Baraniec

Baraniec

piątek, 19 marca 2010

z humorem ukłon w stronę płci pięknej...

A mówią, że Szwedzi to zimna krew... nic bardziej mylnego...
Dla wszystkich wielbicielek męskich pośladków ;-)
fragment szwedzkiego "Mam talent" 

czwartek, 18 marca 2010

wiosenne porządki inaczej...

Nadciąga wiosenne tsunami, z chęcią ogarnięcia domu po zimie, z przedświątecznym zawirowaniem i niestety z otępieniem, które nazywamy przesileniem. Tak jak wkroczenie w nowy rok sprzyja planowaniu, mającym wnieść jakiś powiew zmian w życiu, tak i wiosna jest ku temu dobrym momentem. Co prawda nauczona przez lata, już dawno odpuściłam sobie czynienie jakichkolwiek postanowień, nie mniej jednak idzie wiosna, może to i pora na mały remanent.
Nie mam na szczęście ambitnych zapędów w kierunku natychmiastowego sięgnięcia po szmatę i rzucania się w wir mycia okien, wygrzebywania spod mebli zadomowionych „kurzokotów”, wyjmowania z szafek szkła i poddawania go obróbce wodnej, tylko po to by ujrzeć na ich gładkiej powierzchni lśniący blask. Ten czas wolałbym wykorzystać na robienie porządków w swoim życiu aby jeszcze bardziej się nim cieszyć.
Zakwitła więc niczym wiosenny pączek potrzeba małej metamorfozy, narzucenia sobie samodyscypliny. A jako, że żyję pod jednym dachem w parze, wiele dałabym aby ten wysiłek podjąć wspólnie. Przede wszystkim odnaleźć uśmiech i zrzucić w moich relacjach damsko-męskich płaszcz zrzędliwej baby. Odwiesić gdzieś na bok pretensje, pewnie mocno wygórowane oczekiwania często bez szans na realizację.
Bo tak to już z nami kobietami jest, żyjemy z mężczyzną, często snując wyobrażenia o tym jak by to mogło być jeszcze cudowniej. Zapominamy przy tym, co tak naprawdę sprawiło, że w tym wielkim maglu odnaleźliśmy się kiedyś i postanowiliśmy żyć razem. Oczekujemy więcej i więcej, oczekujemy totalnej wszechstronności począwszy od szacunku, miłości okazywanej w czułych, ciepłych gestach, potrzebujemy pomocy w kuchni przy obieraniu jarzyn na zupę, wkręceniu śrubki w rozklekotaną patelnię, supermena w sypialni i cudownie by jeszcze było gdyby tak nasz luby zajął się dzieckiem gdy mamy ochotę w spokoju poczytać, popijając z wolna popołudniową kawę.
I tak rosną te oczekiwania, rodząc proporcjonalnie malutkie, małe, większe rozczarowania. A jak już coś nie tak w tej całej układance, uruchamiamy system roszczeń, że to niby my tylko z tymi siatami biegamy, że z pracy wracamy w biegu aby jeszcze dziecko odebrać ze szkoły i aby jeszcze było mało trzeba obiad od a do z ugotować - ba, wcześniej wykoncypować co by to ewentualnie mogło być. Już o innych przyjemnościach jak choćby góra prasowania czy siedzenie nad lekcjami z pociechą, nie wspomnę.
A że to wszystko na tej naszej głowie więc nie wytrzymujemy w końcu i wylewamy cały swój lament, często nie w takiej formie jaką jest w stanie przyswoić nasza połowa.
Może trzeba się jednak w porę ugryźć w język, policzyć dwadzieścia baranów i uznać, że tak źle chyba nie jest, że ma się odpowiedzialnego, czułego, troskliwego partnera, który i zupę ugotuje jak trzeba, odprowadzi dziecko do szkoły, zajmie się nim podczas gdy my kobiety akurat mamy wizję babskiego wypadu na piwo i pogaduchy, który wysprząta mieszkanie i pojedzie zrobić zakupy do znienawidzonego hipermarketu. Cóż, że to my kobiety od lat inicjujemy większość atrakcji w postaci wspólnych wyjazdów, romantycznych wieczorów, wypadów do kina czy teatru to już pewnie tak zostanie i trzeba się z tym pogodzić.
Myślę więc, że ta wiosna będzie czasem na przemyślenie paru spraw, od których zależy nasza „doskonałość”, że narzekanie zdecydowanie należy uznać jako całkowicie niepotrzebną stratę czasu i zamienić je na pytania
momentami oczekujące na zaskakujące odpowiedzi.
Zapowiada się niezwykle imponująca w różne wydarzenia wiosna, więc tym bardziej trzeba się zabrać za „domowe porządki”. ;-))

niedziela, 14 marca 2010

sezon narciarski 2009/2010 czas zamknąć...

Nie ma nic gorszego niż powrót do Krakowa, tonącego w strugach deszczu i brudnych szarościach rozpoczynającego się przedwiośnia. Tym bardziej, że wróciłam z zamykającego ten sezon narciarski pobytu w Tatrach, w których dla odmiany króluje bajeczna wręcz zima.
Jeszcze wczoraj rano nic nie zapowiadało mających nastąpić opadów śniegu. Wyjechaliśmy z Zakopanego z myślą spędzenia kilku godzin na Chopoku. W miarę jednak jak oddalaliśmy się od stolicy Tatr, pogoda zaczęła się totalnie zmieniać. Przejeżdżając przez Oravice całkiem spontanicznie zdecydowaliśmy  się na zmianę planów i resztę dnia spędzilismy właśnie na oravickim stoku. 
To w sumie przykre, że mając do dyspozycji niemalże identyczne warunki pogodowe, decydujemy się wybierać ośrodki narciarskie na Słowacji. W Polsce wciąż odstrasza tłum ludzi a co się z tym wiąże kolejki do wyciągów, mała różnorodność na stokach – z reguły jest to jedna lub dwie trasy zjazdowe. Zupełnie inaczej wygląda to na Słowacji. W Oravicach np. panował umiarkowany ruch, stoki dobrze przygotowane, nastawione bardziej na rodzinne szusowanie. Do tego wszystkiego dodać należy stosunkowo niedużą cenę, porównywalną do naszych realiów. Jedynym mankamentem był fakt, że nie wszystkie trasy były akurat otwarte. Nie przeszkadzało mi to jednak wyszaleć się przez kilka godzin. Zjeżdżając na bardziej stromych fragmentach chciałam się wręcz czuć jak Lindsey Vonn ;-)) To właśnie takie chwile pozwalają mi wywiać z głowy choć na krótki czas różne smutki i rozterki.
Czego żałuję? Żałuję, że nie wzięliśmy strojów kąpielowych, ponieważ tuż obok stoku oddano do dyspozycji baseny z ciepłymi źródłami, w tym także na zewnątrz obiektu.  Korzystając ze skipasów można liczyć na zniżki przy wejściu.
Myślę, że na ten stok jeszcze wrócimy, łącząc jazdę na nartach z taplaniem się w ciepłej wodzie.
Wracając z Oravicy mijaliśmy jeszcze jeden ośrodek, który wabił ceną skipasów – niestety zmęczenie skutecznie zniechęciło nas nawet do sprawdzenia co warte jest to miejsce. To Vitanova, całkiem blisko Chochołowa.
... A w drodze powrotnej do Zakopanego wtapialiśmy się w zimową aurę. Wszędzie dookoła biel we wszystkich możliwych odcieniach. Śnieg padał chyba całą noc, bo rano wszystko spoczywało pod prawie 30cm pierzyną.   
To właśnie padający śnieg i wiatr spowodował, że rano ambitne plany poszły precz a my wybraliśmy łagodne zjazdy w Małym Cichym. Niestety to o czym wspomniałam, czyli masa ludzi i nie najlepsza aura wygoniły nas już po ponad trzech godzinach. 
Zapach dymu, unoszącego się z kominów pobliskich domostw, przywołał jednak miłe wspomnienia z licealno-studenckiej młodości i częstych wyjazdów w góry w owych czasach …
Na koniec dwa słowa o góralskiej kuchni. Wracając do Krakowa zajrzeliśmy do przydrożnej karczmy w Białce Tatrzańskiej. Zawsze wydawało mi się, że w restauracjach powinno się uwzględniać porcje dla kobiet i mężczyzn, albo jeżeli już trzymamy się równouprawnienia, miła byłaby możliwość wyboru połówki porcji. To co jednak zobaczyłam na talerzu pod hasłem „placek po zbójnicku”, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Zupełnie nie przesadzając na owalnym talerzu jakieś 25x15cm widniało danie złożone z dwóch ogromnych placków ziemniaczanych, przełożonych sosem mięsnym, w całości pokrywających ten talerz. Całość jakieś 4cm wysokości i wspomniany już wcześniej rozmiar w osi długiej i krótkiej talerza. Nie dałam rady nawet połowie. ;-)))
Tak więc mija połowa marca… Czas na schowanie nart i radosne oczekiwanie na ciepłe powiewy wiosny. 

piątek, 12 marca 2010

orientalnie... wątek zamykający


Na podstawie książki „Wyznania gejszy” napisano scenariusz i w 2005r. wyprodukowano film pod tym samym tytułem. Jak to z adaptacjami bywa, nie przystają do rozmachu książkowego, zawsze film skazany jest na pewne skróty, jednak w moim odczuciu jest on zrealizowany w odpowiednich proporcjach i tempie. Nie sposób nie wspomnieć o przepięknej wizualnej oprawie tej produkcji, co sprawia że jest on bardziej autentyczny a w połączeniu z muzyką czuje się wręcz wiśniowy koloryt. Z jednej strony bajkowy wręcz świat ogrodów pełnych tańczących płatków kwiatów wiśni, przepięknych kimon, które są wręcz dziełami sztuki, niezwykłych fryzur i makijaży, z drugiej zaś wszystko to osadzone jest w Kioto lat 30-tych z jego brudem i tłokiem. Mocne podrysowanie klimatu daje duża ilość nocnych ujęć, najczęściej w deszczu.

Jest kilka scen, które obrazują całkiem interesująco przynajmniej namiastkę tego co można wyobrazić sobie czytając książkę.
I jest w filmie scena, która mnie osobiście na moment sparaliżowała, dodam że koniecznie do obejrzenia na dużym kinowym ekranie - niestety oglądając DVD nie ma już tego efektu. To scena widowiskowego tańca Sayouri w teatrze Kaburenjo, zaprezentowanego przed jej mizuage /utratą dziewictwa/. Jest tu co prawda pewna nieścisłość ponieważ w powieści taniec ten wykonuje "starsza siostra" Sayouri - Mameha. W dodatku zupełnie inaczej odbiera się oprawę kolorystyczną, przemykając między linijkami tekstu a zupełnie innymi barwami posłużono się w filmie. Nie mniej jednak efekt jest piorunujący.
Właściwie kilka minut bardzo charakterystycznego układu…, ale powłóczyste zwiewne kimono, niewyobrażalnie wysokie koturny, gesty, ruch, kolorystyka tworzą w zetknięciu ze świetną muzyką Johna Williamsa coś niepowtarzalnego. Oglądając tę scenę miałam autentyczne łzy w oczach i prawie wstrzymany oddech. Szukam tych emocji podczas kolejnego oglądania filmu ale tak jak wspomniałam na DVD jest to absolutnie nie do powtórzenia.
A na koniec jeszcze ostatni fragment powieści, w którym opisany został sposób wykonywania makijażu przez gejszę /konkretnie przez Hatsumomo/.
„… Odwróciła się do lusterka i … otworzyła słoiczek z bladożółtym kremem. Pewnie nie uwierzysz, gdy powiem, że mazidło robiono ze słowiczych odchodów. Naprawdę tak było. Gejsze smarowały nim twarz bo wierzyły, że dobrze działa na cerę. Z drugiej strony było to tak drogie , że Hatsumomo tylko musnęła skórę wokół ust i oczu. Potem oderwała kawałek wosku, zmiękczyła go w palcach i wtarła w szyję, policzki i między piersiami. Starannie oczyściła ręce szmatką, zmoczyła wodą płaski pędzelek i zaczęła rozrabiać puder. Śnieżnobiałą pastą pomalowała twarz i szyję, zostawiając nietknięte miejsca przy oczach ustach i nosie. Jej oblicze przypominało teraz dziecięca maską wyciętą z grubego papieru. Hatsumomo zwilżyła kolejny pędzel i rozmazała krawędzie bieli. Była wprost przeraźliwie biała, jak demon... Teraz rozpuściła w wodzie odrobinę barwnika i nadała policzkom lekko różowy odcień.. Skończyła nakładanie różu lecz wciąż miała bezbarwne brwi i usta. Przerwała pracę i poprosiła Ciocię żeby położyła jej puder na karku. Tu muszę coś powiedzieć o japońskich karkach. Otóż Japończycy –prawie wszyscy - traktują kobiecą szyję z takim samym uwielbieniem, z jakim na Zachodzie traktuje się nogi. Kołnierz kimona gejszy jest rozchylony z tyłu tak szeroko, że widać górne kręgi pleców. Swoisty wabik jak minispódniczka w Paryżu. Ciocia na karku Hatsumomo wymalowała wzór zwany sambon-ashi, „trzy stopy”. To niezwykle ciekawy sposób makijażu, wywołujący wrażenie że patrzysz na skórę szyi przez oczka cienkiej białej siatki. Dopiero później zrozumiałam jak silnie działa to na mężczyzn ; niczym kobieta zerkająca przez palce. Po prawdzie każda gejsza zostawia wąski pasek gołej skóry tuż pod linią włosów. Dzięki temu jej biała twarz nabiera jeszcze bardziej sztucznego wyrazu, niczym maska z teatru, no a mężczyźni aż płoną z ciekawości co się kryje za takim parawanem. ..
Hatsumomo przyklękła przed toaletką i sięgnęła po maleńkie puzderko z pomadką. Nakładała ją na usta pędzelkiem. Ówczesna moda nakazywała górną wargę pozostawić bezbarwną, tak aby dolna wydawała się pełniejsza. Na koniec wzięła gałązkę paulowni, podpaliła ją z jednego końca, potrzymała przez parę sekund i zdmuchnęła ogień. Zdusiła żar palcami, wróciła do lusterka i węgielkiem podkreśliła brwi. Miały teraz cudownie szary odcień...” 
/Arthur Golden "Wyznania gejszy"/





orientalnie... - rzecz o fryzurze

Kontynuując rozpoczęty wątek tematycznie związany z przygotowywaniem gejszy do wyjścia, dzisiaj krótki fragment poświęcony czesaniu i układaniu fryzury. Dodam tylko, że poniższy tekst odnosi sie do fryzur typowych dla młodych gejsz, te starsze mogły sobie pozwolić na znacznie większą swobodę i przede wszystkim prostotę.  Dla bardziej drążących temat polecam link
"… Fryzjer posadził mnie przy dużym zlewie i to w takiej pozycji, jakby chciał mi odrąbać głowę. Potem wylał na mnie kubeł ciepłej wody i namydlił mi włosy. „Namydlił” to za mało – orcował mnie paluchami niczym pługiem ziemię. Po latach zrozumiałam dlaczego. Niemal wszystkie gejsze miały łupież…
Gdy już skończył drapanie, posadził mnie na macie i zaczął czesać drewnianym grzebieniem … wreszcie uznał ze pozbył się wszystkich kołtunów i wtarł mi we włosy olejek kameliowy, nadając w ten sposób przepiękny połysk. Już myślałam, że najgorsze minęło kiedy wziął do ręki kawałek wosku. W tym wypadku poznać cywilizowaną naturę człowieka. Dziewczyna w czasie tortur najzwyczajniej siedzi, czasem tylko z cicha pochlipując pod nosem. Pies na jej miejscu przegryzłby ci dłoń na wylot. Gdy już woskowanie dobiegło końca , fryzjer rozczesał mi włosy z czoła, a resztę zebrał w ciężki kok, jak poduszka do igieł, na czubku głowy. Kok oglądany z tyłu wyglądał jak przecięty i stąd się brała nazwa „pękniętej brzoskwini”.
Kok nazywany przeze mnie „poduszką do igieł” jest wiązany dosyć szeroką wstążką, którą z tyłu bardzo dobrze widać, właśnie we wspomnianym „pęknięciu”. Wstążka może mieć dowolną barwę, lecz u młodej gejszy na pewnym etapie życia , zawsze bywa czerwona.
- Większość tych niewinnych dziewcząt nawet nie podejrzewa , jak ich włosy działają na wyobraźnię mężczyzn – usłyszałam pewnej nocy. – Pomyśl tylko … idziesz sobie ulicą, a przed tobą młodziutka gejsza. Chodzą ci po głowie rozmaite świństwa, które mógłbyś z nią robić… i patrzysz na ów brzoskwiniowy kok, podkreślony czerwoną strugą. Co ci to przypomina?
Każda młoda gejsza początkowo z dumą obnosi nową fryzurę, lecz potem przez trzy cztery dni , klnie w duchu na czym świat stoi. Jest bowiem zmęczona długotrwałym czesaniem, rzuci się tak jak dawniej na futon , żeby zasnąć, rano wstanie z płaskim naleśnikiem na głowie. A to oznacza nową wizytę u fryzjera. Z tego właśnie powodu musi się nauczyć innego sposobu spania. Zamiast zwykłej poduszki korzysta z … takamakura. Z grubsza biorąc jest to drewniany klocek pod szyję. Może być wyściełany woreczkiem z plewami pszenicy lecz i tak taki wypoczynek na nim przypomina mi spanie na kamieniu. Leżysz na materacu z głową wiszącą w powietrzu i wszystko niby dobrze dopóki nie zaśniesz. Rano widzisz, że głowa i tak ci opadła i że kok masz płaski, jak bez takakmakura…”
/Arthur Golden "Wyznania gejszy"/
Pozostaje tylko cieszyć się, że żyjemy w czasach kiedy moda nie narzuca nam kobietom takiego eksperymentowania z włosami. Stawia się na dobre strzyżenie, odpowiednie kosmetyki - pełną naturalność. No chyba że są wśród nas indywidualności, które z włosów są w stanie zrobić dzieło sztuki lub czasem niestety jego tanią imitację.
I pomysleć, że jeszcze całkiem niedawno nasze mamy obowiązkowo skazywały się niezależnie od długości włosów na poranny tapir z niewyobrażalną wręcz ilością lakieru a całość uzupełniał mocny makijaż z obowiązkową wręcz kreską na górnej powiece i spódniczka  mini. 

czwartek, 11 marca 2010

zachwycona orientem...

Mam taki zwyczaj wracania do swoich ulubionych książek...
Tym razem wróciłam do książki Arthura Goldena "Wyznania gejszy", książki, którą pierwszy raz przeczytałam jakieś 5 lat temu. Ponieważ tkwi gdzieś we mnie umiłowanie do orientu, nie dziwi fakt zagłębiania się w literaturze związanej z tą tematyką.
W książce zamknięta jest nie tylko historia młodej dziewczynki, która zostaje sprzedana do domu gejsz w Kioto, okręgu Gion, a która z zubożałej chłopki przeistacza się w niezwykłej urody gejszę Sayuri. Książka jest bogatym studium kultury japońskiej, ilustrującym proces przygotowywania dziewczynek do tej trudnej roli. Są tu również zawarte opisy różnych zwyczajów, związanych między innymi z ubieraniem się, kształceniem itp.
Ponieważ są to tak odległe nam rewiry, niektórym zupełnie nie znane, pozwolę sobie na zamieszczanie fragmentów, które uchylą rąbka tajemnicy.

Otóż niektórzy mogą kojarzyć gejsze jako wyrafinowane kobiety lekkich obyczajów. Nic bardziej mylnego. Słowo gejsza jest splotem dwóch ideogramów: "gei" oznacza sztukę, "sha" to człowiek. Gejsze są więc starannie wyedukowanymi artystkami, mistrzyniami w sztuce tańca, śpiewu, konwersacji. Gejsza odbiera również staranne wykształcenie w sztukach gry na tradycyjnych instrumentach japońskich, na przykład shamisenie - trzystrunowym instrumencie szarpanym, bębenku, zwanym tsutsumi czy japońskim flecie, zwanym fue. Gejsze zajmują się też kaligrafią, ikebaną i innymi sztukami. 
Mówi się, że gejsze sprzedają nie seks lecz fantazję. Ich rolą jest „bycie króliczkiem, którego można gonić, ale (raczej) nie można złapać.”

Chiałabym zacząć od fragmentu książki, w którym przedstawiony jest opis stroju gejszy, przygotowanej do pierwszej prezentacji i do ceremonii zaślubin ze starszą siostrą (doświadczoną gejszą).
"... Dziewczęta noszą bogatszy strój niż kobiety, bardziej wzorzysty, kolorowy i z dużo dłuższym obi. Dorosłe gejsze wiążą obi w węzeł ze względu na kształt zwany "bębnem", do którego nie trzeba zbyt wiele matriału. Dziewczęta poniżej dwudziestego roku życia noszą pas w okazalszy sposób. W wypadku młodej gejszy jest to prawdziwy pokaz - tak zwane darari-obi, czyli "zwisające obi", zawiązane niemal na łopatkach z końcami zwieszonymi do samej ziemi. Bez względu na to jak jasne jest kimono, obi powinno by jaśniejsze. Młoda gejsza na ulicy przyciąga wzrok nie tyle strojem ile właśnie przepięknym, rozkołysanym obi. Oglądanej z tyłu widać kimono tylko na ramionach i bokach... To nie długość obi jest najwiekszym utrudnieniem, ale waga, gdyż zazwyczaj utkany jest z najprzedniejszego brokatu. Ciężko go wnieść po schodach a co dopiero nosić. Kimono też jest potwornie ciężkie z długimi, zwisającymi rękawami. Dół takiego rękawa tworzy coś w rodzaju kieszeni. Nazywamy to furi. W kimonie młodej gejszy furi prawie dosięga ziemi. Łatwo na nie nadepnąć, na przykład podczas tańca, dlatego przed występem należy je kilkakroć owinąć wokół przedramienia. Pewien znany profesor z uniwersytetu w Kioto powiedział kiedyś, mocno już pijany:
- Wśród przyrodników panuje pogląd, że najbardziej barwnym przedstawicielem naczelnych jest mandryl z Afryki Środkowej. Bzdura... Nie widzieli młodej gejszy z Gion!..." 
/Arthur Golden "Wyznania gejszy"/


Ubiór to tylko przedsmak całej ceremonii szykowania się gejszy do wyjścia. Na uwagę zasługuje również opis przygotowywania fryzury i makijażu ale o tym w kolejnych odsłonach... ;-) 




środa, 10 marca 2010

idzie wiosna i moda na odchudzanie...

Zbliża się wiosna a na portalach internetowych co rusz slogany w stylu: „odchudzaj się na wiosnę”, ”walcz z nadwagą”, „wiosna=odchudzanie” itp. 
Z premedytacją omijam szerokim łukiem tego typu hasła, nie znoszę ich, mobilizują nas tylko na chwilę by wpędzić w niepotrzebne rozczarowania. Bo co rozumiemy przez słowo odchudzanie? Powrót do wymarzonej sylwetki? Pozbycie się nadwagi, która została nabyta najczęściej przez nasze własne zaniedbania? Odchudzanie zwykle kojarzy się nam z drastycznymi, nieludzkimi, bezlitosnymi dietami, z wymuszanym na sobie wysiłkiem na siłowni albo podczas aerobiku. Wiem to, bo przerabiałam te klimaty wiele razy, wiele lat temu, próbując dążyć do wyimaginowanego 36. Dopóki jeszcze widziałam szybkie efekty, czułam sens tego wszystkiego ale w miarę upływu czasu bywa z tym trudniej… 
Na szczęście wraz z upływem lat i pod tym względem nabywamy mądrości życiowej.
Aby zmierzyć się z szukaniem sposobu na akceptowalną przez siebie sylwetkę /nie mylić z wymarzoną – to pojęcie abstrakcyjne/, trzeba najnormalniej w świecie zrobić mały remanent w swojej głowie, zmienić choć trochę przyzwyczajenia, stworzyć swój własny model z odpowiednimi proporcjami na ruch i właściwe odżywianie. Moja własna recepta – ruch przede wszystkim. Nie ma sensu odmawianie sobie ciastka do kawy, zwłaszcza jeżeli to po prostu lubimy, katować się niejedząc swoich ulubionych dań /to niestety wszystkie te, które szokują albo ilością węglowodanów albo te, które tworzą wszystkie zakazane żywieniowe kombinacje/. Nie wprowadzam więc już żadnych diet. Staram się jeść mniej, nie odmawiając sobie jedzenia, które lubię. Od lat nie używam cukru do kawy czy herbaty… a życie osładzam sobie wspomnianym ciastkiem lub lodami. Od jesieni więcej się ruszam, uprawiając - może nie w 100% regularnie - marszobiegi a od niedawna przerzuciłam się z powrotem na komunikację miejską, bo aby dojść na przystanek lub odprowadzić dziecko do szkoły muszę chcąc nie chcąc trochę pospacerować.  

Nie mam sylwetki top modelki, nigdy takiej nie miałam i nie będę miała ale mimo wszystko staram się uśmiechać do siebie w lustrze i korzystać z potencjału jaki daje mi obecnie mój wiek. Nie przeszkadza mi to też cieszyć się każdym męskim spojrzeniem w moim kierunku.  


A wiosny szukam w promieniach słońca, które przebijają się przez nagie jeszcze gałęzie drzew, w tych pierwszych powiewach, niosących zapach mokrej ziemi, w żonkilach przyniesionych przez mojego męża, rozświetlających mój dom...