Baraniec

Baraniec

sobota, 22 października 2011

Zimowo w rejonie Doliny Jałowieckiej c.d.

Po naszej ostatniej wyprawie w Tatry, snuliśmy już kolejne plany na godne zamknięcie sezonu. Miały być Rysy od słowackiej strony i pewnie tak by się stało, gdyby nie nagły atak zimy w górach. W najwyższych partiach spadło w ciągu paru dni kilkadziesiąt cm śniegu, co skutecznie ograniczyło możliwość wyjścia w wysokie partie. Obserwowaliśmy do samego końca prognozy, które nieubłaganie wskazywały na temperatury poniżej zera, co już w ogóle nie dawało szans na szalone eskapady. Zastanawialiśmy się nawet czy nie zrezygnować z alternatywnych Tatr Zachodnich na rzecz Doliny Gąsienicowej ale ostatecznie decyzja zapadła – jedziemy do Jalovca, skąd robimy pętlę z Siwym Wierchem w roli głównej. Jeszcze w piątek wieczorem, jadąc do naszych przyjaciół do Cianowic nie wierzymy, że następnego dnia według prognoz ma być słoneczna aura. Niebo zasnute jest grubą warstwą niskich chmur i momentami nawet pokapuje ;-(. O dziwo około 22 się wypogadza i poranek, czyli piąta z minutami, wita nas absolutną przejrzystością powietrza i wspaniałym widokiem na usiane gwiazdami niebo. Wyjeżdżamy z małym opóźnieniem, co przy uwzględnieniu długiej, 3-godzinnej podróży nie daje szans na wczesne wyjście na szlak. 
Już w okolicy Rabki mamy ogląd sytuacji, podziwiając panoramę Tatr w pełnej krasie. Niesamowity widok oferuje nam Babia Góra, której szczyt skąpany w porannym słońcu wygląda jak stożek wulkaniczny. Jednakże temperatura na zewnątrz (całe -6 stopni) skutecznie zniechęca do wyjścia choćby na chwilę z zagrzanego samochodu. Nie ma więc fotopamiątki z tego przecudnego zjawiska – a szkoda.
Na miejsce, czyli do Jalovca docieramy dopiero przed 9 i od razu z Wapiennego Bobrownika ruszamy na szlak. Pogoda przepiękna, widoki gwarantowane. 
Krótka przerwa w miejscu połączenia szlaków zielonego z niebieskim (około 30 min. od początku szlaku)
pierwszy punkt widokowy na południową stronę (Niżnie Tatry)
pierwszy punkt widokowy na południową stronę (Niżnie Tatry) - jak na Sokolicy w Pieninach ;-)

Podążamy niebieskim szlakiem od razu stromo wspinając się do góry. Po około półgodzinnym marszu dochodzimy do miejsca, skąd otwiera się przepiękny widok na południową stronę z Niżnymi Tatrami. Gdzieniegdzie sterczą wapienne skałki a krajobraz do złudzenia przypomina Pieniny. Zatrzymujemy się chwilę w miejscu widokowym i podziwiamy urokliwy Liptów. 
na szlaku 
rozwidlenie szlaków  - my idziemy w górę na Babki

Nieco dalej na rozstaju przy wiacie podejmujemy ostateczną decyzję co do dalszej wycieczki. Uwzględniając fantastyczną pogodę wybieramy wariant przez Babki. Alternatywnie krótszy szlak omija ten szczyt i przez Polanę Czerwieniec dochodzi do grani na Przełęczy Przedwrocie. My z góry zakładamy, że idąc na Siwy Wierch schodzić będziemy przez Przełęcz Palenica i Doliny Bobrowiecką oraz Jałowiecką. 
wejście na polanę pod Babkami 
wejście na polanę pod Babkami 
pierwsza panorama na Tatry Zachodnie (od lewej Pachoł i Banówka)
Z wspomnianego rozstaju czeka nas mozolna wspinaczka do góry. Szybko dochodzimy jednak do ogromnej polany, skąd wyłaniają się ośnieżone wierzchołki Salatynu, Pachoła i Banówki. Idziemy dalej stromo do góry, omijając ścieżkę, która pod wpływem słońca staje się błotnistą breją i nietrudno o poślizg. To mozolne podejście rekompensują wspaniałe widoki i wszechogarniająca przestrzeń. Biel ośnieżonych wierzchołków wspaniale kontrastuje z soczystym błękitem nieba. Na szczyt Babek (1556m n.p.m.) docieramy dość szybko. Panorama zapiera dech. Dech zapiera również lodowaty wiatr, który szybko nas wychładza. Nie zabawiamy więc na szczycie długo. Po kilku łykach gorącej herbaty idziemy dalej. 
Babka na Babkach ;-)
familijnie na Babkach ;-)

Zapowiedź dalszej wędrówki jest smakowita. Widać już Ostrą. Szlak trawersujący grań jest bardzo przyjemny, cichnie też wiatr, który tak skutecznie wygonił nas z Babek. Omijając szczyt Kopy wchodzimy powoli w strefę śniegu. I tak w wyśmienitych nastrojach docieramy na Przełęcz Przedwrocie. 
na szlaku z Babek (w tle po lewej najwyższy szczyt - Ostra, po prawej ośnieżona grań Salatyna)
Babki z drugiej strony szlaku
Tatry Zachodnie ze szlaku
jeszcze raz widok na Babki
Przetrawersowana Kopa 

Znany nam już od kilkudziesięciu minut widok na zdobyte w zeszłym roku szczyty, wzbogaca nieśmiało wyłaniający się wierzchołek Barańca, który zaliczyliśmy niecałe dwa miesiące temu. Patrząc na zachód podziwiamy piękne widoki na Małą i Wielką Fatrę. Szczyt Ostrej wydaje się taki bliski a zza niego wyłania się cel naszej wyprawy - Siwy Wierch.    
Piotruś na Przełęczy Przedwrocie 
My na Przełęczy Przedwrocie 
Widok z Przełęczy Przedwrocie na Fatrę

Idziemy więc dalej. Jesteśmy w piętrze kosówki, którą bajkowo wręcz pokrywa zmrożony śnieg. Szlak biegnie lekkimi zakosami w górę i nie wiedzieć kiedy jesteśmy na Ostrej (1764 m.n.p.m). 
W drodze na Ostrą
;-)
Stąd schodzimy w dół i trawersujemy Małą Ostrą. Szlak w tym miejscu jest niezwykły i momentami przypomina klimaty z filmu Władca Pierścieni. Przed nami ostatnie podejście - na Siwy Wierch, stąd widzimy alternatywne podejście od strony Zuberca. Szlak ten bardzo różni się od naszego. Spory fragment wejściowy to spacer po skalnym lesie, wśród wielu ciekawych form. Czyżby pomysł na przyszłe lato? Niewykluczone. 
Przed Ostrą z ośnieżoną Wielką Kopą w tle 
Przed Ostrą, po lewej Siwy Wierch
urzekający trawers Małej Ostrej
Widok na Małą Ostrą i Ostrą spod Siwego Wierchu
W drodze na Siwy Wierch
Pod  Siwym Wierchem

Siwy Wiech (1805m n.p.m.) zdobywamy wbrew pozorom szybciej niż nam się wydaje. Podejście jest jednak dość strome i mozolne. Trzeba też uważać aby nie stracić równowagi na coraz grubszej pokrywie śniegu. Na szczycie robimy krótki postój i z lekkim niepokojem patrzymy na zegarek. Dochodzi 14 a przed nami jeszcze dojście na przełęcz i zejście w dół. Po raz pierwszy spotykam się z sytuacją, kiedy czasy podane na tabliczkach są tak mocno „wyśrubowane”. Zejście do Przełęczy Palenica ma planowo zająć 30 minut. Uważam, że nawet przy suchym podłożu jest to niemożliwe. Niezależnie od warunków jest stromo i trzeba bardzo uważać. Poza tym schodzimy w ekspozycji północnej więc i śnieg jest bardziej zmrożony i jest go więcej. Na nieco łagodniejszych fragmentach można nieco przyspieszyć, stosując klasyczny zjazd na butach lub po prostu na „czterech literach”. Są i fragmenty opatrzone łańcuchem. Błogosławimy więc grube rękawiczki, dzięki którym bezpiecznie i nie odmrażając rąk schodzimy w dół.
Jesteśmy na szczycie - Siwy Wierch
Jesteśmy na szczycie - Siwy Wierch
Na szczycie - Siwy Wierch

Po drodze mijamy kosówki, które wiatr, mróz i śnieg ubrał w niezwykłe formy. A przełęcz niby zbliża się a my idziemy, idziemy, idziemy... 
Na Palenicy meldujemy się punkt 15 - a zatem nie 30 minut zajmuje zejście ze szczytu a przynajmniej dwa razy więcej. Kolejne tablice informują nas, że dojście do samochodu zajmie nam jeszcze przynajmniej 3 godziny. Zastanawiamy się czy przy takiej ocenie czasów na szlaku rzeczywiście jesteśmy w stanie dojść przed zmrokiem. Przez głowę przechodzi myśl, że może lepiej było wrócić tą samą drogą do Przedwrocia i stamtąd zejść przez Polanę Czerwieniec. No ale trudno – przed nami 3 godziny zejścia dwoma dolinami. 
Górny fragment Doliny Bobrowieckiej jest dość szeroki i niezbyt męczący. Szczerze mówiąc już snułam obawy o zejście, podobne do tego z przedostatniej wycieczki, kiedy przez ponad godzinę walczyliśmy z mega stromizmami Doliny Jamnickiej. Tu na szczęście jest znacznie lepiej, powoli czuje się jednak znużenie, zwłaszcza w momencie kiedy osiągamy piętro lasu i robi się lekko ponuro. Dodać należy, że od przełęczy jesteśmy pionierami i przecieramy szlak, w pewnym momencie nawet go gubimy ;-))
Dolina nieco niżej jest dość głęboko wcięta, żegnamy się więc z przestrzeniami, jakich doświadczaliśmy na grani. 
Górne piętro Doliny Bobrowieckiej

Ponad półtorej godziny zajmuje dojście do rozwidlenia szlaków, gdzie Dolina Bobrowiecka łączy się z Doliną Głęboką w ciasną Dolinę Jałowiecką. Krótki odpoczynek i dalsze zejście. Po drodze mijamy fragmenty grzbietów mocno zniszczone przez lawiny. Końcowy odcinek pokonujemy z dobrym czasem, docierając do samochodu wraz ze zmierzchem. Podziwiamy jeszcze skąpane w czerwieniach zachodzącego słońca Niżnie Tatry.
Lawinisko spod Siwego Wierchu
Jeden z nielicznych jesiennych akcentów na szlaku 
I jeszcze Niżnie na Tatry w zachodzącym słońcu

Z parkingu wyjeżdżamy około 18.30.  
Piękny szlak... Już sobie wyobrażam krótszą jego wersję latem, kiedy na rozległych polanach pod Babkami można się wyłożyć na wygrzanej trawie i z Przełęczy Przedwrocie zejść na leżącą w dole, bardzo apetycznie wyglądającą z góry Polanę Czerwieniec. Ale to może kiedyś, kiedyś... Póki co w planach na przyszłe lato zaległa wycieczka na Rysy od słowackiej strony, Przełęcz Zawory, przejście przez Tatry Bielskie do Zielonego Stawu Kieżmarskiego czy powtórka Siwego Wierchu ale tym razem z Zuberca. No i obowiązkowo pozostałe fragmenty Orlej Perci. Co się z tego uda zrealizować? Zobaczymy...

środa, 19 października 2011

Zimowo w rejonie Doliny Jałowieckiej


Wspaniała wycieczka wieńcząca nasz sezon turystyczny w tym roku... choć nie wykluczone, że ostatnie słowo zapadnie za dwa tygodnie ;-)))
Ale o tym szerzej w najbliższy weekend, kiedy to znajdę czas na przygotowanie zdjęć i napisanie czegoś więcej...

niedziela, 18 września 2011

w hołdzie dla mistrza muzycznego minimalizmu

Dzięki uprzejmości naszych przyjaciół znów udało mi się w sposób zupełnie nieoczekiwany znaleźć na jednej z imprez, na których w Krakowie wypada i warto być. Po raz trzeci zatem miałam przyjemność uczestniczenia w koncercie w ramach Sacrum Profanum, organizowanym w Hali Ocynowni w Nowej Hucie. Po bajecznej, sielankowej wręcz atmosferze jaką stworzyli w zeszłym roku Mum, tym razem poddałam się zupełnie innej - bardziej industrialnej i co tu kryć zdecydowanie bardziej wymagającej.
Wielki finał tegorocznego Sacrum Profanum był hołdem złożonym dla Steve'a Reicha. Przyznam, że nie jestem znawczynią jego muzyki a już na pewno nie fanką. Nie przepadam za takim minimalizmem. A wspomniany koncert? ... cóż był dość trudny. Otworzył go utwór będący kompozycją, w której wykorzystano głos jednego z uczestników zamieszek w Harlemie w latach 60-tych. W kompozycji zastosowano przesunięcia fazowe, nadające inności kolejnym fragmentom wydawałoby się monotonnego utworu. Już to zadziwiło mnie lekko, bo na co dzień nie przywykłam do słuchania tego typu muzyki i znając siebie w domowych warunkach pewnie wyłączyłabym ją po dwóch minutach. Podczas koncertów takie utwory bronią się jednak, zwłaszcza gdy towarzyszy im klimat miejsca i doskonała gra światła. Kolejna kompozycja wprawiła mnie już w zdecydowanie lepszy nastrój. Była to interpretacja z polskim akcentem w wykonaniu didżeja Envee. Brzmiała głośno i nad wyraz melodyjnie.
No i kolejna polska odsłona - Leszek Możdżer. Śmiało mogę użyć stwierdzenia - rewelacja tego wieczoru. Jak się okazało naszemu pianiście nie wystarcza już jeden fortepian. W trwającym ponad dwadzieścia minut utworze zaprezentował improwizację Piano Phase. Utwór ten został ponoć skomponowany dla dwóch pianistów, a Możdżer podjął się karkołomnego wręcz wyzwania i zagrał go sam. To tak jakby jedna półkula mózgu zawiadywała palcami wystukującymi melodię na jednym fortepianie a druga robiła coś zupełnie innego na drugim. Patrząc na ekran nie dowierzałam co wyczyniają palce pianisty. Poruszały się niczym skrzydełka kolibra, wystukując w niewiarygodnym tempie nieregularne powtórzenia 12 dźwięków, w innych technikach fazowania. Całości aranażacji dopełniły typowe możdżerowskie wstawki, co uczyniło utwór jeszcze bardziej interesującym. Sam Reich na koniec koncertu nie mógł wyjść z podziwu i szczerze gratulował naszemu pianiście, powtarzając „Niewiarygodne. Leszek jesteś wielki”. Ponoć Możdżer przygotowywał się do tego utworu w sposób szczególny, nie tylko trenując przy fortepianie ale i w siłowni. Szczerze mówiąc patrząc na to co robił, wyobrażałam sobie potworny wysiłek nie tylko fizyczny ale przede wszystkim związany z ogromną koncentracją. Osobiście tego nie zauważyłam ale na zdjęciach dostrzegłam, że ręce Możdżera w tym czasie były podtrzymywanie przez specjalne podpórki.
Potem wystąpił Will Gregory, który z zespołem zagrał utwór na cztery organy elektryczne i marakasy. Ponieważ nie przepadam za organami więc i tym razem trudno mi było się przekonać do tej kompozycji. Po niej nastąpił jeszcze utwór na gitarę elektryczną i fortepian. Po raz kolejny mogłam zobaczyć co artysta muzyk potrafi wyczyniać ze swoim instrumentem (granie smyczkiem na strunach gitary czy uderzenia i szarpnięcia strun fortepianu). Podobało się.
No i finał pierwszej części, na scenę ponownie wkracza didżej Envee, który na swoim instrumentarium wprowadza widownię w trans. Muzyka brzmi niezwykle głośno, rytmicznie i dancowo, … pulsuje. W hali tuż obok słuchać wręcz regularne dźwięki jakie wytwarzają metalowe konstrukcje, wpadające w rezonans.
W drugiej części rządził Aphex Twin, który wprowadził nas w niezwykły elektroniczny klimat. W jednym z utworów, pulsująca muzyka kołysała wręcz i dzięki laserowym światłom, tworzącym skomplikowaną pajęczynę czułam się jakbym leżała na hamaku pod rozgwieżdżonym niebem. No i jak już się muzycznie rozsmakowałam nastąpił niespodziewany koniec koncertu. Na scenę wszedł bohater wieczoru Steve Reich, który podziękował wszystkim a w szczególności Możdżerowi za wspaniały wieczór.
Choć po wczorajszym koncercie nie byłam tak zachwycona jak po anielskim MUM to jednak muszę przyznać, że zaprezentowane aranżacje budziły respekt. A ponieważ współczesne koncerty to nie tylko siła muzyki ale też i uczta dla oka nie mogę przemilczeć wspaniałych efektów świetlnych, które stanowiły idealną ramę do prezentowanej muzyki. Dodać należy, że nie była to tylko gra kolorów ale kreacja przeciekawych przestrzennych form np. ogromnych piramid. Podczas jednego utworu - niestety już nie pamiętam którego, stworzono niewiarygodny wręcz pokaz światła, które jakby tworzyło wizualizację rozchodzących się fal dźwiękowych. Było co podziwiać patrząc na to zjawisko z góry.
Ten poniekąd industrialny klimat, jaki wytworzyli wykonawcy kojarzył mi się momentami z muzyczną oprawą filmu Koyaanisqatsi co w tłumaczeniu oznacza "życie szalone, życie w pędzie, życie, które trzeba zmienić".
Dziś jak ochłonęłam wspominam smaczki koncertu i delektuję się nimi. Dorzucam link z oficjalnej strony Sacrum Profanum i wspomnianego koncertu

niedziela, 11 września 2011

Polski Grzebień w Tatrach Słowackich


W mojej domowej biblioteczce stoi (leży) kilka książek, których czytanie nawet po raz dziesiąty tak samo fascynuje i wciąga... I chyba podobnie jest z kilkoma górskimi szczytami – szczególnie w Tatrach. Mogłabym zdobywając je ryć nosem na szlaku ale po prostu robiłabym to bez poczucia straty czasu czy bezsensu. Tak jest między innymi z Furkockim Szczytem, Doliną Pięciu Stawów Spiskich, Doliną Gąsienicową czy Małą Wysoką. Widoki jakie oferują są absolutnie boskie oczywiście pod warunkiem udanej pogody. Tak więc i tym razem chcieliśmy skorzystać z rozkoszy jakie daje natura i wyjść bez większego wysiłku na Małą Wysoką, z której gdzie nie spojrzeć tam pieści się swoje oczy. Jak nie monumentalne ściany Gerlachu, to stojące po przeciwnej stronie masywy Łomnicy czy Kieżmarskiego no i polskie Tatry Wysokie - z Rysami, całą Orlą Percią, nie mówiąc oczywiście o dalszych planach. I tak miało być, szybkie wejście na Polski Grzebień i w niespełna 45 minut wejście na Małą Wysoką.
Wszystko jednak potoczyło się inaczej. Zacznę od tego, że po raz pierwszy od ponad 20 lat haniebnie zaspaliśmy. I gdyby nie fakt, że wyjazd zaplanowany był z naszymi przyjaciółmi, pewnie obudzilibyśmy się około godziny ósmej i… nici z wyjazdu. W ekspresowym tempie udało nam się jednak pozbierać i ostatecznie wyjechaliśmy z około 25-minutowym opóźnieniem. Ze względu na prognozowane na godzinę 13 rozpogodzenia, dzień wcześniej celowo przesunęliśmy godzinę wyjazdu na 6.00 aby na szczyt wejść trochę później.
5-cio osobową ekipą zameldowaliśmy się w Tatrzańskiej Polance około 8.30 i z nadziejami na piękne widoki o wspomnianej 13-14 ruszyliśmy na szlak. Dolina Wielicka przywitała nas na dzień dobry nisko wiszącymi chmurami.
Pierwszy odcinek szlaku przechodzi się lasem nad Potokiem Wielickim. Ten leśny odcinek - niezbyt mozolny - zajmuje około 1,5 godziny i mnie osobiście przypomniał dojście do Zielonego Stawu. Idzie się spokojnie zwłaszcza kiedy mięśnie są już rozgrzane, zaliczając zaledwie kilka niezbyt stromych podejść. Jest dość duszno i bezwietrznie.
no to ruszamy na szlak (w tle po prawej Wielka Kopa i Wielickie Granaty, od nich po lewej Kotłowy Szczyt - przedsionek Gerlachu)
wiatrołomy po orkanie z listopada 2004r.
Wielicki Most
Na wysokości piętra kosówki wyłaniają się pierwsze widoki na tonący w chmurach Kotłowy Szczyt i po prawej Wielicką Kopę. Szybko dochodzimy do Niżnej Polany Wielickiej, gdzie nasz zielony szlak łączy się z biegnącym ze Smokowca żółtym szlakiem. Przed nami piętrzy się okazały budynek schroniska wielickiego (hotel właściwie ;-)). Jeszcze kilka minut i jesteśmy już przy nim. Ostatni raz byłam tu ponad 20 lat temu, w tym czasie hotel został całkowicie wyremontowany. Omijamy go jednak z planem krótkiego odpoczynku nad Stawem Wielickim. Stąd podziwiamy długą wstążkę Wielickiej Siklawy, opadającej z pierwszego piętra Doliny Wielickiej.
U stóp Wielickej Siklawy
Piotrek w wujkowej czapce ;-)
Nad Wielickim Stawem
Nad Wielickim Stawem
Do szczytu progu dociera się dość szybko idąc pod charakterystycznym okapem, który jak się dowiaduję jest czołowym punktem wspinaczek lodowych w tym rejonie. Od tego momentu szlak do złudzenia przypomina mi dojście do Doliny Pięciu Stawów Spiskich. Podobnie jak w tamtej Dolinie przechodzi się przez piękny fragment łąki, dający zasłużony odpoczynek dla nóg. Wspomniana łąka nosi nazwę Kwietnicy, Wielickiego Ogrodu lub Ogrodu Wahlenberga. I w tym miejscu powinniśmy podziwiać monumentalne ściany Kotłowego Szczytu i stojącego tuż obok masywu Gerlacha, zaś po prawej stronie ściany Wielickiej Kopy, Dwoistej Turni czy Wielkiej Granackiej Turni. Niestety nisko wiszące chmury odsłaniają zaledwie cześć widoków.
Nad Wielickim Stawem (w tle masyw Kotłowego Szczytu)
Wielicki Staw
Wielicki Staw
Kwietnica
Dwoista Turnia
Idziemy więc dalej kierując się na lewo, rozpoczynając niezbyt strome podejście do górnej części doliny zwanej Wyżnim Wielickim Ogrodem. Nie jest to jeszcze moment kiedy dane nam jest zobaczyć cel wycieczki, zasłania je bowiem rozłożysta wyniosłość zwana Suchą Kopą. Krajobraz w tym miejscu jest urzekający. Oto po przejściu kolejnego progu naszym oczom ukazuje się pięknej urody Długi Staw, mierzący ponad 180m. Jego szczególne walory podkreśla szmaragdowy odcień lustra wody z kontrastującą czerwono-różową obwódką. Niezwykły widok. Idąc wzdłuż stawu krótkim trawersem zadzieramy wysoko głowy bo oto jesteśmy pod najwyższym szczytem tatrzańskim – Gerlachem. Co prawda wierzchołków nie widać ale można za to podziwiać monumentalną sylwetkę z charakterystycznym żlebem Karczmarza, który stanowi jedną z głównych dróg lodowych na Gerlach. W sezonie pozazimowym żleb jest bardzo niebezpieczną, zdradliwą rynną, przejście którą grozi strąceniem kamiennej lawiny. Dowody tej niezwykłej aktywności materii nieożywionej widać doskonale patrząc na stożek piargowy, zamykający nad Długim Stawem ów żleb. W jego głębi bielą się płaty śniegu a wyższe partie toną tajemniczo w chmurzastych czeluściach. Imponujący widok. Jesteśmy w miejscu skąd widać już pierwszy cel naszej wyprawy – Polski Grzebień. Przed nami jeszcze dość strome podejście skalnymi półkami, w górnej części ubezpieczone łańcuchem. Jak podaje Nyka łączna długość ubezpieczeń to około 100m. Nie jest to trudny fragment, adrenalinę wyzwala jedynie spora liczba osób, wśród których są zarówno wchodzący jak i schodzący i momentami ciężko wypracować jakąś sensowną kolejność przejścia. Wieje. Szlak w tym miejscu jest dość mokry a łańcuchy zimne. Dobrze, że mamy rękawiczki ;-)).
Nad Długim Stawem 
Stożek zamykający Żleb Karczmarza
Wyżni Wielicki Ogród
Żleb Karczmarza
Ostatnie podejścia pod Polski Grzebień (ok. 100 m łańcucha)
No i jesteśmy na wysokości 2200m n.p.m. Zdobywamy przełęcz Polski Grzebień. Widoki niestety żadne. Nie widać właściwie nic poza stojącą przed nami Suchą Kopą. Z przeciwnej strony momentami zerka na nas Zmarzły Staw, który znika co chwilę we mgle. Nie widzimy więc ani Gerlachu ani Łomnicy, Wysokiej, Rysów czy innych szczytów. Nie widzimy nawet Małej Wysokiej, na którą mieliśmy zaraz ruszać. Przycupnięci pod niewielkim okapem, próbując osłonić się przed zimnym wiatrem, jemy kanapki, popijamy gorącą herbatę. Chyba czekamy na cud. Niestety upragniona prognozowana zmiana pogody nie nadchodzi. Podejmujemy więc decyzję o odwrocie. Jest mokro nic nie widać więc nawet sportowe wejście na Małą Wysoką nie ma większego sensu.
Polski Grzebień dane mi było zdobyć po raz trzeci. Jak sięgnę pamięcią ten pierwszy raz miał miejsce wieki temu i doprawdy nie jestem dziś w stanie ocenić kiedy to dokładnie było. Zakładam, że mógł to być rok 1990. Pamiętam jedynie okoliczności wyjazdu bo dzień wcześniej, idąc większą grupą zdobyliśmy jedną z trudniejszych przełęczy w Tatrach- Czerwoną Ławkę. I właśnie to pierwsze wejście na Polski Grzebień było chyba jedynym, kiedy rzeczywiście mogłam delektować się widokami także i tymi z Małej Wysokiej. Podczas kolejnego wejścia - prawie 10 lat później (wiosną 1999r) - idąc Doliną Białej Wody przez Priełom do schroniska Zbójnicka Chata, nie mieliśmy już takiego szczęścia. Właściwie można powiedzieć, że widoczność dorównywała tej z ostatniego weekendu.
Nie widząc więc perspektyw na poprawę pogody z żalem podejmujemy decyzję o zejściu.
Na przełęczy ;-)) - Polski Grzebień 2200m n.p.m.
piknik na przełęczy ;-))
Widok na północną część Tatr z przełęczy Polski Grzebień
Zejście z przełęczy Polski Grzebień
Zejście z przełęczy Polski Grzebień

Żleb Karczmarza
Dwoista Turnia 
Robimy jeszcze dłuższy "posiad" nad Wielicką Siklawą, patrząc na rozpogadzające się błękitne niebo. Momentami mamy nawet okazję ujrzeć wierzchołek Gerlachu. Wielickie Granaty i stojące przed nimi turnie też prezentują w całej okazałości swoją bogatą rzeźbę. Prawdą jednak jest, że nad Doliną wciąż kłębią się chmury więc żal umyka gdzieś hen, hen daleko.
A skąd nazwa Wielickie Granaty? Otóż wyczytałam w Nyce, że jeszcze w XIXw. można tu było ze skał wydłubywać drobne (o średnicy od grochu do orzecha), nieprzeźroczyste granaty, które sprzedawano nawet w schronisku.
Piknik nad Wielicką Siklawą 
A po dotarciu do hotelu, tradycyjnie zimne piwko i szybkie zejście do Tatrzańskiej Polany, gdzie czeka nasz samochód.
No i co tu wiele gadać, nieuchronnie idzie jesień… do Krakowa z wycieczki wraca się już o zmroku.
Wielicka Siklawa z hotelu wielickiego
dolne piętro Doliny Wielickiej
Piffffko...
Polana Wielicka