Baraniec

Baraniec

niedziela, 13 września 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień VII/ Histria, Morze Czarne, Konstanca

Prosto z Murighiol kierujemy się drogą 222c w stronę Babadag i dalej na Konstancę. Trasa niewątpliwie urokliwa, w oddali niewysokie, spalone w słońcu góry, wokół tradycyjnie już żółte pola pełne nieco pochylonych głów słoneczników. Nawierzchnia jednak pozostawia wiele do życzenia i momentami zastanawiamy się czy nie wrócić i jechać tak jak dnia poprzedniego. Zaciskamy jednak zęby na każdej cudem ominiętej dziurze, trenujemy cierpliwie manewry przypominające slalom. Na szczęście tuż za Agighiol ta drogowa gehenna się kończy. 
Krajobraz wokół mocno się spłaszcza i w takich okolicznościach przejeżdżamy przez Babadag – tą słynną miejscowość znaną z książki Stasiuka. Miasto z okna samochodu nie wzbudza wielkiego entuzjazmu, ale nie przejeżdżamy też przez jego centrum. 
Jadąc do Babadag
I tak zbliżając się w stronę Histrii zastanawiamy się czy uda nam się pogodzić wszystkie plany tego dnia i zobaczyć ruiny starożytnego miasteczka. Mocnym argumentem jest to, że od głównej drogi to zaledwie kilka kilometrów  i szkoda po prostu takiej okazji.
A miejsce to zobaczyć warto. Już sam fakt, że tu w Rumunii nagle dotykamy starożytnych korzeni wplecionych w jej przeszłość jest ekscytujący.
Powstanie Histrii to 657 rok p.n.e. kiedy koloniści z Miletu postanowili tu w okolicach Delty Dunaju założyć osadę i zapewnić jej burzliwy rozwój związany z głównie z rybołówstwem i handlem rybami. Niestety lata świetności nie trwały zbyt długo. Na skutek zmian jakie zachodziły w samej zatoce, nad którą miasto powstało, jej systematycznego spłycania, a także w związku z najazdem Gotów w 248 r. miasto zaczęło tracić swoje znaczenie. Mocno złupione, zniszczone nie podźwignęło się już nigdy.
A zwiedzanie - jeżeli ma się tylko trochę więcej czasu - może być całkiem przyjemne. Ocalałe resztki murów pozwalają wyobrazić sobie jak mogło się tu toczyć się życie, gdzie z jednej strony znajdowały się więzienia dla jeńców wojennych, zaraz obok świątynie a nieopodal łaźnie. Miasto miało swoje dzielnice gdzie kwitł fach rzemiosła garncarskiego, kowalskiego, gdzie pachniało świeżo pieczonym chlebem. A kawałek dalej rewiry arystokratów, z pięknymi willami, łaźniami i świątynią Zeusa i Afrodyty.
Leniwie spacerujemy śladami uliczek, które kiedyś tętniły życiem. Z niewielkiego wzgórza roztacza się piękny widok na Jezioro Sinoe, zamykające dostęp do Morza Czarnego.
Histria - ruiny starożytnego miasta w Rumunii
Pogania nas nieco upływający czas ale i upał niemiłosierny. Wracamy więc tą samą drogą, kierując się prosto na Konstancę. Zanim jednak wjedziemy na główną 22, znów uruchamiamy naszą wyobraźnię - tym razem na widok samotnych ogromnych drzew, przypominających tolkienowskie Enty, podążające w swoim żółwim tempie gdzieś na północ.
Ponieważ nie chcemy plażować w komercyjnej, tłocznej Mamai tuż na przedmieściach Konstancy, szukamy zjazdu na plażę nieco wcześniej. Po małych zawirowaniach udaje nam się w końcu znaleźć odpowiedni, choć bardzo stromy zjazd. I tak oto jesteśmy nad Morzem Czarnym. Przy plaży funkcjonuje dość spory parking i pole namiotowe. Pomimo upału towarzyszy nam bardzo silny wiatr. Woda jest cudownie ciepła i mocno pomarszczona białą kipielą fal. Spędzamy tu prawie trzy godziny.
plażowanie nad Morzem Czarnym
Znad plaży wyjeżdżamy tuż przed 18. Wiadomo, że Konstancy nie uda nam się zwiedzić w świetle dziennym, zwłaszcza że przejazd przez Mamaię upływa nam w niekończących się korkach. Zanim jednak dojedziemy do Mamai obserwujemy przytłaczający nas przemysł, ogromne kominy, hale - coś kompletnie niespójnego z nadmorskim klimatem uzdrowiskowego niegdyś miasta. Kolejne urojenie Ceausescu.

Do hotelu, w którym mamy zaplanowany nocleg docieramy już prawie o zmroku. Nie jest to szczyt luksusu. Panuje tu specyficzny klimat lat minionych. Dostajemy pokój na wysokim trzecim piętrze, na które nie ma windy. W środku mimo, że skromnie jest jednak czysto.
Po rozpakowaniu się wsiadamy w samochód i udajemy się do centrum - przede wszystkim w poszukiwaniu jakiegoś lokalu z jedzeniem.
Rzeczywiście w mieście panuje nieco orientalny klimat, nie tyko w kontekście architektury – od razu wita nas górujący wyraźnie nad częścią miasta Meczet Hunchiar, ale przede wszystkich bogactwa zapachów unoszących się z licznych restauracji i knajpek i specyficznego chaosu.
Po późnym obiedzie dajemy się porwać nocnej atmosferze miasta a konkretnie głównego deptaka wiodącego na Piata Ovidiu (Plac Owidiusza). Głośno tu i tłoczno. Sam plac jest bardzo obszerny, kiedyś mieściła się tu grecka agora, później rzymskie forum, a w czasach tureckich bazar. Pośrodku stoi pomnik Owidiusza, który po wygnaniu z Rzymu w słonecznej Dobrudży stworzył swoje największe dzieła.
Nieco dalej idąc w kierunku morza mijamy Wielki Meczet zbudowany na początku XX w. Bardzo żałuję, że nie mamy okazji go zwiedzić, zwłaszcza że informacje w przewodniku są bardzo zachęcające. 
I tak oto docieramy do najsłynniejszej chyba budowli Konstancy - Kasyna, które powstało w latach 1904-10 i przez długi czas stanowiło wizytówkę miasta. Co ciekawe w latach pierwszej wojny światowej pełniło rolę szpitala wojskowego, a pod jej koniec zostało całkowicie zbombardowane. Niestety nawet po odbudowie jakiej dokonano w latach 20 –tych nigdy nie odzyskało swoje świetności.
Konstanca
Konstanca zawsze kojarzyła mi się z luksusem i bogactwem. I rzeczywiście jeżeli prześledzić jej historię, miasto to przez wiele wieków przeżywało swój rozkwit. Dopiero upadek państwa rzymskiego przerwał tę hossę, choć po latach upadku miasto ponownie odzyskało swój blask i potęgę, tym razem pod wpływami Carstwa Bułgarskiego a potem po włączeniu Dobrudży do Królestwa Rumunii.
Niestety Ceausescu miał wobec tego miasta inne plany i sprawił, że Konstanca stała się jednym z  najważniejszych ośrodków przemysłowych Rumunii. Od lat 90 trwa jednak próba przywrócenia Konstancy roli nadmorskiego kurortu, jakim była w okresie międzywojennym.
Kiedyś bardzo chciałabym tu wrócić, na dzień, dwa... aby wtopić się nieco głębiej w historię tego miejsca, jego klimat łączący w sobie kulturę tak lubianego przeze mnie orientu wtopionego w styl klasyczny.

foto: BK Sobieccy

czwartek, 10 września 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień VII/ Delta Dunaju

Zapewne każdy zgodzi się, że wyjazd na urlop i wczesne wstawanie to pojęcia niemalże wykluczające się, zwłaszcza gdy mówimy o pobudce o czwartej rano naszego czasu. Zawsze jednak jestem w stanie zrobić wyjątek jeśli wiem, że dzień ten przyniesie coś niezwykłego. Tak jest zawsze kiedy szykuję się na sobotni lub niedzielny wyjazd w ukochane Tatry, tak też było kiedy ustalaliśmy z właścicielem pensjonatu w Murighiol, godzinę wyjazdu na rejs łódką po Delcie Dunaju. Zależało nam na absolutnie kameralnym pobycie na wodzie, pośród dzikiej przyrody w chłodzie poranka. 
Tak jak wspominałam Dunaj tuż przy swoim ujściu do Morza Czarnego rozdziela się na trzy główne odnogi, każda mierząca ponad 100 km. Najbardziej wysunięta na północ, granicząca z Ukrainą to Kilia. Środkową (Sulina) można dopłynąć do miejscowości o tej samej nazwie. My zaś startowaliśmy z wioski położonej nad południową odnogą zwaną Święty Jerzy (Sfantu Gheorghe). Ta część Dunaju wpływa do morza w miejscowości również o tej samej nazwie. Nie jest jednak wielką atrakcją przemieszczanie się wzdłuż głównych nurtów Dunaju. Niewątpliwe rzeka budzi podziw i imponuje swoim ogromem, jednak to co najpiękniejsze kryje się w tysiącach wąskich, wodnych korytarzy, łączących ogromne jeziora utworzone między trzema odnogami.

Szczerze mówiąc wyjeżdżając rano z naszym przewodnikiem nie spodziewałam się co zastanę podczas trzech godzin naszego rejsu. Wiedziałam, że będą jeziora, będą ptaki i będzie pięknie. Jednak to co zobaczyłam w rzeczywistości przekroczyło moje najśmielsze oczekiwania.
O tej porze - szósta rano (piąta  naszego czasu) - na przystani w Murighiol jest wyjątkowo cicho i spokojnie. W łodzi towarzyszy nam jedynie młoda kobieta z córką. Nie mija kilka minut kiedy wpływamy do Świętego Jerzego, skąd kawałek dalej zanurzamy się w zatoczce prowadzącej nas do kanału przepływającego przez maleńką osadę Uzlina. To miejsce, do którego można dotrzeć jedynie drogą wodną. Nasz przewodnik wskazuje nam urokliwy, dość sporych rozmiarów pensjonat, który swojego czasu był letnią rezydencją Ceausescu. Kanał, którym płyniemy zwęża się z każdym kilometrem, wokół nas pochylają się drzewa, na gałęziach których pojawia się pierwsze wodne ptactwo. Tu między innymi mamy okazję na bardzo krótką chwilę podglądać zimorodka, mieniącego się na grzbiecie mnóstwem niebieskich odcieni. Jakie jest nasze zdziwienie, kiedy z bardzo ciasnego korytarza wpływamy na ogromną przestrzeń jeziora, którego sporą powierzchnię okrywa płaszcz liści nenufarów w kolorze soczystej zieleni. Co jednak najzabawniejsze po tych zielonych sercowatych wyspach przemieszczają się gromady ptaków i to bynajmniej nie latając a podskakując. Od czasu do czasu podnosimy do lotu stada kormoranów lub pelikanów.
Pamiętam jak trzy lata temu będąc w Hiszpanii i jadąc do rezerwatu Fuente de Piedra  nastawiliśmy się na oglądanie siedlisk pełnych różowych flemingów i jakie było nasze rozczarowanie kiedy nie zobaczyliśmy ani jednego. Bałam się, że podobny scenariusz czeka nas tu w Rumunii, w Delcie Dunaju.
Nic podobnego, mogliśmy podziwiać te piękne ptaki z różnych odległości, w locie, w stadzie, podczas nurkowania... emocje nie do opisania.
Emocje towarzyszyły też podczas każdego kolejnego zapuszczania się w ciasne gardziele wymoszczone tatarakiem, gdzie niejednokrotnie moja twarz czy ramiona były muśnięte opadającymi wiotkimi gałęziami drzew. W niektórych z tych korytarzy zatrzymywaliśmy się przymusowo na skutek grzęźnięcia śruby motorówki w płytkich wodach zbiorników wodnych a wokół nas niejednokrotnie uwalniała się charakterystyczna woń gazu, wydostającego się na skutek poruszonego przez motor gnijącego podłoża, pełnego zbutwiałych roślin. Zdarzało się też, że nasz przewodnik własnoręcznie musiał oczyszczać śrubę z nadmiaru traw wodnych jakie się w nią wkręciły. 

I w takich okolicznościach, mijając kilkakrotnie uśpione w ciszy łodzie z rybakami zwiedzaliśmy kolejne jeziora, połączone ze sobą takimi właśnie przesmykami. 

wschód słońca nad pięknym Dunajem... modrym chyba raczej nie ;-)
po prawej rezydencja letnia Ceausescu
pierwsze gromady ptaków wodnych i pierwsze jezioro - Uzlina
i pierwsze pelikany
wyspy nenufarów
i wąskie zatoczki
kormorany i pelikany ... niemalże do znudzenia ;-)
dzikie ostępy, gdzie brakowało jedynie aligatorów
i dzika przestrzeń i wiatr we włosach...
i kolejne jeziora, przesmyki, jeziora
momentami ciasno wręcz ;-)
Warto było zmierzyć się z poranną niechęcią do opuszczenia łóżka, warto tym bardziej, że w chwili kiedy wpłynęliśmy z powrotem do zatoki w Murighiol oczom naszym ukazał się istny „jarmark”. Zastawiony samochodami parking, pełno ludzi tworzących kolejne grupy chętne na rejs. I coraz bardziej dokuczliwy upał, mimo tak wczesnej jeszcze pory.

My Deltę Dunaju mieliśmy niemalże na wyłączność.
a my zobaczyliśmy łącznie sześć jezior (w północno-wschodniej części od Uzliny)
Nie potrafię teraz myśleć o tym miejscu inaczej niż w charakterze istnego cudu natury, jakiego jeszcze do tej pory nigdy nie widziałam. Nie dziwie się więc absolutnie wysiłkom i wszelkim działaniom na skalę ogólnoeuropejską aby zachować ten zakątek w jego niemalże pierwotnej postaci. Każda poważniejsza ingerencja wydawałaby się czymś nie do zaakceptowania. 

A być w Rumunii i nie zobaczyć Delty Dunaju to tak jak być w Paryżu i nie zobaczyć wieży Eiffla, czy będąc w Rzymie nie przejść obok Koloseum.
Trzeba wrócić koniecznie.


foto: BKP Sobieccy (z absolutnym pierwszeństwem dla K)

poniedziałek, 7 września 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień VI/

Pogoda w Rumunii nas rozpieszcza. Za oknem błękit nieba i ciepło… bardzo ciepło. Dzień rozpoczynamy od krótkiej bo niespełna godzinnej wizyty w kolejnym rezerwacie błotnym Paclele Mari. Znów przemierzamy ten sam fragment drogi, mijając wioskę Paliciori - tym razem jednak z głównej drogi odbijamy w lewo, kierując się na niewielkie wzgórze, które dnia poprzedniego widzieliśmy po przeciwnej stronie. Co prawda nieco tu mniej wulkanicznych stożków i nie tworzą tak spektakularnych, rozległych form ale są równie malownicze. Dużo tu za to nie spotkanych przez nas w Paclele Mici głęboko wciętych, pozawijanych szczelin. Piotrek jest zachwycony, my również. 
Jeżeli jednak komuś kto ma do wyboru tylko jeden z rezerwatów, miałabym polecić ten jedyny, to byłby to zdecydowanie Palclele Mici - najlepiej tuż przed zachodem słońca. 
Paclele Mari - wulkany błotne 
Było tak pięknie, że całą trójką odlecieliśmy ;-)
W niespełna godzinę później jesteśmy już na trasie wiodącej przez niezbyt urokliwe Buzau w stronę ujścia Dunaju do Morza Czarnego. Wybieramy wariant drogą 2B przez Braiłę (Braila) i Gałacz (Galati), a następnie po przeprawie promowej drogą 22 na Tulczę.
Właściwie zaraz za Buzau krajobraz się mocno wypłaszcza i wszędzie otacza nas żółty odcień pól słonecznikowych, przetykanych dla odmiany zielonymi uprawami kukurydzy. Gdzieniegdzie widać leniwie poruszające się ramiona szybów naftowych, potwierdzające wysoki potencjał wydobycia  ropy naftowej w Rumunii.
Aby dojechać do Tulczy konieczna jest przeprawa promowa. Mamy szczęście bo na kurs na drugi brzeg czekamy zaledwie kilka minut. Koszt przepłynięcia (samochód i trzy osoby) około 20zł. 
Dunaj miałam okazję widzieć tylko z perspektywy wyjazdów na Węgry. Tam jednak rzeka nie wyglądała tak imponująco. Aż trudno wyobrazić sobie, że zaraz przed Tulczą Dunaj rozgałęzia się na trzy główne odnogi, niewiele węższe niż główny nurt. A już po drugiej stronie jedziemy wzdłuż masywu niewysokich ale najstarszych gór Rumunii Muntii Macin.
Bardzo żałuję ale na zwiedzanie Tulczy nie starczyło już czasu. Szkoda bo ponoć miasto interesujące i bogate w zabytki o charakterze orientalnym, co dla mnie nie jest akurat bez znaczenia. Może kolejnym razem…
przeprawa promowa przez Dunaj w drodze do Tulczy  

i tak od gór przez płaskie słonecznikowo-kukurydziane połacie po góry ... 
Dalej droga prowadzi już tylko w jednym kierunku i kończy się w miejscowości Murighiol, do której właśnie zmierzamy. Nieco obawialiśmy się tego fragmentu przejazdu, bo w przewodnikach straszono nas fatalną nawierzchnią. Trasa jednak pod tym względem była dla nas miłym zaskoczeniem. Nie dość, że niezwykle malownicza, nieco kojarząca się z krajobrazem stepów, to jeszcze wygodna.
Znów zatrzymujemy się w kilku miejscach zauroczeni widokiem z okna samochodu. Niekończące się pola słoneczników, liczne wiatraki, gdzieniegdzie widoczne już zakola Dunaju lub przylegające do niego małe i większe jeziora.
Bez większych problemów udaje nam się znaleźć nasze miejsce noclegowe. Jedyne czego się obawiam to komary. W tak wilgotnym terenie na pewno będą dawać w kość. Nie ma jednak tragedii, zarówno wejście do studia jak i okno zabezpieczone jest moskitierą. Taki więc i wieczór i noc upływa nie najgorzej.
Natomiast ogromną ekscytację wywołuje umówiony z właścicielem pensjonatu poranny rejs po Delcie.
Póki co czeka nas jeszcze obiadokolacja, na którą jedziemy do odległego o jakieś dwa, trzy kilometry od naszej wioski kompleksu z parkiem wodnym. Miejsce jest przykładem gdzie widać gołym okiem podążanie Rumunii za luksusem, za nowoczesnością, za Europą. To duży hotel z zapleczem basenowym na zewnątrz (kolorowe rury do zjeżdżania, rozkładane fotele, parasole i te sprawy ..). W środku SPA a obok dość spora restauracja z równie sporym ogródkiem. I wszystko to z widokiem na zarośla, wodę, stojące w przystani łódki, kajaki. I tylko ta muzyka… haniebne disco, zagłuszające sączące się w ogródku bossa novy.
Uwielbiam kuchnię obfitującą w ryby a tu można poszaleć do woli. Zamawiamy zupy - w tym hit regionu – zupę rybną na wodzie z Dunaju. Do tego w ramach drugiego dania różne odmiany ryb słodkowodnych w wersji zapiekanej, grillowanej, w pomidorach. No pycha.
późny obiad w hotelu z parkiem wodnym w Murighiol

Po tak doskonałym obiedzie - kolacji właściwie, wracamy do wioski aby zrobić jeszcze minimalne zakupy na rano.
A następnego dnia? Poranku witaj, pobudka po piątej (czwartej naszego czasu) aby ruszyć w poszukiwaniu przygody.

niedziela, 6 września 2015

Rumunia - żywa mozaika /dzień V/

Kolejny dzień w Rumunii, pochmurny poranek w stolicy Transylwanii - Braszowie. Po szybkim spakowaniu, zabieramy naszego syna na Piata Sfatului, gdzie spędziliśmy romantycznie wczorajszy wieczór. Jest wyjątkowo kameralnie i spokojnie, jedyne co zakłóca ciszę to prace montażowe przy powstającej na naszych oczach scenie. Zanim siądziemy na szybką kawę w ogródku małej kawiarenki, kupujemy jeszcze w cukierni wypieki drożdżowe - prosto z pieca. 
poranek jeszcze raz na Piata Sfatului w Braszowie
Z Braszowa wyganiają nas ciemne chmury i z lekka pokapujący deszcz i niestety im bliżej Bucegi – miejscowości skąd mieliśmy wyjechać kolejką w góry, tym bardziej intensywne opady. Wpadamy więc na pomysł aby nieco odwrócić plan naszej wycieczki i najpierw zajechać do leżącej zaledwie kilka kilometrów dalej, miejscowości Sinaia, słynącej z kompleksu pałacowego, położonego na stoku lesistych wzgórz tuż u podnóża strzelistych szczytów gór Bucegi. Z każdym kilometrem przejechanym wzdłuż miasteczka przekonujemy się o słuszności określenia tego miejsca mianem „Perły Karpat”. To tak jakbyśmy znaleźli się w jakimś uzdrowisku podobnym do naszej Krynicy czy Świeradowa Zdroju.
Pomimo nieco już skromniej padającego deszczu kierujemy się w stronę parku, w którym wzniesiono przepiękne, stylowe pałace. To właśnie dzięki nim Sinaia zawdzięcza swoją niezwykłą popularność turystyczną.
A historia ich powstania sięga końca XIX w. kiedy pierwszy rumuński monarcha Karol I Hohenzollern postanowił tu zbudować swoją letnią rezydencję. Warto wspomnieć, że projektowali ją uznani wiedeńscy architekci a przy budowie pracowali Francuzi, Niemcy, Włosi, Grecy a nawet Polacy. Pałac Peles reprezentuje styl mieszanki niemieckiego, włoskiego i angielskiego renesansu, nieco zmodyfikowanego o elementy baroku, rokoko czy architektury hiszpańsko - mauretańskiej.
W tej chwili obiekt do zwiedzania dostępny jest tylko w części, w pozostałych wnętrzach urządzono hotel i restaurację. Niestety nie udało nam się zwiedzić muzeum, przede wszystkim ze względu na mocno napięty plan ale również z powodu stojącego w długiej kolejce dość sporego tłumu ludzi. Spacerujemy więc po wielokondygnacyjnym dziedzińcu, który i tak daje nam wyobrażenie skali artystycznej tego miejsca. I żal może pięknego ponoć wyposażenia wnętrz, obrazów mistrzów włoskiej, czy holenderskiej szkoły malarstwa, szkoda też przepięknych czeskich kryształów, weneckich luster, ekskluzywnych tapet, czy hiszpańskiej broni. Ponoć całość jest oszałamiająca i stanowi arcydzieło stylu belle epoque. Smaczku dodaje również fakt, że dekoracje plafonu i fryzu pałacowej sali teatralnej wykonał sam Gustaw Klimt.
No cóż musimy się pocieszyć dekoracjami zewnętrznymi, pięknymi wazonami na kwiaty, fontannami, interesującą fasadą pałacu.
zamek Peles
detale na zewnątrz zamku Peles
A zaledwie kilkaset merów dalej wznosi się nieco bardziej nowoczesny w formie Pałac Palisor, zbudowany dla pary książęcej Ferdynanda i Marii na przełomie XIX i XX w.
Zamek Pelisor w Sinaia
Z lekkim optymizmem wracamy do Bucegi, skąd planujemy koleją gondolkową wznieść się na ponad 2000 m n.p.m. aby pospacerować trochę po trawiastym, wysokogórskim płaskowyżu i zobaczyć słynne Babele czy Sfinksa – bardzo charakterystyczne formy skalne.
Niestety rzeczywistość jest okrutna. Na miejscu ogromne kolejki – samego oczekiwania na zakup biletu pewnie około dwóch godzin. Rezygnujemy wyobrażając sobie wszystkich tych ludzi na górze.
Im bardziej oddalamy się od szczytów górskich Bucegi tym lepsza pogoda, a w niespełna godzinę później cieszymy się znów błękitnym niebem i upalnym popołudniem.
Naszym kolejnym celem jest dojazd do miejscowości Buzau, skąd kierować się będziemy do Berca – naszego miejsca noclegowego. Przejazd trasą Bucegi – Buzau jest niezbyt interesujący, wzdłuż drogi mijamy wiele miejscowych osób, sprzedających maliny i borówki.
Im bliżej Buzau krajobraz opada i żółci się intensywnie słonecznikami.
A samo miasto jest nieciekawe, zatrzymujemy się tu jedynie po to aby coś zjeść. Jest późno a musimy jeszcze dotrzeć do naszego pensjonatu i przede wszystkim zobaczyć przed zachodem słońca wulkany błotne.
Po wyjściu z samochodu uderza nas żar gorącego powietrza. Jest ponad 35 stopni. Szukamy w pobliżu jakiejś restauracji, czegokolwiek z czymś za ząb. No i przez zupełny przypadek trafiamy do miejsca, które od razu przenosi nas w późny PRL. Choć nic na to nie wskazuje w skromnie wyglądającym z zewnątrz budynku mieści się ogromny lokal nad wyraz ciekawie wykończony. Nie to jednak jest w nim wyjątkowe. Uderza nas zapach restauracji pamiętany przez nas jeszcze z dzieciństwa - mieszanka woni kulinarnych i "spranego" już nieco dymu tytoniowego. Nie zachęca nas to zbytnio ale nie mamy już w sobie energii aby z pustym żołądkiem, w tym upale szukać czegoś innego. Choć restauracja w swojej klasie ekskluzywna, obsługująca nas kelnerka nie zna słowa po angielsku, a nikt nie pomyślał aby menu uzupełnić w opisy w tym języku. Jesteśmy więc nieco bezradni. Jednak po kilku minutach na odsiecz przybywa kolejny kelner, z którym udaje nam się wdać w dyskusję na temat proponowanego jedzenia. I tak oto mimo wszystko nie bardzo wiedząc co jest w karcie decydujemy się zamówić danie dnia – my z Krzyśkiem jedną propozycję, Piotrek drugą z możliwych do wyboru. Ta decyzja będzie miała dla nas swoje skutki późną nocą i wczesnym porankiem.
Nie jest to może najbardziej wyrafinowane danie ale zjadamy wszystko i wracamy do samochodu aby jak najszybciej dotrzeć do odległej od Buzau o kilkanaście kilometrów wioski Berca.
Z Buzau wyniosę wspomnienie plątaniny kabli widocznej na każdym prawie przejechanym kilometrze i... niezwykłą w swym klimacie restaurację - żywego obrazu czasów Ceausescu.
Nasz pensjonat wygląda bardzo przytulnie i wcale nie odbiega od europejskich standardów. Tuż za głównym budynkiem są dwa ogródki i przejście do części sypialnej.
nasz kolejny pensjonat Pensiunea Hanul Moara Veche - Berca
Nieco zmęczeni upałem odpoczywamy chwilę a zaraz po 18 wybieramy się sami na prośbę naszego syna na wspomniane już wulkany błotne do rezerwatu "Vulcanii Noroiosi". Zanim jeszcze dotrzemy do wioski Policori, za którą znajduje się wspomniany rezerwat, i która wydaje nam się istnym końcem świata, zostajemy uraczeni przepięknymi krajobrazami niewysokich, niezwykle malowniczych gór. Tu też stykamy się z prawdziwym obrazem nędzy, widocznej nie tylko przez pryzmat „domów” i ich otoczenia ale przede wszystkim dzieci, których widok ściska serce. Ponieważ zabraliśmy z Polski na taką okoliczność trochę cukierków, chcemy te dzieci poczęstować. I gdy na chwilę zatrzymujemy się aby przez otwarte okno samochodu podać w małe, umorusane, wyciągnięte w błagalnym geście rączki garść słodyczy, nie wiadomo skąd wyrasta przy nas cała chmara kolejnych dzieci, co gorsze nieco starszych i domagających się od nas czegoś słodkiego w nieco bardziej agresywny sposób.  Odjeżdżamy szybko, zwłaszcza że cukierki szybko się skończyły ale także w obawie czy przypadkiem nie dostaniemy w szybę samochodu kamieniem czy innym twardym przedmiotem. Smutne to doświadczenie.
Natomiast tuż za wioską hobbici raj, soczysta zieleń łagodnych pagórków, pomiędzy którymi wije się wąska, nieco zapadnięta szosa. 
w drodze do wulkanów błotnych
Jakie to szczęście, że intuicja wiedzie nas na pole błotne Paclele Mici. Małą mamy wiedzę na temat szczegółów dotyczących tych rezerwatów – po prostu brak materiałów w tym zakresie. Wiemy że są dwa główne, nie mamy jednak pojęcia jakie to są obszary i czym się różnią. Jak się okaże na to popołudnie wybór jednego z nich ma ogromne znaczenie. Tak jak wspomniałam intuicyjnie skręcamy z głównej drogi w prawo tuż pod pole namiotowe, prowadzone przez niezwykle miłego człowieka. Ogromny napis na przeciwległym zboczu informuje nas, że jesteśmy w "Vulcanii Noroiosi".
Jest bardzo ciepłe, późne popołudnie, do rezerwatu trzeba podejść na niewielkie wzgórze jakieś 500 m. Naszym oczom ukazuje się niezwykły, dość spory obszar przypominający powierzchnię Księżyca. Wracają wspomnienia islandzkich pól geotermalnych. Jedyne czego brakuje to charakterystycznego smrodu siarkowodoru. Ten wokół nas jest nieco inny, dużo bardziej subtelny.
Powiem tak. To chyba najpiękniejsza rocznica ślubu jaką nam było dane obchodzić i najpiękniejszy prezent jaki mogłam sobie wymarzyć. Miejsce jest bajeczne. Melanż ciepłych kolorów, w które gdzieniegdzie wpasowuje się sina biel wyschniętego błota, tworzącego popękaną skorupę. W oczkach licznych kraterów różnej wielkości bulgoczące błoto, wylewające się strużkami, spływające w dół. Do niektórych nie da się dotrzeć, ich otoczenie jest niestabilne i można się autentycznie zapaść. Ślady takich prób widzieliśmy niejednokrotnie. Spacerujemy tak po tej nieziemskiej krainie niemalże dwie godziny, świadomie odkładając drugi rezerwat na dzień następny aby nie tracić zachodzącego słońca. I o ile niewątpliwie największą atrakcją tego miejsca są błotne bulgoczące z różną intensywnością kratery, to klimatu dopełnia otoczenie pięknych, malowniczych gór.
Paclele Mici - wulkany błotne
błotne oczka
i wszędzie mniej lub bardziej zastygła lawa błotna
niemalże księżycowy krajobraz
i jeszcze trochę bulgoczących oczek
a na deser niezapomniany zachód słońca 
Wracamy z żalem... natchnieni... z ogromną liczbą zdjęć jakie wykonaliśmy tego wieczoru.

foto: BK Sobieccy