemii”, czeskich wsi, które łączy specyficzna kultura, osadzona w urokliwych zakątach gór Almasz. W pierwszej kolejności planujemy podjechać do miejscowości Sfanta Elena, leżącej zaledwie kilka kilometrów od Moldova Veche. Dobrze utrzymana droga dojazdowa, wijąca się dość stromo w górę, kapitalny widok na Dunaj, który na tym odcinku jest wyjątkowo szeroki, tworząc nawet sporej wielkości wyspę. Niezwykle malownicze miejsce, nieco kojarzące się z andaluzyjską krainą Alpujara. 
Sfanta Elena wita nas rządkami kolorowych zabudowań, gdzieniegdzie widać trwające prace modernizacyjne bocznych ciągów ulic. Samochód zatrzymujemy pod kościołem, tuż obok którego, jak dobrze na wieś przystało, stoi czeski szynk. Niespiesznie spacerujemy wśród domostw, ulice po obu stronach najczęściej zamykają rzędy drzew z bielonymi pniami, dającymi wytchnienie od palącego słońca. Panuje leniwa atmosfera, tak jakby czas stanął w miejscu. Tu pieją koguty, tam majestatycznie przejdzie krowa…
Przed samym odjazdem spotykamy dwóch Czechów, bystrym krokiem zmierzających do gospody. Nawiązujemy krótką pogawędkę - skąd jesteśmy, co robimy… Częstują nas (mnie konkretnie, bo przecież Krzychu prowadzi) palinką – ot tak, prosto z butelki. Piję a jakże, wcale nie udając, że mi smakuje – dobre, choć mocne to jak cholera ;-). Życzymy sobie dobrego odpoczynku i ruszamy dalej.
szlakiem czeskich wsi - Sfanta Helena 

okolice Sfanta Elena
Mimo, że nie mam przekonania co do wskazania nawigacji, wybieramy wariant przejazdu do Garnic (cz. Gernik) przez Sichevitę. To kolejna czeska wieś, w której chcemy trochę pomyszkować. Niestety droga asfaltowa szybko się kończy i przechodzi w nieco wąską szutrówkę. Mimo wszystko jedziemy! Prędkościomierz nie wskazuje więcej niż 20 km/h, nie wiemy co będzie dalej i co zobaczymy u celu. Po drodze kilka osad, nasza droga zaczyna się piąć do góry. Nie próbujemy sobie nawet wyobrażać, co robić jeśli nadjedzie ktoś z naprzeciwka. W końcu po około 45 minutach jazdy (niespełna 10 km odcinek między Garnic a Sichevitą), pojawia się nieco mizerny szyld z napisem zwiastującym, że jesteśmy na miejscu. Pojawiają się też pierwsze domy. Droga rozwidla się i tak naprawdę, nie wiadomo którą wybrać, żadna nie napawa optymizmem. Od pierwszego napotkanego człowieka (chwała, że mówił po angielsku) próbuję się czegoś dowiedzieć. Od razu pozbawia nas złudzeń, że droga którą planujemy wrócić, przez Moldova Noua, jest lepsza. Troszkę nas to martwi, bo jest już dość późno i tak naprawdę zmuszeni jesteśmy ograniczyć się do krótkiego spaceru po wsi, rezygnując z wycieczki do doliny młynów „u Petra”, z charakterystycznymi dla tego regionu Rumunii, poziomo położonymi kołami młyńskimi.
Szkoda, bo warto tu mimo wszystko przyjechać. Trzeba to jednak zaplanować na znacznie wcześniejszą porę niż późne popołudnie, aby mieć komfort swobodnego szwendania się po okolicy, której malowniczy charakter jest absolutnie nie do podważenia.
przejazd do Garnic - marzenie tego dnia, jak się okazało nie tak łatwo osiągalne ;-) 
późno, bo późno, ale dojechaliśmy!
a nad Dunajem spotkaliśmy zachodzące słońce
I tak nie wiedzieć kiedy mija koniec naszego pobytu w Divici, skąd następnego dnia czeka nas fascynująca podróż wzdłuż Dunaju w jego najpiękniejszej odsłonie.

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

środa, 30 sierpnia 2017

Rumunia 2017 - dzień V

Żal by było tę Dolinę Nery całkiem pogrzebać, więc mimo przykrego wspomnienia przejazdu do miejscowości Potok, decydujemy się tam wrócić i zrobić przynajmniej krótszy wariant - wycieczkę wzdłuż potoku Beiului.
Tym razem do celu jedziemy od strony graniczącej z Serbią, mijając po drodze sielskie wioski. Zatrzymujemy się też na chwilkę nad samych Dunajem aby przyjrzeć się bliżej ptasim gniazdom, wydrążonym w skarpach brzegowych. Mimo, że od rana jest już gorąco, towarzyszy nam silny wiatr, cichnący im bardziej oddalamy się od rzeki.
Dunaj na skrawku zachodniej granicy - choć upalnie to WIEJE... i to jeszcze jak!

domy kolorowe jak marzenie a i konia przy drodze spotkać nie trudno ;-)
Tak jak wspomniałam, nasza zaplanowana piesza wycieczka zajmuje łącznie około czterech godzin i obejmuje kilka atrakcji, a co najważniejsze gwarantuje wytchnienie od upału. Spod miejscowości Potok wyrusza się żółtym szlakiem. 
tam już tylko Dolina Nery ;-)

żółtym szlakiem wzdłuż potoku Beiului
Do pierwszego wodospadu Cascada la Văioagă dociera się po około 45 minutach. Jego sfotografowane nie jest zbyt łatwe, co bardziej pomysłowi turyści, wykonując serię dziwnych akrobacji, próbują dostać się pod sam strumień kaskady – mamy więc mistrzów planu drugiego. Zdjęcia nie oddają niezwykłej urody tego miejsca, mocno zacienionego, nieco tajemniczego... Woda w nurcie nieco niżej wodospadu jest spokojna i ma zachwycający kolor.
wodospad Vaiaga (Cascada la Văioagă) - może nie tak spektakularny jak te islandzkie, ale równie urokliwy

i koszulkę dopasowałam do okoliczności ;-)
W parę minut później docieramy do polany, na której znajduje się pole namiotowe. Nie dziwią nas liczne śmieci. To ostatnie miejsce, do którego można dojechać samochodem i żaden cywilizowany człowiek tego nie robi, parkując zaraz na początku szlaku. Ale nie Rumun, ten choćby miał urwać zawieszenie, dojedzie wszędzie.  
idziemy, idziemy a woda tym razem spokojna...
Od tego miejsca ścieżka nieco się zwęża i prowadzi pod samo jeziorko zwane Byczym Okiem (Lacul Ochiul Beiului). Nie jest to zwykłe miejsce. Woda ma niespotykaną szmaragdową barwę. Próbuję wyobrazić sobie ten zakątek jesienią, kiedy niebieskawa toń kontrastuje z ciepłymi kolorami liści. 
perełka na szlaku - szmaragdowe Bycze Oko (Lacul Ochiul Beiului) ;-)


Dalej ruszamy, pnącym się nieco stromiej, czerwonym szlakiem.
I tu niespodzianka, u celu bowiem okazuje się, że ostatnia atrakcja – wodospad Beusnita (Cascada Beusnita), zamiast zachwycić nas rześkością tryskających kaskad, zieje pustką. No cóż… taki suchy wodospad też ma swój urok ;-)
największa niespodzianka na szlaku - całkiem suchy wodospad Beusenita (Cascada Beusnita)

nadzwyczaj tu czysto jak na rumuńskie standardy - może napis na tabliczce działa? ;-)
Powrót, to przejście tą samą trasą, błogosławimy bufet na polanie za zimną Colę.
Z punktu startowego szlaków, wybieramy się jeszcze na krótki odcinek trasy, wyznaczonej do wioski Sasca Romana, którego niewątpliwą atrakcją są skalne tunele
skalne tunele na szlaku do wsi Sasca Romana

TAM byliśmy ;-)) - widok spod wsi Potok 
Trudy przejazdu do głównej drogi wydają się już zupełnie nieistotne, zwłaszcza że zwieńcza je rumuński obiad.

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)

Rumunia 2017 - dzień IV

Z żalem opuszczam Timisoarę, bo przecież tylu miejsc jeszcze nie zobaczyłam… Nasz plan na ten dzień przewiduje jednak przejazd w kolejne miejsce noclegowe, bezpośrednio nad Dunaj. Nie jest to zbyt długa podróż, my jednak uzupełniamy ją o wizytę w jednej z najsłynniejszych winnic rumuńskich Cramele Recas i chcemy dostać się do doliny rzeki Nery.

Ale od początku…
Niespełna 30 km na wschód od Timisoary, rozciągają się łagodne grzbiety o południowej ekspozycji – idealne miejsce na uprawę winorośli i produkcję wina. Wzrok przyciąga teren w niczym nie odbiegający od winnic toskańskich czy tokajskich… Uporządkowane alejki pnączy różnych szczepów, zajmujące jak okiem sięgnąć ogromne przestrzenie. Wewnątrz winiarni można kupić różne gatunki wina, tak butelkowane, jak i „z wężyka” ;-). Zwraca uwagę tablica, informująca spragnionych wędrowców, że wina tu niezgorsze, a było i takie, które zostało nagrodzone w Paryżu.
Wybieramy kilka butelek do uzupełnienia domowego, skromnego zapasu i podjeżdżamy jeszcze nieco w górne partie winnicy, aby ogarnąć te przestrzenie z innej perspektywy.
Winnica Cramele Recas

Winnica Cramele Recas
Dalej nasza trasa biegnie przez Lugoj i na południe, przez góry. Mijamy Resitę, Aninę i Orsovą, skąd „odbijamy” w podrzędną drogę, wiodącą przez miejscowość Potok. Tu zaczynają się szlaki turystyczne w dolinie Nery, a my zgodnie z planem, chcemy sobie zrobić dwugodzinny postój aby przespacerować się nieco, szlakiem wiodącym wzdłuż potoku Beiului.
Rzeczywistość nas jednak nieco przerasta. Po pierwsze nawierzchnia jest dość kiepska i jedzie się wolno. Z samej miejscowości Potok do parkingu, z którego rozpoczyna się szlak, przemieszczamy się z prędkością nie większą niż 20 km/h. Nie dość, że droga wije się stromo, to jest bardzo wąska – w sam raz na jeden samochód (hmm.. jak się później okazuje, nawet na autobus). Tabliczki z informacjami dotyczącymi wycieczek, wywołują niemałe zdumienie. Szlak, który zakładaliśmy, że zajmie nam łącznie około dwóch godzin, opisany jest na prawie cztery. Drugi, który zaplanowany był na inny dzień - ponad 8 godzin w jedną stronę! Jest dość późno, więc z żalem podejmujemy decyzję o odwrocie.
Przed nami niespełna 15 km drogi tak fatalnej, że zagryzamy zęby przy każdym wjechaniu w dziurę, starając się oczywiście omijać je, jak się tylko da, szerokim łukiem. Z ulgą wjeżdżamy na tę wiodącą bezpośrednio nad Dunaj. Teren, który nas otacza, jest górzysty i niezwykle malowniczy. Tuż obok ciągnie się granica z Serbią, mijamy nawet zjazd do przejścia granicznego. Na rozległych łąkach stacjonują, już przygotowujące się do odlotu bociany. 
gdzieś na trasie między Lugoj i Aniną testuję jeszcze chłodne białe SEC, zakupione w Recas

takie "malowańce" po drodze, a jaka nawierzchnia miejscowej drogi;-)

okolice miejscowości Potok, skąd już tylko wąską dróżką można dotrzeć w dolinę rzeki Nery... i liczne bociany...

Pierwszy kontakt z „Wielką Wodą” robi podobne wrażenie, jak ten sprzed dwóch lat w Delcie. To naprawdę monstrualna rzeka, miejscami rozlewająca się tak szeroko, że wygląda jak ogromne jezioro. My zjeżdżamy w kierunku miejscowości Divici, mijając po drodze maleńkie, ubogie wioski. Widać, że czas płynie tu wolniej, w przydrożnym sklepie – jedynym na kilka kilometrów – dowiadujemy się, że chleb możemy kupić dopiero następnego dnia i to tylko na zamówienie. Uwielbiam takie klimaty i czuję się prawie jak na końcu świata ;-). I na takim końcu stoi, niczym samotny żagiel nasz pensjonat, w którym będziemy mieszkać przez trzy dni. Rewelacja!
Pierwsza odsłona Dunaju

Umieramy z głodu, więc szybko robimy zrzut bagaży do pokoi i nieśmiało zaglądamy do restauracji. Zupełnie niepotrzebnie. Do wyboru pyszne zupy, w tym rybna i flaczki (ciorba de burta), podawane w zupełnie inny sposób niż nasze, bo zabielane śmietaną – pycha! Jest też spory wybór dań głównych, typowych dla kuchni rumuńskiej, z czego bardzo się cieszymy, a że tłuste to i ciężkostrawne - trudno - ważne, że dobre jak cholera!

Odpoczywamy… mamy piękny wieczór przed sobą, basen i białe, chłodne SEC ;-)

foto: Krzysiek, ja okazjonalnie ;-)