Baraniec

Baraniec

niedziela, 12 kwietnia 2015

Rzymskie wakacje - dzień trzeci

Wreszcie budzi nas słoneczny poranek. Przez okno wyziera bezchmurne niebo w soczystym błękicie, zimno jednak potwornie, do tego lodowaty wręcz wiatr.
Uniesione zmianą pogody i planami na ten dzień, wypijamy
w pobliskiej kawiarence życiodajną kawę i biegniemy na stację, gdzie w oczekiwaniu na pociąg łapiemy chciwie promienie słońca. Dzisiejsze zwiedzanie skupiać się będzie głównie wokół Bazyliki św. Pawła za Murami i odległej o prawie 30 km Ostii. Zanim tam jednak dotrzemy jedziemy na Piazzale Ostienze, pod słynny w Rzymie grobowiec - Piramidę Cestiusza, trybuna ludowego i pretora, wzniesioną w zaledwie 330 dni w I w. p.n.e.  
wietrzny poranek, śniadanie na stojąco, przejazd pod piramidę Cestiusza, w oczekiwaniu na przejazd do stacji przy Bazylice św. Pawła za Murami
Stąd już całkiem niedaleko do zjawiskowej wręcz Bazyliki św. Pawła za Murami, szczycącej się statusem eksterytorialnym – Bazylika w całości należy do Watykanu.
Zanim wejdziemy do środka tej ogromnej, majestatycznej budowli, stajem
y w "wianuszku" przed dziedzińcem aby posłuchać co opowie nam na temat Bazyliki Beata w ramach naszego konkursu.
Świątynia została wybudowana w IV w., w miejscu gdzie został pochowany św. Paweł, czyli około 2 km za murami Aureliana, otaczającymi Rzym - stąd wzięła się jej nazwa. Każdy kolejny urzędujący papież miał pewien wkład w rozwój i upiększanie Bazyliki. Kościół ma układ pięcionawowy, z fasadą wychodzącą na dziedziniec otoczony granitową kolumnadą, na środku którego czuwa wyniesiona postać św. Pawła z mieczem.
Wejście do Bazyliki poprzedza narteks (nowe słowo, którego się przy okazji nauczyłam), nad którym dominuje przepiękna złota mozaika.
Zanim zetkniemy się z absolutnym pięknem świątyni warto zatrzymać się na chwilę przed wejściem z Świętą Bramą.
Nie da się opowiedzieć wrażeń z wnętrza kościoła. Przede wszystkim mamy niepowtarzalną okazję obcować z niemalże pustym wnętrzem, co przy skali świątyni robi piorunujące wrażenie. Na pierwszy rzut oka uderza niezwykła skromność Bazyliki, w miarę jednak jak przemieszczamy się ku ołtarzowi, zwracają uwagę wyrafinowane detale. Mnie osobiście urzeka światło, które ślizga się po kolumnach, tworząc na posadzce u ich nasady interesujące smugi.
Nawę główną zamyka łuk, zdobiony oryginalną mozaiką z V wieku, pod którym znajduje się grób św. Pawła, przykryty gotyckim baldachimem wykonanym w 1285 r. Warto wspomnieć, że Bazylika została doszczętnie zniszczona przez pożar jaki wybuchł na skutek prac dekarskich prowadzonych w 1823 r. Ocalało zaledwie kilka elementów, w tym mozaika o której wspominałam powyżej, cyborium, część prawej nawy bocznej a także dziedziniec klasztorny. Aż trudno uwierzyć, że odbudowa świątyni trwała zaledwie 31 lat.
Mozaiką ozdobiona jest również apsyda, nawiązując do stylu bizantyjskiego, z postaciami Chrystusa otoczonego świętymi: Piotrem, Andrzejem, Pawłem i Łukaszem.
Na ścianach naw po prawej stronie zwraca również uwagę ułożony w długi pas zbiór medalionów z wizerunkami kolejnych papieży - od św. Piotra aż do Franciszka. Ponoć związana jest z tym legenda, która głosi, że jeżeli wszystkie wolne miejsca zostaną wypełnione medalionami z wizerunkami kolejnych papieży, nastąpi koniec świata.
Bazylika św. Pawła za Murami - zadanie konkursowe Beaty ;-)

 Bazylika św. Pawła za Murami z granitową kolumnadą, posąg św. Pawła z mieczem , fasada ozdobiona złotą mozaiką, fragmenty drzwi wejściowych

wnętrze Bazyliki św. Pawła za Murami  

Grób św. Pawła w Bazylice  

Bazylika św. Pawła za Murami
My podążamy w kierunku największej atrakcji, którą skrywa ten zakątek, a mianowicie na dziedziniec przyległego do kościoła opactwa, z najpiękniejszymi chyba krużgankami jakie widziałam do tej pory w swoim życiu. Krużganki to dzieło kamieniarzy Szkoły Kosmatich  z XIII w., z niezwykłymi, delikatnymi kolumienkami, zdobionymi kolorowa mozaiką. Kolumny są w wielu miejscach poskręcane, co dodaje im jeszcze więcej filigranowości.
Tu spędzamy chwilę, zwłaszcza że w miejscu tym, osłoniętym od wiatru jest całkiem ciepło. Tu też układamy się przy fontannie do zbiorowego zdjęcia. 
Dziedziniec klasztorny otoczony krużgankami z XIII w., dzieło kamieniarzy szkoły Cosmatich (arte cosmatesca).

arte cosmatesca w niezwykle wyrafinowanej formie delikatnych kolumn

ukladamy się do zbiorowego zdjęcia na dziedzińcu klasztornym
subtelne krużganki kontra majestatyczna kolumnada bazyliki
Z żalem opuszczamy ten cudowny Przybytek, coś jednak podpowiada, że należy koniecznie udać się w poszukiwaniu miejsca ze strawą. Zatrzymujemy się w barze z pizzą i innymi włoskimi specjałami, zjadanymi na szybko i obowiązkowo w pozycji na stojąco, doświadczając typowo włoskiego klimatu w porze lunchu. Jest tu niezwykle gwarno, na pierwszy rzut oka nie wiadomo o co chodzi i jaka kolejność obowiązuje w oczekiwaniu na zamówienie. Okazuje się, że system numerków pobieranych przy wejściu jest we Włoszech coraz bardziej powszechny i spotkamy się z nim jeszcze nie raz, nawet w oczekiwaniu do stoiska z wędlinami w supermarkecie.
W zdecydowanie dobrych nastrojach kierujemy się do stacji kolejki podmiejskiej, skąd odjeżdżamy do Ostii, miejsca które odkryje przed nami
Kinga w kolejnej konkursowej odsłonie.
To niezwykłe, bo zaledwie 30 km od wielkiej metropolii można znaleźć się w innym, równie imponującym miejscu. To tu Rzymianie spędzają wolny czas, wolne popołudnia, weekendy. Nas jednak Ostia interesuje przede wszystkim za sprawą starożytnych ruin, pozostałości po wzniesionym
około 620 r. p.n.e. u ujścia Tybru do morza Tyreńskiego  mieście portowym.
Trudno w szczegółach rozpisywać się na temat atrakcji jakie mijamy. Zwiedzamy domy mieszkalne, 
termy Neptuna, kompleks łaźni "cesarskich", portyki, forum czy bazylikę, nie mówiąc o amfiteatrze z 12 w. p.n.e. gdzie tańczymy sevillanas. Mijając niewielkie muzeum oglądamy fragmenty sarkofagów,  malowideł. 
Ostia - lekcja prowadzona przez Kingę

amfiteatr w Ostii...


najlepiej tańczy się na ... scenie ;-)
w drodze do stacji 
Niestety nie uwzględniłyśmy, że poza sezonem starożytna Ostia odpoczywa i jest zamykana już o 17. Popędzane więc głośnymi świstami gwizdków strażników z żalem opuszczamy to miejsce.
A przed nami kolejna atrakcja, bez której pobyt we Włoszech można uznać za niekompletny ;-)
Jedziemy na odległą o zaledwie 3 km plażę, gdzie spędzamy miło czas w blasku romantycznie zachodzącego słońca. Tu znów (jak rok wcześniej) robimy małą sesję zdjęciową z "teletubisiowym" wątkiem w roli głównej.
Mimo zimna nie odpuszczamy i udajemy się również na włoskie lody.
morze ;-)))
kawa i lody nad morzem ;-)
Jeszcze tylko drobne zakupy i wracamy na domową kolację do naszego mieszkanka w Rzymie, mieszkanka które na godzinę zmieni się w Krainę Czarów z Alicją w roli głównej ;-)



foto: moje i Małgosi Matyjaszczyk (dziękuję)


niedziela, 29 marca 2015

Rzymskie wakacje - dzień drugi

Budzi nas zimny, deszczowy poranek. Jest tak nieprzyjemnie, że te pierwsze godziny dnia planujemy spędzić nieco leniwie w naszym mieszkanku, oczekując na drobną choć poprawę pogody. Czas umilamy między innymi grą w scrabble, degustując zakupione jeszcze wczoraj wino i limoncello.
Około 13 intensywność deszczu spada na tyle, że mamy odwagę na opuszczenie domu.
W planie zwiedzanie Bazyliki św. Piotra i spacer po drugiej stronie Tybru. Tego dnia swoje pięć minut w ramach konkursu rozpoczyna Małgosia i Ela.
Po dotarciu na Plac św. Piotra poraża mnie jego skala. Niezwykłe wrażenie pozostawiają symetrycznie ustawione kolumnady, których zwieńczeniem jest budynek Bazyliki.
Aż trudno uwierzyć, że cały ten kompleks powstał w ponad sto lat, w miejscu tysiącletniej bazyliki Konstantyna Wielkiego, a jej autorami byli Bramante, Michał Anioł, Maderno i Bernini.
Plac ma kształt elipsy a zaprojektowane przez Berniniego kolumnady pozwalają skrócić perspektywę i optycznie przybliżyć fasadę kościoła. Na środku Placu został umieszczony obelisk egipski, znaleziony w cyrku Nerona, na jego szczycie umieszczono krzyż. Z jego dwóch stron tryskają fontanny, zaprojektowane przez Berniniego i Maderno (niestety za naszej bytności nieczynne).

  
Plac św. Piotra z imponującymi kolumnadami
W oczekiwaniu na wejście do Bazyliki, stojąc w dość długiej kolejce, nie tracimy czasu wsłuchując się w szczegóły dotyczące jej budowy, które przedstawia nam Małgosia.
w oczekiwaniu na wejście do wnętrza Bazyliki św. Piotra
Jak się okazuje Plac jest tylko przedsmakiem wrażeń jakie czekają w samej Bazylice. Jej wnętrze kryje wszystko to co składa się na historię chrześcijaństwa, historię sztuki.
Trudno rozpisywać się nad wszystkim tym co widzi oko wewnątrz tej boskiej świątyni. Jej ogrom, rozmach, przepyszny wystrój nie pozwala się skupić w tak krótkim czasie na detalach, dla których należałoby znaleźć przynajmniej cały dzień. Znów mam okazję zachwycać się pięknymi posadzkami. Warto też jednak podnieść głowę i podziwiać niezwykłe malowidła, freski.
Niewątpliwie na uwagę zasługuje wspaniały Tron św. Piotra, podtrzymywany przez czterech Doktorów Kościoła, oświetlony bursztynowym blaskiem z okna, otoczonego złoconymi rzeźbami aniołów. To okno z dalszej perspektywy daje wyobrażenie czuwającego oka.
Należy również wspomnieć o przepięknym Baldachimie, wzniesionym nad głównym ołtarzem i wykonanym przez Berniniego. Baldachim ten wspiera się na czterech gigantycznych, skręconych kolumnach wykonanych z brązu – wszystko to pod majestatyczną kopułą Bazyliki, zaprojektowaną przez Michała Anioła.
Warto zobaczyć również Pietę tego artysty oraz znajdujący się tuż obok ołtarz z grobem św. Jana Pawła II.
Na koniec kierujemy się jeszcze do krypt papieskich – nieprawdopodobnie dostojnego miejsca.
wnętrze Bazyliki i znów piękne posadzki, przepych i rozmach,
w środku po lewej fragment Baldachimu nad grobem św. Piotra, - dzieło Berniniego
wnętrze Bazyliki, grób św. Jana Pawła II, fragment ołtarza z Tronem św. Piotra, Pieta Michała Anioła,
na dole wejście do krypt papieskich
Bazylika św. Piotra
Z Bazyliki głodne i nieco już zmęczone idziemy wzdłuż ulicy Conciliacione, głównie w poszukiwaniu miejsca gdzie mogłybyśmy coś zjeść. Po drodze mijamy dwie urocze, przyścienne fontanny. Niejako zdesperowane zaglądamy do znajdującego się na końcu ulicy baru, gdzie udaje nam się zjeść bardzo smaczny obiad.

przejście ulicą Conciliacione z uroczymi przyściennymi fonatannami, obiad ;-)
W dużo lepszych nastrojach, mimo że zimno potwornie, zmierzamy w stronę Zamku św. Anioła, spod którego skręcamy na most pod tą samą nazwą. Widok jaki się stąd roztacza – bezcenny.

Co ciekawe most zupełnie przypomina mi praski Most Karola, choć tu konstrukcję wieńczą figury św. Piotra i Pawła oraz wykonane nieco później przez Berniniego posągi dziesięciu aniołów z atrybutami Męki Pańskiej. Sam most powstał w II w. n.e. za panowania cesarza Hadriana i był świadkiem makabrycznych wydarzeń w tym śmierci około 200 pielgrzymów stratowanych lub zrzuconych do rzeki przez napierający tłum pielgrzymów zmierzających do pobliskiej Bazyliki św. Piotra, czy miejscem wystawiania na widok publiczny ciał osób skazanych na śmierć.
na moście św. Anioła
Po drugiej stronie Tybru spacerujemy niespiesznie, zagłębiając się w wąskie uliczki. Tu w jednym ze sklepików kupuję kolejną starą mapę do kolekcji. Powoli zapada zmrok, robi się nieco przytulniej. W tej części Rzymu jest bardzo dużo małych sklepików, warsztatów, miejsc reprezentowanych przez różne fachy rzemieślnicze. Mijamy więc jak nie sklep z instrumentami muzycznymi, to znów jakąś pracownię z sukniami ślubnymi, maleńkie salony komatyczne, galerie.
po drugiej stronie Tybru

spacerem w stronę Piaza Farnese

obowiązkowa kawa
I włócząc się tak, z małymi przerwami na kawę, docieramy do Placu Nawona aby stamtąd podejść do Bazyliki Sant'Agostino z Madonną Loretańską Caravaggia. Obraz to niezwykły, zwłaszcza jeżeli weźmie się pod uwagę okoliczności powstawania tego dzieła. Do postaci Marii artyście pozowała Lena - kobieta lekkich obyczajów, która wywołała kłótnię między Caravaggiem i innym jej kochankiem. Na skutek tego mistrz został zmuszony do przerwania prac nad obrazem i opuszczenia Rzymu. Nie był to jednak koniec skandali, malarzowi zarzucano niestosowność, wytykano brudne nogi pątników i postrzępiony czepek kobiety, raziło akcentowanie pobożności ludzi prostych i ubogich.  

Kolejnego dzieła Caravaggia w innym nieodległym kościele nie udało nam się już zobaczyć. Wróciłyśmy więc z powrotem na Plac Nawona – jedno z ciekawszych miejsc w Rzymie. Plac przypomina rzymski cyrk i został zaprojektowany na miejscu antycznego stadionu Domicjana. Ciekawostką jest, że wzdłuż podłużnej osi tego placu umieszczono aż trzy fontanny, spośród których najbardziej znaną jest środkowa – Fontanna Czterech Rzek, zaprojektowana przez Berniniego. Ponoć sprawujący ówcześnie władzę papież Innocenty X nie jemu chciał powierzyć ozdobienie placu ale ostatecznie przedstawiony przez mistrza projekt został natychmiast zaakceptowany. Jak sama nazwa wskazuje fontanna przedstawia cztery rzeki świata: Nil, Ganges, Dunaj i Rio della Plata. Mają one symbolizować cztery kontynenty, nad którymi rozciąga się władza papieska. Sam plac powstał w okresie działalności dwóch wybitnych osobowości Berniniego i Borrominiego, którzy pozostawili w Rzymie ślad niezatartego geniuszu.  

Na wprost Fontanny Czterech Rzek wznosi się zaprojektowany właśnie przez wspomnianego Borrominiego kościół św. Agnieszki z charakterystyczną wklęsłą fasadą.

Plac Nawona z zapierającą dech fontanną Czterech Rzek, po prawej  Madonna Loretańska Caravaggia w Bazylice Sant'Agostino 

było sacrum jest i profanum ;-)
Oczarowane tym pięknym miejscem kierujemy się w stronę kolejnej perełki Rzymu -Panteonu, stojącego przy placu Piazza della Rotonda. Jest to najlepiej zachowana budowla z czasów starożytnych, powstała w 27 r. p.n.e. na polecenie Marka Agryppy. Nie miałyśmy okazji wejść do środka, ale ponoć wnętrze imponuje swym ogromem, a na szczególną uwagę zasługuje kopuła z otworem o średnicy około 9 m, jedynym, przez który wpada światło do wnętrza budynku. Nie wykluczone, że Panteon zachował swą świetność dzięki stworzeniu w nim w 609 r. świątyni chrześcijańskiej.  

Przed jego frontonem zachwyca fontanna powstała w XVI w.

Panteon z fontanną - kolejna wizytówka Rzymu przy Piazza della Rotonda
Niestety pod Panteonem przytrafia się nam (właściwie Małgosi) przykra niespodzianka. Ginie telefon komórkowy, którego szukamy jak szalone, uruchamiając wszelkie możliwe kontakty - nawet te w Polsce ;-). W drodze na posterunek Carabinieri postanawiamy jednak zajrzeć do kawiarenki, w której jeszcze kilka godzin wcześniej piłyśmy kawę. Ku naszej nieopisanej wręcz radości okazuje się, że telefon zaginął właśnie tam, wypadając z kieszeni płaszcza, zakładanego podczas wyjścia. Uskrzydlone zostajemy świętując (można tak powiedzieć) ten cud ;-) 
Wieczór oczywiście kontynuujemy w domowym zaciszu. 

foto: moje i Małgosi Matyjaszczyk (dziękuję)

Rzymskie wakacje - dzień pierwszy

Do "wiecznego" miasta, które w trakcie naszej wyprawy zyskało nieco zmodyfikowaną nazwę "wietrzne" miasto nie ciągnęło mnie nigdy... nie ciągnęło dopóki nie sięgnęłam po raz pierwszy do lektury książki „Jedz, módl się, kochaj”. Rzym w niej opisany jest niewiarygodnie smaczny, witalny - jest kwintesencją życia. Nieśmiało więc zaczęłam snuć pewne plany, które stały się bardziej realne w naszych rozmowach.
Tym razem do naszej babskiej drużyny dołączyła Anita, Kasia i Luna. Pojechałyśmy więc do Rzymu ośmioosobową ekipą. Dzięki niezwykłej zaradności Kingi udało się dopiąć wszystkie szczegóły związane z zakupem biletów i wynajęciem mieszkania. Nad programem artystyczno-logistycznym całego tego przedsięwzięcia czuwała jak zwykle Małgosia.

Z Krakowa wylatujemy z ponad półgodzinnym opóźnieniem, w Rzymie wita nas słońce i dość porywisty wiatr – póki co jeszcze dość ciepły.

Do naszego wynajętego mieszkanka docieramy po lekkich zawirowaniach, kupując po drodze bilety, umożliwiające nam przez cały okres pobytu swobodne przemieszczanie się środkami miejskiego transportu.
W domu witamy się z Małgosią i nie tracąc czasu gotujemy szybki obiad (oczywiście upraszczam - Małgosia gotuje :-)). Na stole ląduje misa wspaniałego makaronu z sosem pomidorowo-mięsnym, parmezanem i listkami bazylii, o czerwonym winie już nie wspomnę ;-)
Zanim wychodzimy na pierwszy podbój miasta, dokonujemy jeszcze drobnych operacji finansowych, związanych z uzupełnieniem wspólnego budżetu.
miłe pierwszego dnia w Rzymie początki...
przygotowane przez Małgosię spaghetti, doskonałe czerwone wino, prezenty i pierwsze rozliczenia z naszą Księgową ;-)
Niestety z trudem oswajamy się z prognozą pogody, zwiastującą nieuchronnie deszcz i zimny wiatr, niebo za oknem utwierdza nas w tym przekonaniu. Wyposażone więc w parasole, peleryny, ciepło ubrane, w mimo wszystko doskonałych nastrojach wyjeżdżamy na pierwsze zwiedzanie.
Dopiero na miejscu dowiaduję się, że w ramach naszego zaplanowanego konkursu na najlepszą opowieść o wybranej przez siebie atrakcji turystycznej Rzymu przysługuje mi z racji ułożonego programu prawo pierwogłosu. Nie jest to dla mnie zbyt miła wiadomość, bo czasu na dobre przygotowanie się do tematu nie miałam zbyt wiele a i realia pogodowe nie sprzyjają zbytnio.
Tu wypadałoby zdradzić o czym w ogóle mowa...
Przed naszym wyjazdem postanowiłyśmy zorganizować konkurs, w którym nagrodą dla zwyciężczyni miała być zafundowana przez pozostałą część grupy kolacja, zaplanowana i z wyprzedzeniem zarezerwowana na dzień czwarty.
Tematem przewodnim mojej prezentacji stał się słynny starożytny medalion tzw. Usta Prawdy. Ponieważ o samej tej atrakcji trudno wiele mówić, uzupełniłam swój „wykład” o Bazylikę Santa Maria in Cosmedin oraz ogólne informacje na temat stylu tak wszechobecnego w Rzymie czyli
arte cosmatesca.
Szczerze mówiąc liczyłam też, że może uda się zorganizować interpretację scenki z Rzymskich wakacji, odgrywanej przez Audrey Hepburn i Gregory Pecka – nawet się do niej przygotowałam - ale niestety przed Ustami Prawdy stoi zawsze tłum zwiedzających i autentycznie nie jest łatwo zburzyć przyjęty już porządek. Pod medalion podchodzi się po prostu (czekając oczywiście uprzednio w kolejce), wkłada się dłoń do środka, zdjęcie i następny proszę... Tak to wygląda.
Za to bazylika, w której portyku umieszczone są Usta Prawdy to czysta kwintesencja eleganckiej prostoty, a posadzki Cosmatich, reprezentujące styl, o którym już wspominałam - po prostu boskie. Nie mogłam się oprzeć i w pozycji parterowej studiowałam ich fakturę, pamiętając że ktoś układał je niemalże dziesięć wieków temu.
I tak oto stały się posadzki tematem można powiedzieć przewodnim podczas zwiedzania kościołów w kolejne dni.
Myślę sobie nawet, że dysponując skromną kolekcją zdjęć o tej tematyce stworzę odrębny album, poświęcony tylko i wyłącznie podłogom rzymskich kościołów.
Oczywiście w Bazylice Santa Maria in Cosmedin oprócz posadzkowych atrakcji są również inne, jak choćby
miejsce gdzie zbierano się na naukę śpiewu kościelnego czyli tzw. Schola Cantorum,  ozdobiona różnokolorową mozaiką typu Kosmatów, Baldachim,  przechowywana w jednym z bocznych ołtarzy kościoła relikwia - czaszka św. Walentego, znajdujące się w podziemiach kolumny i bloki granitu ze starej świątyni Cerery,  chrzcielnica przerobiona z antycznego sarkofagu.  

Usta Prawdy - starożytny wykrywacz kłamstw ;-)
 Bazylika Santa Maria in Cosmedin z niezwykłymi posadzkami w stylu arte cosmatesca
Wychodząc z Kościoła zderzamy się z zupełnie "niewłoską" aurą. Pada coraz bardziej i wyraźnie się ochładza. My zaś kierujemy się na nieodległe Wzgórze Awentyńskie.
Tam absolutnie największą atrakcją wydaje się być Gaj Pomarańczowy, który już próbuję sobie wyobrazić w słoneczne, ciepłe popołudnie. My jednak najpierw idziemy pod klasztor Kawalerów Maltańskich z najsłynniejszą w Rzymie
dziurką od klucza - buco di Roma  (dosł. rzymska dziurka), przez którą podgląda się kopułę Bazyliki św. Piotra. Przy odpowiednich ustawieniach aparatu można zrobić ciekawe ujęcie.
Wzgórze Awentyńskie z Gajem Pomoarańczowym i najsłynniejszą dziurką od klucza, przez którą wzrok pada na wprost kopułę Bazyliki św. Piotra
i lekcja picia wody  ;-)
Kolejną atrakcją na Wzgórzu, absolutnie obowiązkową do zobaczenia, jest Bazylika św. Sabiny, będąca następnym przykładem stylu arte cosmatesca. Mamy niezwykłą okazję podziwiać cudownie pusty kościół, rzędy korynckich kolumn, po których ślizga się światło wpadające przez okna nawy głównej oraz małe boczne rozglifione okienka, posadzki ułożone w niezwykłe geometryczne wzory. Jest monumentalnie i niezwykle cicho.
To tu na posadzce leżał nocami św. Dominik i płakał, tu również w habit został obleczony św. Jacek, tu też przez trzy lata pracował św. Tomasz z Akwinu.
Ciekawy artykuł na temat historii związanej z tym miejscem znalazłam pod linkiem http://gosc.pl/doc/767162.Pomarancze-i-plac-z-Dominika
Bazylika św. Sabiny na Wzgórzu Awentyńskim
Z kościoła kierujemy się prosto do wspomnianego już Gaju Pomarańczowego. W deszczu podziwiamy z tarasu widokowego wspaniałą panoramę Rzymu, chełpiącego się swoją historią.
Powoli zapada zmierzch i pomimo fatalnej aury dostrzegam cudowny klimat miasta.
Zapierający dech widok na Rzym z Gaju Pomarańczowego
Nieco zmarznięte decydujemy się na powrót do naszego mieszkanka. Po drodze zaglądamy jeszcze do kawiarni na obowiązkową kawę i aperol. Robimy też zakupy z myślą o kolacji. I jak rok wcześniej na stole pojawiają się różne gatunki serów, szynka, mortadela, oliwki, karczochy oraz różnego rodzaju chrupiące przekąski. Leje się wino, leje się limoncello.
Cudownie...
kawa i aperol w pobliskiej kawiarence i doskonała kolacja w domowej atmosferze
foto: moje i Małgosi Matyjaszczyk (dziękuję)

wtorek, 24 marca 2015

En Malaga los serenos...

Znów zatańczyłyśmy w ramach semstralnego koncertu. Tym razem powtórki z tak lubianego przeze mnie fandango oraz sevillanas z mantonem /Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, 28 lutego 2015 r./
próbna buleria z mantonikiem
zdj. BZ


sevilanas z mantonem w grupie z Renią, Anią, Ewka i Luną
zdj. mąż mój
ależ przyjemna dynamika ;-)
zdj. BZ

fandango z Renią, Anią, Lilką i Agą
zdj. mąż mój

Bystrzyca Kłodzka - miasteczko nieco zwietrzałe ale warte turystycznego zachodu

Z feriowego odpoczynku nieco nadszarpniętego przez rodzinne zawirowania zdrowotne ocaliłam zaledwie wyjazd do Bystrzycy Kłodzkiej a i tak wszystko odbyło się inaczej niż planowałam. Wpasowaliśmy to w powrót do Krakowa, zrobił się więc z tego rodzinny spacer po mieście zamiast samotnego wałęsania się z aparatem tam gdzie chcę… i kiedy chcę. Było jednak bardzo miło.
Bystrzyca zasiała już jakiś czas temu ziarenko turystycznej tęsknoty. Zza samochodowej szyby zawsze urzekała swoim niezwykłym położeniem, czerwienią spadzistych dachów, układających się piętrami w poprzek stoku. Marzyłam aby wysiąść choć na chwilę i poczuć tę senną atmosferę popadającego w ruinę miasteczka. W końcu nadarzyła się okazja.
Wszystkie moje oczekiwania jakie narastały przez lata okazały się zbieżne z tym co zobaczyłam w rzeczywistości. Miasto jest zapomniane a z każdego niemalże zakątka wyziera biedota odartych z tynku kamieniczek, stare szyldy z trudem ocalałych rzemieślniczych fachów, unoszący się zapach rdzy i bezradnej starości…
Bystrzyca ratuje się pieniędzmi unijnymi, które mają podreperować jej zwietrzały wizerunek i wysiłek ten trzeba docenić. Odnowione mury, baszty z których rozpościera się urzekający widok na dachy i wąskie uliczki… Całość tych wyremontowanych zabytków łączy miejska trasa turystyczna. 
Byłam zachwycona, starając się uchwycić co niektóre miejsca okiem obiektywu. Od czasu do czasu zaglądałam do ziejących pustką klatek schodowych z nadzieją, że może ujrzę podobną do tej, w której zakochałam się parę lat temu będąc w Gryfowie Śląskim. Niestety nie znalazłam takiej ani żadnej innej, równie zapadającej w pamięć... być może dlatego, że nie byłam sama, że nie miałam tej swobody jaką lubię mieć podczas zwiedzania takich właśnie miejsc.
Natknęłam się także na sklepik ze starymi bibelotami, skąd wyniosłam archaiczny, drewniany, niemiecki młynek do kawy. Piękny! I za jedyne 30 zł ;-)
I jeszcze panorama miasta znad brzegu Bystrzycy Kłodzkiej tak bardzo przypominająca mi widoki włoskich średniowiecznym miasteczek. Zabieram ten widok ze sobą, chowając do „ulubionych”.


panorama miasta z mostu przy drodze do Boboszowa/Stronia Śląskiego, u góry po lewej fragment Rynku, w środkowym rzędzie po prawej wieża kościła św. Michała Archanioła

św Nepomucen na mostku przy Palcu Szpitalnym, kościół św. Michała Archanioła, Brama Wodna

 raz jeszcze św Nepomucen, Baszta Rycerska 

widok z Baszty Kłodzkiej

widok z Bramy Wodnej

 kościół św. Michała Archanioła oraz zakątki w jego okolicy

Wracam wciąż na Islandię i Islandią odpoczywam

To już moje czwarte autorskie spotkanie z cyklu "Z plecakiem i aparatem fotograficznym". Znów było wyjątkowo a tym razem towarzyszył mi Eric Lutley, mieszkający niegdyś w Islandii a obecnie żyjący pod Krakowem. W swoim uroczym islandzkim swetrze zaśpiewał dla publiczności dwie piosenki (oczywiście w tym magicznym północnym języku), po czym z niezwykłą lekkością przeprowadził krótką lekcję islandzkiego. 
Lubię te prezentacje, w cudowny sposób odżywają kolorowe obrazy, zapachy, emocje. Tym razem też tak było ;-) 

Śródmiejski Ośrodek Kultury w Krakowie, 3 lutego 2015r.


Eric ze swoją gitarą i nieodłącznym urokiem osobistym - właściwie nie wiem, czy nie powinno być na odwrót ;-)
zdj. Mąż mój


Karnawał 2015


W ramach prawdziwego balu karnawałowego, przebrana za... ;-))) tancerkę flamenco dałam nieco prywatny, solowy "pokaz" (sevllanas z mantonem, fandango).
Szarów, styczeń 2015

sesja fotograficzna w pokoju a zdjęcie Majka robiła ;-)
sevillanas z mantonem
zdj. Ela i Macin